literacki serwis recenzencki e-poezja
(wersja serwisu: 0.10.21 z dnia: 06-05-2016)
(c) 1996-2016 by SOKARIS, http://www.sokaris.pl
Załóż konto
lub
Zaloguj się
Zamiast wadliwego i niebezpiecznego
Internet Explorera
polecamy:

Opera Web Browser
lub:
FireFox Web Browser


Poczytaj więcej tutaj:
Nowoczesne przeglądarki
Wiersz z listy autora o pseudonimie floriankonrad
<< Poprzedni wiersz tego autora Następny wiersz tego autora >>
Pokaż wszystkie wiersze tego autora Dodaj do ulubionych
Monoamoryzm (kolejny rozdział)
IX. Prozelita ma wolne

Do domu docieram późnym wieczorem, po wielu godzinach błądzenia.
Mam "wsteczną orientację przestrzenną", co raczej nie tłumaczy, czemu jedynie siedem razy objechałem Jarmontów, najpierw od północnego wschodu, potem od strony kościoła.
Dramat, tragedia, diabeł we własnej osobie wodzący za nos biednego Adaśka, który pragnął jedynie wrócić do domu rodzinnego po paromiesięcznej odysei, tułaczce po nieludzkiej, niegościnnej ziemi foriankowskiej, gdzie ceny są z kosmosu, na bochenek razowca trzeba tyrać przez pół miesiąca, a na koniec i tak zostaje się okradziony przez wszetecznice, lądowe syreny, co to wiodą niewinnych ciułaczy na pokuszenie, wabią słodkim głosem i jeszcze słodszym śluzem, częstują omamionych nieboraków pigułkami z GHB, by potem obrobić co do grosiczka, wykorzystać od przodu, tyłu i w usta przy pomocy urządzeń gumowych, sprowadzić do roli nadmuchiwanej lalki z wbudowanym w mosznę bankomatem.
Robi się ciemno, a mój matiz jest półślepy, światli mechanicy stwierdzili, że aby wymienić lewą lampę (samych żarówek, jak zwayrokowali - kompletnie się nie opłaca) trzeba by wyjąć silnik, rozebrać przednie zawieszenie.
Zraziłem się takim pierdoleniem oszustów, nie szukałem kolejnego warsztatu. Jakoś udaje mi się uniknąć policyjnych kontroli i mandatów, sam bym wymienił, łaski bez, będą mnie próbowali wycyckać, przekręciarze pieprzeni.
Ale to trzeba mieć czas, chęci, przede wszystkim - umiejętności. Nienawidzę, wstyd przyznać, takie wyznanie średnio przystoi facetowi, samiec to ma być samiec - musi, a przynajmniej powinien kochać drogie i szybkie auta, motocykle, lubować się w porno, sportach siłowych, wyczynowych, pasjami oglądać wszelkiego rodzaju walki MMA, KSW, słuchać hip-hopu, chodzić jak najczęściej na siłownię i dyskoteki, by okładać się tam po mordach z innymi osiłkami, pluć i ejakulować zbrylonym testosteronem; nienawidzę motoryzacji i wszystkiego, co się z nią wiąże.
Biedamatiza traktuję jak gadżet, ulubiony fotel, czy zegarek. Nie chcę się znać na jego budowie, babranie się w smarze, czy innych płynach ustrojowych samochodu zostawiam osobom do tego uprawnionym.
Czysto kobiece podejście do tematu: wieszam choineczki zapachowe, włączam przyjemniastą muzykę  - i tyle. Ma być milusio, samochód to przedłużenie domu, mobilna kanapa, skrawek salonu.
Dobrze, ze nie zbabiałem do reszty i nie przemalowałem go na różowo, nie przystroiłem wyłupiastych przednich lamp kiczowatymi "rzęsami". Choć wtedy byłby fajniejszy, taka pocieszna kiciula-matiziula.
Brama jak zwykle - zamknięta. Przejaw fobii ojca, odkąd pamiętam boi się, że w nocy najadą naszą hacjendę Indianie, zbuntowani niewolnicy, Saraceni, Szwedzi urządzą nam nowy Potop, zwalą się na kark nielegalni muzułmańscy imigranci-terroryści, gangstery z Pruszkowa zrobią wjazd na chatę, zostaniemy zaatakowani przez obcych z innej galaktyki, yeti, Wielkie Stopy, King Kongów, napadnie nas Godzilla i Pulgasari.
