literacki serwis recenzencki e-poezja
(wersja serwisu: 0.10.21 z dnia: 06-05-2016)
(c) 1996-2016 by SOKARIS, http://www.sokaris.pl
Załóż konto
lub
Zaloguj się
Zamiast wadliwego i niebezpiecznego
Internet Explorera
polecamy:

Opera Web Browser
lub:
FireFox Web Browser


Poczytaj więcej tutaj:
Nowoczesne przeglądarki
Wiersz z listy autora o pseudonimie floriankonrad
<< Poprzedni wiersz tego autora Następny wiersz tego autora >>
Pokaż wszystkie wiersze tego autora Dodaj do ulubionych
Monoamoryzm (ostatnie dwa rozdziały)
XXX. Niestadnie.

Czach! Kszach! Wszach! - wirują i szeleszczą ostrza.
- ...obry wieczór! - wiruje język, szeleszczą moje struny głosowe. Stoję na miedzy i z podziwo-rozbawieniem obserwuję, czym jedzie Józwa. Znam ten cudopojazd od małego, zawsze wywoływał we mnie pozytywne uczucia. Teraz, jako dorosłemu człowiekowi, ciężko mi pojąć, ileż godzin, dni, miesięcy musiał spędzić wolerowski konstruktor na obmyślaniu szczegółów machiny, zapewne też i na rysowaniu planów, wreszcie: na samej budowie, kompletowaniu potrzebnego sprzętu, gromadzeniu wszystkich tych trybów, kół zębatych, osi, półosi, ćwierćosi, jedna-piętnasta-osi, pasków, napinaczy, rurek, tłoczków, wytłoczków, przetłoczków, cylindrów jakichś, tubusów, lejów, rynienek, w których to w prawo, to w lewo przesuwają si,ę naolejone, przeoliwione kulki i skętnotrybiki,
Kśpąąąąą! - mówią zalotnie zielone rurki.
Fźźźźę! - odwarkują wichajstry, jakby nieczułe na zaloty.
Kśpąąąą - zaczynają swą godową pieśń suwnice-tłoczki (takie małe).
U-u-jeee - oddźwiękują ochoczo napalone, wręcz bliskie ejakulacji, wystrzelenia towotem, wichajstry.
Tratatatatata - nad rozgrzanym towarzystwem, niby bona, przesuwa się ogromne, wykręcone z siewnika kamienisko. Piastunka, bo to jest "ona" - świadczy o tym jej różowy kolor - sprawuje pieczę nad młokosostwem, bacznie pilnuje, czy któremu trybasowi nie zamarzyła się aby wolność i nie chciał odkręcić się, dać dyla poza ustrój urządzenia, sabotując tym samym i tak mocno spóźnione żniwa.
Patrzę jak urzeczony na cud techniki, machinę a'la vistula. Sprzęcior, o którym nie wiedzą ani dziennikarze TVN Turbo, ani jakiegokolwiek innego medium w Polsce, powinien być sławny, może nie jeśli od razu zarabiać na siebie na różnego rodzaju zlotach, eventach. być wynajmowany jako ślubowóz, bo bez przesady, kto chciałby jechać do ślubu przerobionym przez wolerowskiego Adama Słodowego starym kombajnem, ale narodowie wżdy postronni powinni poznać owoc niezwykłej myśli technicznej Józwy, domorosłego konstruktora.
Niezwykłe, że ten antywykształcony człowiek, absolwent sześcioklasowej podstawówki, ledwo piśmienny, do bólu prosty człeczyna był w stanie wykoncypować, poskładać do kupy, uruchomić i sprawić, że od n-tu lat vistula-potworek działa bez zarzutu, pomrukuje, brzdęka, skrzypi, pochrapuje, bulgocze niezliczonymi trybami i "kręgielkami", jak już w dzieciństwie nazwałem to-to na górze. Dźwięczy, machina, niczym orkiestra symfoniczna, każdego roku daje swoisty koncert i, co najciekawsze - bez zarzutu spełnia swoje zadanie; wymaga oczywiście częstej konserwacji, co przy tak wysokim stopniu skomplikowania urządzenicha jest zrozumiałe, ale odpowiednio zadbana psuje się kilkunastokrotnie rzadziej, niż przechodzone popegeerowskie bizony, którym z racji wieku i ogólnego zachetania coraz powszechniej zdarza się stanąć w płomieniach i nie dość, że nie dokończyć żniw, samemu spłonąć, to jeszcze shajcować pół pola, doprowadzić nieszczęsnego gospodarza do ruiny.
- ...obry, ...obry - odkrzykuje konstruktor. Zamtrzymuje zmutowaną vistulę tu przy moich stopach. Jeszcze pół centymetra i musiałbym odskoczyć.
Kflang! Klęęęg! - zaskakują cięgna, cięgła, klamerki.
Gwuffff! - wypuszcza parę dychawiczny miech.
- Chciałeś coś? - Józwa otwiera pleksiglasową, futurystyczną kabinę i wychyla nieogolony, niedźwiedziowaty pysk.
Aż chciałoby się zażartować, ze tak - spytać, z jakiej planety przylecieliście, o wędrowcze.
- Tak jakby. Chodź pan, nie będę na pół wsi wrzeszczał. Nie zajmę dużo czasu. Dwa zdania zamienimy i koś se pan dalej.
Mało cywilizowany kosmonauta odpina uprząż (!), zdejmuje kask "orzeszek" i gramoli się z cudojazdu.
- No, co ty chciał? Tylko szybko, zobacz - zmrok.
- Będzie szybko. Zawsze jakoś nie było okazji, żeby porozmawiać o tym pańskim wynalazku.
- Bo i nie ma o czym! - marszczy brwi konstruktor. Wychodzi z niego ksenofobiczny, pełnokrwisty burak, taki, co to obcych za próg domu nie wpuści (no, chyba, że księdza dobrodzieja z kolędą), za wejście na jego pole gotów jeśli nie zabić, to przynajmniej cepem, kłonicą, czy szlagą kości porachować.
- Kombajn jak kombajn, polskiej produkcji. Wprowadziłem pewne usprawnienia, ale to nic takiego.
- Jakie nic? Pół układów żeś pan wymienił, dodał - o - jakieś wałeczki skrętne, kolby, metalowe taśmy... Co je żłobi? Pisaki - nie pisaki rysują esy-floresy, znaczą ilość zebranego zboża...
- Wagę pokosu.
- Mniejsza o to. Ma pan świadomość, co stworzył?
- Nico. Wyremontowałem se kombajn. W schyłkowym Peerelu, nie pamiętasz, dziecko, ale może znasz ze słyszenia - nie było prawie nic. Bieda, wprowadzono kartki, reglamentowano podstawowe nawet produkty. Kto mądry, miał smykałkę - kombinował, załatwiał na lewo części z POMu, Kółka, PGRu. A kto miał dryg do kręcenia śrubek - zostawał racjonalizatorem, we własnym zakresie usprawniał se maszyny. Do tego nie trzeba kończyć szkół. I tyle, nic więcej - klucze masz, kombinerki - to jesteś mechanik. A papier? Co on da? Na oddychanie też masz papier, kursy pokończyłeś, jak to robić? Widzisz. A oddychasz...
- Trochę pan spłyca, ale nieważne. Kiedy się pan wziął za remont? Lata siedemdziesiąte, osiemdziesiąte?
- A na co ci to? Książkę piszesz?
- Nie... Zwyczajnie chciałem pogadać, zasięgnąć języka. Bo masz pan skarb, niezwykłą rzecz - i nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy. Rozejrzyj się pan po Wolerowie, gminie, okolicznych wioskach... Nie tylko w powiecie, ale i w całej Polsce nie znajdziesz pan takiego dzieła sztuki mechanicznej, że się tak wyrażę - dostosowuję gadkę do poziomu rozmówcy, uburaczniam ją.
- No, to który?
- A daj mnie spokój! Tylko co przed Stanem Wojennym kupiłem od Heńka Grylewskiego. Sprzedawał na części, niby taki szrot. Jeszcze jego ojciec kupił, z gieesowskiego przetargu, czy na licytacji komorniczej... Heh, myśleli, że un już na nic, tylko skrócić i wyrzucić - a ja się przysiadł, częściów w garażu trochę miał, to z tego, to z tamtego, więc myślę - pokombinuję. Popsuć - i tak nie ma co, gorzej nie zrobię, a nuż co wyjdzie. Boguśka coś tam sarkała, że co ty, z byka spadł, i tak pieniędzy na nic nie ma, a ty złom ściągasz. Czekaj - myślę - pokażę ci złoma. Żeb miał świątek-piątek siedzieć - nie dość, że uruchomię, to jeszcze tak odpicuję, że ci oko zbieleje. I kręcę... Jedna niedziela mija, druga, ja jak Murzyn, w smarze, na mrozie, a wtedy bardzo ciężka zima była,, spawam, docinam, lutuję, ubabrany strasznie, baba pod koniec dnia do chaty nie chce wpuszczać, wynosi miednicę z mydłem, żeb się pierwej odszykował, nie naświnił na fotelówki.
Trzecia niedziela, w kraju kotłowanina, jak wściekłe psy jeden drugiemu skacze do gardła - a ja siedzę, nituję, przykręcam osłony. Jak to mówią: na czuja, raz ci wyjdzie, raz ni chu... ni zbója, hje, hje. Najgorzej, że migomatu nie miałem wtedy, ani szlifierki. Ale - łeb od czego? Obeszło się bez, bo i nawet nie było za bardzo od kogo pożyczyć.
- Rysował pan plany, sporządzał schemat?
- A dzie tam! Na oko, pi razy drzwi, tu braknie pół centymetra - to z drugiej strony dasz z naddatkiem, jak się zaweźmiesz - wszystko idzie podsztukować, podklepać młotkiem, by grało i śpiewało. Bo, synek, jak robisz sam dla siebie i na ślepo - nie obowiązują cię żadne normy jakościowe, kontrola ci nie zakwestionuje efektów, ni cofnie do poprawki, bo na przykład odległość jednego wichajsterka od drugiego się nie zgadza. Dobrze mówię?