Wielokrotnie pytałem starego, czego tak naprawdę się boi, ma jakąś traumę, w młodości zadarł z kimś i zostało w nim poczucie zagrożenia, to nienormalne, żeby tak się bunkrować, jeśli siedzą w nim demony przeszłości - powinien poszukać pomocy u psychologa, wreszcie uporać się z tym, co go gryzie; to spokojna okolica, zero Cyganów, Rumunów, czy Mudżahedinów, nikt nie dybie na jego życie.
A on - behapowiec-formalista, ciągle swoje: "strzeżonego Pan Bóg strzeże, w osiemdziesiątym pierwszym po Wolerowie kręcili się oszuści z Zakaukazia, dwie młode kobiety udawały szeptuchy, chciały klątwy zdejmować, złe duchy wypędzać, uroki przelewaniem jajka nad głową odczyniać, podczas gdy ich wspólnik buszował po obejściu, kradł co w łapy wpadło, nawet kulawego koguta od Stefaniukowej zapieprzył; więc lepiej dmuchać na zimne; każda kłódka, skobel jest jak zbroja, albo przynajmniej kask, a kto nie broni dobytku, tego rozszabrują, na narządy rozbiorą, obudzi się w rynsztoku bez nerek, płuc i rogówki.
Parkuję obok markowego touarega. Brajdak, wariat, jest singlem, a kupił sobie brzydki, krowiasty, siedmioosobowy samochód i wozi nim powietrze. Może liczył, że niedługo znajdzie sobie drugą połówkę, nie jednorazową dupę na dyskotece, ale dziewczynę, której jedynym celem będzie rodzenie dzieci. Na ilość, byleby jak najszybciej zapełnić puste siedzenia mężusiowego volkswagena.
W oknach - ciemno. Śpi bogoojczyzna, wieś pod wezwaniem Matki boskiej Wolerowskiej, zawierzona groźnej i nie znającej litości garbatej bozi, jaką kiedyś, na niezłym haju namalowała Justyna. Drzemie słodko, kraina jak w obraz wpatrzona w ultrakatolicką partię Dalczyka, śni o rekonkwiście Europy całej, odmuzułmanieniu, odarabieniu Starego Kontynentu, jego powtórnej chrystianizacji.
Tu każdemu marzy się niesienie kaganka wiary, oświaty religijnej, nawracanie ogniem, szablą i karabinem, kary chłosty za samo wypowiedzenie skrótu LGBT, konie rozrywające skazanych na śmierć apostatów, poczciwe gniadosze i siwki w służbie Świętej Matki - Kościoła Panajezusowego.
A ja jestem kontra, wyłamuję się, patrzę poza ramy i dostrzegam... łąkę. Oazę czystego powietrza. Wdycham je, sycę się. Na moment zapominam o zaduchu kruchty, przykrej woni kadzidła.
Ostrożnie naciskam klamkę. Stąpam cicho, by nie pobudzić domowników.
"Stary zesrałby się na rzadko, gdyby się dowiedział, ile pieniędzy i przede wszystkim w jak głupi sposób straciłem" - przelatuje przez myśl.
"Do końca życia wypominałby, nie mi brak rozsądku, naiwność, pysznił się, nadymał, że wyszło na jego, od początku miał rację, własności należy bronić jak lew, ludzie to drapieżniki, homo jest homini wilkiem, tygrysem bengalskim, hieną i tylko czyha, by przydybać i wgryźć się w nieosłoniętą szyję, wychłeptać juchę, a potem przeszukać kieszenie ofiary, zerwać jej złoty łańcuszek, zdjąć zegarek. W gruncie rzeczy każdy jest podszyty kurwą i złodziejem, jeśli jest inteligentny - potrafi umiejętnie korzystać z tych cech, przekuć je w walory, uczynić z nich źródło utrzymania.
W społeczeństwie kanibali trzeba obrosnąć pancerzem, zapuścić na grzbiecie skorupę i chować do niej zaskórniaki, zachomikowany bilon.