- Jasne! - przytakuję potulnie.
- Nie należy lekceważyć bezpieczeństwa, bo w końcu jedno masz życie - a i ręka czy palce - nie odrosną. Wiesz, młody, o co chodzi? Że robiąc SAMa jesteś sobie sterem, żeglarzem, okrętem.
- To ma silnik esa? Czy oryginalny?
Józwa patrzy spode łba jak na wariata, czy kosmitę. Albo jedno i drugie - n ześwirowanego ufoludka, co przyleciał nabijać się, porządnych, ciężko pracujących ludzi spytywać z rozumu.
- A przypatrz się dobrze.
- Średnio się znam, szczerze mówiąc.
- Toż ty ze wsi! Jeden i drugi ma! Dorobiłem - o, trzymaki. Esiok napędza bębny szatkujące, ssaki. Załączam z klawiatury.
- Z... czego?
- Ogłuchł ty? Maszynę do pisania mam pod kierownicą. Wciskasz na raz WLP, skrót od Wolna Polska - i drugi silnik zaczyna pracę.
- Genialne! Hybryda made in PRL...
- A żebyś wiedział! Prekursorstwo! - pyszni się Józwa. Nie posądzałem go o znajomość tak trudnych słów.
- To tam ciul, trochę skomplikowańszy kombajn. Nie nad takimi rzeczami potem się w warsztacie pracowało. Ale o tym cicho, sza.
- Skoro już pan zaczął...
- To i kończę. Choć nie - jak takiś ciekawy - wiesz, co to bioelectrofeedback? Elektryczne sprzężenie zwrotne?
- N...nie... - dębieję.
- Poczytaj literaturę fachową. Pięć bitych lat na to strawiłem. A efektów wymiernych - tyle, co nic. Do czegom się nie podpinał...Atari, nie atari, commodore, potem szwagier sprowadził jednego z pierwszych mackintoshy, bo u nas w kraju z komputerami było gorzej, niż krucho - mazovia, kowary, ale to szmelce byli. Pod apple lisę, jedynkę, podpiąłem się w dobrej wierze. Czort je wiedział, że to tak nieudany model jest. Nie na darmo niesprzedane egzemplarze, paręset sztuk, Jobs kazał zutylizować na śmietnisku. Lisa, niech ją krew jasna energetyczna zaleje, przepięcie spali... Miał być regresing, terapia reinkarnacyjna, cofnięcie się do poprzednich wcieleń, może nawet kontakt z bóstwem transcendentalnym, w najgorszym przypadku - orgazm, taki, że człowiek do końca życia popamięta. A tu - nie dość, ze nic, to jeszcze przez tydzień nerki i wątroba boleli, jak po tęgim przepiciu...
Z trudem tłumię śmiech. No toś mnie zaskoczył, Słodowy Józwo! Miałem cię za chłopka-roztropka, któremu raz jedyny udało się wymodzić coś, co ma ręce i nogi, a tu się okazuje, że z ciebie jest elektropsycho... aż nie wiem, jak poprawnie określić, kto.
- Udało się panu kiedyś przy pomocy komputera... hmmm... to, co pan zamierzał osiągnąć? Kontakt z samym sobą, elektroniczny?
- A pewno, coż się miało nie udać! Masz ajbiema - to wejdziesz w siebie aż po pas! - uśmiecha się szczerbato Józwa, po czym gwałtownie pochmurnieje. Chyba powiedziało mu się za dużo, nieopatrznie zdradził wielką tajemnicę elektronicznej alchemii. Merlin o za długim języku rozpruł się przed profanem.
- ...ale nie ma co wspominać. Niezdrowe, na nerwy szkodzi. I korzenie zębowe, można dostać krwawienia z dziąseł, ciężkiej paradontozy - warczy nagle Wielki Elektronik, rzuca jakieś naprędce zmyślone bzdety, żeby mnie odstraszyć.
- Co jeszcze chcesz wiedzieć, młody? Szczegóły budowy, ze tak powiem -anatomicznej, maszyny?
- Innym razem. Nie chciałby pan rozreklamować - jej i przy okazji siebie? Nieczęsto się zdarza, by samouk stworzył tak skomplikowaną i przede wszystkim działającą całe dziesiątki lat bez zarzutu, powiem potocznie - zajebistą konstrukcję. Nikt przez te wszystkie lata nie zabiegał o wywiad, fotoreportaż? Słowo Podlasia, Panorama lubelska, Tygodnik Chełmski? Naprawdę nikt?
- A bo ja się o to starał, zabiegał? - jeszcze bardziej chmurzy się rolniczy artysta, mechanizator steampunkowy.
- Potrzebne mi wywiady - jak w moście dziura. Co ja - celebryt, Doda? Czy ten, co się w Foriankowie rozwalił ostatnio, Niemiec?
- Lindemann...
- No. Ja tam się do gazetów, czy do radia nie pcham, zresztą - z czym? Że kombajna usprawniłem? Nie ja jeden. W Nowym Tomyślu...
- Dajmy spokój innym. Pan żeś jest nasz skarb wolerowski. Inni mogą się wypchać, klecić sobie cuda nie widy, miotły elektroniczne, strap-ony scalone, ale PAN - nie tyle powinien, ile, jako posiadacz tak niezwykłego wehikułu - ma wręcz obowiązek go rozreklamować, upublicznić, upowszechnić!
Czuję, że przeginam z peanami, Józwa zaczyna groźnie zezować.
- Co się w naszej małej gminie dzieje? Dożynki raz do roku, bo i niby ile miałyby być, obchód pól, odpust - i co więcej? Mieszkają u nas, choćby najezdni, artyści, pisarze, filmowcy, malarze? Są jacyś zmyślni ludzie, rzeźbi ktoś coś, wyszywa? Nie mówię o Bruczukowej, bo ona to Cepelia, nic odkrywczego. Takich Bruczukowych po dziesięć w każdym powiecie. A pan i pańskie dzieło? Unikat w skali co najmniej europejskiej, jeśli nie euroazjatyckiej!
Znów groźne spojrzenie. Niedowiarek.
- Serio! Nie mówię, żeby pan od razu z siebie Michała Wiśniewskiego robił, udawał gwiazdora, ale... udzielenie wywiadu to żadne gwiazdorzenie. Nie ma co być fałszywie skromnym! Pomailuję gdzie trzeba, co pan na to? Wsiądzie pan, posłucham, jak silniki chodzą, jak to tutaj przepływa wszystko, gra kantaty, dobrze? Cudo po prostu, cudo...
- Nie cygań, młody, zbytków z siebie zrobić nie dam...
- Szczerze! No już, już - bo zmrok nas zastanie. Załącz pan silnik od esa. Z maszyny do pisania! - odpuszczam bioelektroterapeutę. Ten, z ociąganiem, spełnia moją prośbę. I znów rozbrzdękuje się tysiącami blaszanych talerzy, rozwywa nieskończoną liczbą gumowych ustossawek, zmutowana vistula. Zapalają się dwa, potem kolejne cztery demoniczne ślepia i oto znów stoję naprzeciw prawdziwego smoka-uciekiniera z bajki dla dorosłych, okrutnej i nie zakończonej happy endem; historii o zemście, która niczego nie koi, wpędza tylko głupiego wendetystę w jeszcze większe kłopoty, niekiedy odbiera mu wolność. Dożywotnio.
Coraz bardziej ciąży mi reklamówka z Wiesią.
Ghszaf! Ghszaf! Ghszed! - zaczynają obracać się bębny, jeden duży i dwa maleńkie, przyboczne. Bębny zadnie.
- Panie Józku! Chodź pan! Proszę, tylko na sekundę, błagam!
Zgorzkniały Słodowy (sic!) znów opuszcza kabinę vistuli-łunochoda.
- By-łem u pa-ni Wie-si - przekrzykuję blaszanych wiolinistów, altowiolistów, gumowe klarnecistki, całe zastępy doboszów.
- Taaa? Po co?
- Porozmawiać o życiu, poradzić się starszej, bardziej doświadczonej osoby. i wie pan, co?
- No?
- Rozmowa była niekonstruktywna. Ani-ani. Baba okazała się nudna jak flaki z olejem. Tak - fla-ki z o-le-jem!
Mówiąc to, z szelmowskim uśmiechem, wygarniam dłonią zawartość reklamówki, pokazuję psychotronikowi. Mina mu rzednie, na twarzy zaczyna odmalowywać się przerażenie. I odraza, w końcu to, jakby nie było, autentyczny, jeszcze świeży mózg, ciągle ciepłe piersi, wargi sromowe.
I znów - przerażenie. Krzyk więźnie konstruktorowi w gardle, gdy biorę zamach i ciskam czerowno-różowiutkim mięsiwem w obracające się ospale hedery. Rozlega się dość zabawne "brziiifff" i zostajemy obryzgani na czerwoniutko, potwór-vistula pluje, wymiotuje na nas resztkami pani Wiesi.
- Weee - jęczy oniemiały, mutystyczny Józwa. Właściwie nie wydaje żadnego dźwięku, ma otwarte usta, stoi jak wryty, skamieniały, zmieniony w żonę Lota, której zachciało się zobaczyć zagładę Sodomy, pocieszyć wzrok widokiem spadającego z niebios ognistego deszczu.
To wyje przestrzeń, wszystko wokół naszego pana konstruktora, jest on w tak wielkim szoku, że udało mu się, bez pomocy komputerów, programów, cybernetyki psychologicznej, jedynie za pomocą myśli, ciężkich, atomowych, skwierczących, radioaktywnych myślisk, wygenerować ów nieludzki, wręcz kozi wrzask-bek.
-Weeeee - idzie przed siebie, pobladły, oślepły, o oczach zasnutych bielmem, zdruzgotany Józwa. Wszystko wokół niego wydaje bek, gardłuje, nosuje, jęczy, a on, krokiem marynarskim, kołysząc się to w prawo, to w lewo, idzie w nicość. Depcze nieskoszone, rachityczne łodyżki chryzawki, tratuje swój plon.