Obmacuję pokój. Elektroniczny zegarek wskazuje dziesiątą trzydzieści. Jestem tak zmęczony, że fosforyzujące cyferki skaczą mi przed oczami. Jeszcze w miarę wczesna godzina, a rodzice i Marek kimają w najlepsze, jak niemowlaczki.  
Tu nie przystoi nie chodzić spać z kurami, szlajać się po kanałach, spędzać noce na lubieżnym oglądaniu horrorów, czy dramatów sensacyjnych (według niektórych po zmroku wszystko staje się w pewnym stopniu wyuzdane, nieprzyzwoite i wręcz zakazane, aż się prosi o potępienie). Wolno jedynie odbębnić powinność małżeńską, zmówić paciorek - i spać.
Telefon się rozładował, nie mam czym sobie przyświecić. Kompletne ciemności. Przez krótką chwilę wyobraźnia usiłuje spłatać mi figla, oto czuję, leży koło mnie postać, ludzka, choć w tym przypadku to określenie zdecydowanie na wyrost.
Kaśka Zaleszczyk, znienawidzona od pierwszej chwili gdy ją zobaczyłem, młoda bufonka, wyniosła, niczym brzuchaty, sześćdziesięcioletni prezesisko wielkiego konsorcjum, nabzdyczonidło o rozdętym do granic możliwości ego, dziewczyna, której najzwyczajniej w świecie nie da się lubić, leży koło mnie, jakby nigdy nic. Udaje żonę, Martynę, albo świeżo poderwaną dupencję. Patrzy mi w oczy. W jej spojrzeniu wyczytuję drwiny, pyta mnie z ironią jak tę możliwe, że niby taki cwaniak jestem, ogarniety, bezczelny, obrotny i w ogóle ura-bura, a nie dość, ze durnej żarówki nie potrafię wymienić, choć to dziecinnie proste, gubię się parę kilometrów od domu, więc może potrzebuję niańki, piastunki, coby prowadziła mnie za rączkę do autobusu, kupowała bilet do Wolerowa, bo jeździć samochodem za ciula nie powinienem, stwarzam tylko zagrożenie na drodze; to jeszcze dałem się obrobić byle dziwce, straciłem oszczędności swego nędznego życia, dziewczyna, z którą wiązałem nadzieje, nadzieiska szumne, a idealistyczne, kopnęła w dupę zdradzającego pajaca i jestem sam jak palec, poza matizem i nielicznymi kumplami nie mam nikogo, kto by zrozumiał, pocieszył kreaturę.
"No - napluj, palancie" - zachęca Kaśka.
Odwracam się plecami do ściany. Nie powtarza się żartów, bo staną się nieśmieszne.
Opublikowany: 26-11-2018 02:24 przez: floriankonrad
Dodaj komentarz
Właściciele serwisu nie odpowiadają za treść umieszczanych utworów i komentarzy. Wszelkie uwagi prosimy kierować bezpośrednio do ich autorów. Wszystkie utwory i komentarze zamieszczone na stronie podlegają ochronie. Zabrania się ich kopiowania, przetwarzania lub rozpowszechniania bez zgody autorów.
Komentarze (2)
przyznaję... nie mam siły dziś na komentarze :)
sorry florian,
chciałem pozdrowić wre...
;)

pozdrawiam oboje
04-12-2018 16:44 Tomasz Michał [Link do komentarza]
Ten rozdział i kolejny czytałam pierwszy raz, kilka dni wcześniej, wtedy któreś początkowe wersy wydawały mi się nużące ale o dziwo dzisiaj nie, niemniej jest zdecydowanie mniej zabawny. Twoje opisy są szczegółowe, co może czasem, czynić je 'przyciężkie,' dlatego duża doza ironii i autoironii dodaje im 'lekkości'.
Mnie podoba się w nich wnikliwa obserwacja przez peela otoczenia i samego siebie.
Poza tym, jest kilka zbędnych literek, które na ogół powstają jak się udoskonala swój wiersz, ale nie będę Ci je wypisywać, bo nie poprawiłeś poprzednie:P
04-12-2018 00:35 wre... [Link do komentarza]
(c) 1996-2016 by SOKARIS, http://www.sokaris.pl
Strona wygenerowana w: 0.0034 s