Krok ma ciężki, słoniowy, w ciągu paru chwil podwoił swoja masę, ma wrażenie, że za ciasno biedakowi w jego własnej skórze. Wewnątrz czaszki - na pewno.  
Cudopojazd rozchodził się na dobre, orkiestra dzwoni na pełnych obrotach, a ukozłowany, zmieniony w tkniętego chucią samca z gatunku capra hircus właściciel - idzie jak zahipnotyzowany.
"Boguśka cię zdradziła, że nagle dostałeś rogów?" - krzyknęłoby się, ale po co? Niech lezie, oczadzeniec, szukać pomocy, puka do pierwszych lepszych drzwi, błaga, by zadzwonić na policję, po sanitariuszy z kaftanem, pogotowie chirurgiczne, które - o ile jeszcze nie jest za późno - zbierze poszatkowane flaczęta Wiesi, wszyje na właściwe miejsce i tym samym ożywi biedaczkę.
Scapiały mentalista regresywny pewnie ma w kieszeni komórkę, ale kompletne o niej zapomniał, albo nie kojarzy, jak się dzwoni.
Stary, kosmaty cap upstrzony przez Jacksona Pollocka połączonego z Hannibalem Lecterem idzie w ciemność, zostawiając za sobą kwaśną, cuchnącą smugę. Krzyk i strach śmierdzą nie do zniesienia.
Siadam na miedzy, tuż przed obracającym się hederem. Zostało mi niewiele czasu, góra pół godziny na pocelebrowanie samotności.
Właśnie rozstałem się. Nie tyle z Martyną, Wieśką, rodzicami, wredną i głupią szefową, parasolkarką z Cocomo, kumpelkami: Justyną, Agatą, swoim serdecznym przyjacielem herdewinem, niech mu się wiedzie, niech krąży, tętni, nigdy nie przestaje; nie z całym rodzajem ludzkim, nie z przedmiotami, jakąkolwiek filozofią, mniej, lub bardziej szczytną ideą, pragnieniem, wizją, nie ze sztuką, jej światłymi mrzonkami, egzaltowaną pustką, oblaną lukrem i posypaną czekoladą nicością, ułudą, beznadzieją; nie z politykierstwem, żalem nieutulonym że wybory wygrała dewo-kanalia Dalczyk i przez cztery lata trwania jego (pierwszej i mam nadzieję ostatniej) kadencji Polska sklerykalizuje się do reszty, wygoli sobie tonsurę, albo założy włosiennicę.
Właśnie rozstałem się ze sobą, a to jedno z najgłębszych uczuć, jakich może doświadczyć człowiek. Może i egzaltuje mi się nieco, ale czuję, że to nie przelewki, nie pierdoły, alko-herdziulowe bezdety, nie internetowe memy, demotywatory, komiksy, kawały o blondynkach, albo babie, co przyszła do lekarza, nie Joemonster.org, ani Pudelek.pl.
Jestem w samym sercu endowojny, w epicentrum trzęsienia ziemi. Wolerowo zaraziło mnie padaczką, bo cały dygoczę, odnoszę wrażenie, że jestem spieczonym, spalonym Golemem, za długo tkwiłem w piecu i zaraz rozpadnę się, rozlecę na dziesiątki kawałków, rozkruszę.
Z drugiej zaś strony - w ruinie, jaką jestem od pewnego czasu, usycha drzewo. Martyna i dziwka-naganiaczka podcięły mi korzenie. Skutecznie.
Jak można było się spodziewać, "Pamiętnik z Powstania Foriankowskiego" kończy się dla narratora tragicznie: wraca, złamas, przegraniec, nieudacznik, w rodzinne strony, bez grosza przy duszy. ośmieszony, porzucony, z podwiniętym ogonem.
Jedyne co potrafi, to mścić się, kierować ślepą złość w stronę słabszych, bezbronnych. Dupek.
Słyszę: biegną do mnie machiny policyjne, szczekają żelazne psy. Wrze w nich gęsty olej, buzuje siarka.
Polowanie z nagonką, a tu taki pech: zwierzyna łowna nie chce być łowna, ani myśli uciekać, bawić się w ganianego, potęgować swoją klęskę poprzez dawanie bydlakom zwyrodniałej frajdy.
Nie, kochani zomowcy, ormowcy, gestapiciele-tropiciele: nie ruszam się z miejsca, choć nie mam już korzeni, w pewien sposób wrosłem w miedzę, zespoliłem się z dziejącym się na moich oczach widowiskiem.
Argoindustrialny spektakl: tańczą przede mną blaszane baletnice, wirują gumowe primabaleriny. Cały film Metropolis, cała muzyka Rammsteina zawarta w jednym urządzeniu, postmaszynie rolniczej, ponadczterdziestoletniej vistuli, która za sprawą Józwy wyewoluowała w... symbol. Tak, jest teraz stukającym, pobrzdękującym symbolem wszystkiego, co techniczne, odczłowieczone. Co próbuje imitować życie, udaje, ze oddycha, ma puls, katar, przemyślenia. Symbolem nieudolnego naśladownictwa, bycia plastikową choinką, na której żywe są tylko bombki (domyślam się, czyim ciałem było wcześniej to kolorowe szkło).
Chodźcie, porwijcie mnie do suki. Nie próbuję uciec, ukryć się. Nie musicie odpierniczać donkiszoterii, walczyć z opuszczonym wiatrakiem. Nikogo nie ma w środku, widzicie? Puste, nadbutwiałe deski, rozeschnięta, drewniana skorupa, ledwie trzymający się na zardzewiałych gwoździach szkielet.
Podbiegliście. I co? Szarpiecie. Pewnie, jak moglibyście inaczej? Kopnij mnie jeszcze jeden z drugim, wyżyj się. Pokaż, jaki z ciebie praworządny samczysko, stróż ładu i moralności.
Szkwach! Szkwach! - klekoczą w górze "kręgielki". Ponura machińsko patrzy, jak jestem wleczony. Ani trochę mi nie współczuje. Oboje jesteśmy jałowi.
"Cześć, vistuś" - szepczę w myślach. I uśmiecham się przyjmując kolejne ciosy. Pękają suche gałęzie. Z kości sypie się błyszczące próchno. Fosforyzuję jak tandetny, odpustowy różaniec.

XXXI. Finisaż

Pokoik, pokoiczusiuńciunio przesłuchań jest klaustrofobicznie małe, ale diablo nieprzytulne. Antyprojektowane przez antydesignera, mieści w sobie jedynie bielutkiego orzełka i krzyż, kaloryfer, pęknięcia na szarawym tynku, pamiętające czasy Bieruta biurko praktycznie już bez politury, popielniczkę, lampkę, dwa krzesła.
I najważniejsze: dwóch, siedzących niemalże nos w nos, facetów.
Jest do tego stopnia ciasno, e prawie stykamy się czołami. Dla policmajstra, pana władzy, to ujma - tak niemalże bratać się z elementem przestępczym, kryminalistą. On reprezentuje majestat Rzeczypospolitej! Gdzież mu zatem zniżać się do mnie - więźnia, niby jeszcze mającego status zatrzymanego, ale obaj wiemy, że już więźnia, skazańca in spe, odsiadywacza dożywotki, gibona gibającego bez oddechu.
- Naźwisko! - dudni głosem stentorowym szanowny pan prostak. Ach, jak musi go wkurzać, wpieniać moje konsekwentne milczenie! Czerwienieje na pysku, wręcz zapienia się, jego i tak pąsowa twarz przybiera buraczkowo-siny kolor. Żyłki w oczach wielmożnego stróża prawa robią się granatowe.
- Ogłuchliście?  - ryczy zaciskając pięści. Jak nic - zaraz zacznie bić. Patrzę mu prosto w oczy. Jestem posągiem, człowiekiem ze skały. Tylko czeka, Mordołom, bo tak go właśnie nazwałem (uroczo - nieprawdaż?), aż okażę choćby cień strachu, zacznę pocić się, dygotać, może nawet, o zgrozo - płakać. Niedoczekanie, bydlaku!
Wściekłogęby podrywa się, zamaszyście odzywa biurko. Łapie mnie za gardło. Słyszę dokładnie to, co spodziewałem się usłyszeć w takiej sytuacji. Groźba za groźbą, wyzwiska, że co ja sobie, cwaniaczek, wyobrażam, nie takich kozaków tu przesłuchiwał i każdy prędzej czy później pękał, nie trafił się jeszcze żaden, którego nie dałoby się złamać, jak nie biciem, to innymi torturami, najlepiej - głodem; posiedzę w policyjnej piwnicy - improwizowanym karcerze, zobaczę, jak to przyjemnie przez paręnaście tygodni nie widzieć światła słonecznego, to zmięknie mi rura.
Głodem też mogą mnie morzyć, będzie jak w piosence "Czarny chleb i czarna kawa", a jeśli okażę się oporny - nawet bardziej, zamiast kawy - kranówa, najwyżej szklanka dziennie, bym się odwodnił, cierpiał katusze z pragnienia.
Oj, będę według niego, śpiewał jak z nut, nie żadnym barytonem, ani basem, ale cieniuśko, falsetem, jak kontratenor, naturalny kastrat; z płaczem wyznam wszystko.
"Milczysz, panie Levittoux? Nie unikniesz kar (...)" - dźwięczy mi w głowie. Zachowuję powagę, co, jak było do przewidzenia, dodatkowo rozjusza agresora. Taka kanalia jak ja, podwójny morderca, niemalże kanibal, zabójca biednej, krasnolicej studenteczki, która dorabiała sobie, aby mieć na czesne, zimny chirurg, co to Bogu ducha winną babulę pokroił jak wieprzka po świniobiciu, ma czelność hardo patrzeć mu w twarz? Osz ty skur...
Pierwszy cios otrzymuję w brzuch. Prawy sierpowy. Zginam się, sapię. Zęby - zaciśnięte. Ani słowa.
Mordołom poprawia z kolanka, przygina mnie do ziemi i kopie w twarz. Czuję, jak z nosa wychodzą mi gęste, lepkie bańki.
Znowu ta sama śpiewka: powiedz i powiedz, gadaj, skurwysynu, co ci zrobiła staruszka?
W ustach buzuje mi krwawa ślina, na języku osadza się sól. Czuję się poseksualnie, jakbym przed momentem lizał jakąś wyjątkowo wilgotną, napaloną pannicę.
- Podpisz! - gardłuje Mordołom podsuwając mi pod nos jakąś makulaturę. Nawet na nią nie patrzę.
Kolejnych siedem - osiem ciosów, jeden po drugim. Piżmowy smród troglodyty, jego wyjątkowo kwaśny i cuchnący pot. Jeszcze gorszy oddech. Jego przekrwione ślepia. Tak, proszę państwa, wyglądał zdenerwowany człowiek pierwotny, wkurwiony bezowocnym polowaniem neandertalczyk.
Wpycha mi, małpa dwunożna, długopis do ręki. Wypuszczam go. Dłonie są wiotkie, w ogóle cały jestem z gumy, nadmuchiwany, jak facet- lalka, sexshopowa zabawka dla znudzonych pań.
Bęc w brzuch. I jeszcze jeden i jeszcze raz! Mordołomisko wyjmuje z kieszeni taser i grzecznie, kulturalnie pyta, czy mnie tym pierdolnąć. Cisza. Iskierki, zygzaki, ostre sprężyny. Przechodzi przeze mnie drut, już nawet nie kolczasty. Drut brzytwiasty, wokół serca owija się lina z ostrzami. Z trudem łapię dech.
Znowu - dzzzyyyt!  Ciutkę skręca mnie, zwija w kłębek. Dyszę mimowolnie, wywalam język, niczym pies podczas upału.
Mordołom nie przestaje się furiacić (sympatyczny neologizm, co nie?). Mam podpisać, podpisać! PODPISAĆ. Ledwie widzę biurko i zadziubdzianą pismem węzełkowym kartkę. Przecząco kręcę głową.
- No, wreszcie! - triumfuje zwyrodnialec - nawiązałeś jakiś kontakt! Podpisuj!
- Wsadź swojej matce ten długopis w dziurę. I niech potańczy sambę - to będzie podpisane. Piź... tfu... iskiem... - wypluwam rozmiękłe resztki trzonowców, Nagle zderzam się z człowiekiem-tirem. Lecę na ścianę, zostaję wgnieciony, wprasowany w nią. Wpada na mnie ludzka, dwudziestotonowa scania. Za kierownicą nie siedzi istota rozumna.
Parę chwil później, gdy jestem dokładnie oprawiony, skatowany jak trza, zgodnie ze sztuką spuszczania wpierdolu, gdy moje rozkwaszone pozostałości leżą pod krzesłem i nie mają siły nawet jęczeć, dzielny pan władza ryczy "Dareczeeek!". Do mikropokoju wchodzi na oko dwudziestoparoletni starszy posterunkowy, blond młokos z resztkami trądziku na gładko ogolonej buźce.
Mordołomski pryncypał, ocierając mankietem spoconą gębę, każe chudopachołkowi zabrać to ścierwo. Ten - słucha się, ścierwo zostaje spionizowane. Ścierwu kręci się w głowie. Z ust, nosa i uszu krwawi, ścierwo.
Dzieciuch ma mnie wyprowadzić, zabrać na ósemkę. Wypręża się, salutuje, rzuca szybkie i twarde "Ta jezd!" i wyprowadza ścierwo na korytarz.
Ledwie stoję, więzienie, areszt, Bastylia, w której jestem, wypłynęła na pełne morze i złapał ją huragan, dwanaście w skali Beauforta.
Mam wrażenie, że jestem na statku. Buja, buja mną! Zaraz dostanę choroby morskiej i puszczę takiego bełta, ze korytarzowi przez pół dnia nie doczyszczą.
Heeep! Uff, na szczęście nie mam czym, ostatnio nic nie jadłem. Półtoracentymetrowy kawałeczek surowego mięsa, kawalątko pani Wiesi, nie liczy się..
Człapię powolutku, jak na ścięcie. Nie przejmuję się upływającym czasem, bo nic a nic nie mam czasu.
"...Cause at 5 o'clock they take me to the Gallows Pole, the sands of time for me are running low..."
Malunek. Sprejunek. Graffiti. Sgrafitto. Aż przystaję. Szaro-beżową, metalowo-betonową ponurość korytarza przełamuje malowidło. Szczebelki, poręcze, żelazne schody, olejne lamperie i ONO. Niemożliwe. Nie-moż-li-we.
- To jeten s fjenźniuf namalofał? - seplenię. Z ust tryska kaskada krwi.
- Nie stawać! Idziemy! Iść! - strofuje nabzdyczony chłopaczyna. Ani myślę iść dalej, przynajmniej dopóki nie zostanę znowu skopany, albo porażony paralizatorem, będę tu stał i kontemplował, sczytywał z tynku każdy centymetr sześcienny farby, próbował rozszyfrować znaczenie fresku. Cud, istny cud!
Dwie postaci żeńskie, jedna nieco wyższa, druga ciućmowata, szara myszka o włosach przypalonych nad palnikiem gazowym, urocza niedojduśka ubrana w pidżamę-przebranie, dziewczyna-kigurumiczny Pikachu, wspiera się na ramieniu swojej wyższej i wyraźnie dojrzalszej, poważniejszej z wyglądu koleżanki. Partnerki. Kochanki. W tle widnieje szkielet spalonej landary, wrak znanego w całym Foriankowie samochodu.
No nie! Agata i Justyna! One - tutaj? Sportretowane przez diabli wiedzą kogo, jakiegoś kryminalistę? Jak to? Przecież... niemożli...
Dostaję solidnego kuksańca w żebra. Chłystek wyzywa mnie od zamuleńców, że oj, zaraz zobaczę, jak to jest pod sztywną celą, a jak nadal będę zgrywał katatonika, to prześwięcą kindybałami przez ryło i polecę na dno, schowają do wora i tam se pomilczę do woli, jak tak lubię mordy nie otwierać - to nie będę, chyba, żeby zrobić ludziom dobrze. Chcę być najgorszą szmatą? Spoko, moja wola.
Nie słucham idiotycznych gróźb. To wszystko, włącznie z pobiciem, jest jedynie ułudą, snem, wytworem haju, dragowyobraźni! Jeszcze nie wybudziłem się z herdewinowego Matrixa, leżę w ruinach Afgan Palace, albo na innej melinie, może na pogotowiu, jestem bliski śmierci, reanimują mnie, podłączają pulsometry, elektrokardiogramy, łapiduchy, walą jeden po drugim zastrzyk z adrenaliny.
Albo już umarłem i to halucynacje gasnącego mózgu, swoista, zwyrodniała wersja świetlistego tunelu, o którym opowiadało tak wielu ludzi uciekłych kostusze spod kosy. Parskam śmiechem, bo pomyślałem właśnie, że może nic nie jest tym, czym się zdawało, herdewin był tajemną substancją umożliwiającą widzenie pozascenicznego, realnego świata, zerknięcie za kotarę do miejsca, gdzie toczy się prawdziwe życie.
A co, jeśli Agata i Justyna są boginkami, żyją w swym lesboniebie wraz z haremem usłużnych Maryjko-anielic? Dobre, co? I trzymają takich jak ja, naćpanych do imentu biedaków, w stojących nad łóżkiem szklanych słojach, domach niewoli?
"Dowal zielonego, bo się zaczyna ocykać!" - komenderuje malarka.
-"Więcej, bo zaraz się zorientuje!".
Starszy posterunkowy, jak ostatni dresiarz, chuligan, kopie mnie w zad. I pcha przed siebie, jak kukłę.
Kamień spada mi z serca: nikogo nie zabiłem, może nawet nie straciłem ani grosza w pieprzonym burdelu! Tripulec, ogromniasty i nie znający litości, tak mnie trzyma! Heh, naiwny jestem, uwierzyło mi się, że wyświetlany przed oczami film dzieje się naprawdę, a ja biorę w nim udział, jestem głównym bohaterem, narratorem, a przede wszystkim przypadłą mi rola (funkcja!) destruktora, niszczyciela wszystkiego naokoło, knociciela fabuły, samopsuja, który bez powodu zmarnował sobie los.
Zielone nieźle to sobie wykombinowało - instaluje się w mózgu, gnojek, i przejmuje nad nim pełną kontrolę, mnie, nosiciela redukując do roli jedynie biernego widza, ślepego wykonawcy jego popieprzonych planów.
Nie powiem, po części czuję się wykorzystany, nie jest miło gdy okazuje się, że nie byłeś ostatnio panem swego losu, byłeś żyty, służyłeś za neseser, schowek, skrytkę w przechowalni dla czegoś, co jest mądre, choć bezrozumne, chytre, cwane, co ma lisią mordę, choć samo, poza ustrojem nosiciela jest tylko zielonkawym klejosyfilisem.
Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów rozlepiłem zaropiałe oczy, przejrzałem na nie. Jednak, summa summarum - to cudowny haj! Będzie co opowiadać! Mikołaj, Daniel, nawet Hanter, ćpun nad ćpuny, nie był na takiej fazie!
Obym tylko jakoś wyżył, doszedł do siebie, bo martwy gównem się podzielę, a nie wrażeniami. Po śmierci można pogadać jedynie z robakami w ich impulsywnym, kompulsywnym, epileptycznym języku drżenia. I z roślinnością, nekroflorą - językiem brunatnej wody i szumu.
Młodziak otwiera drzwi celi i wpycha mnie do środka. Na odchodne wymierza jeszcze solidnego kopniaka. Ma mnie tym dodatkowo upokorzyć na oczach współwięźniów, pokazać im, że siedzą z kimś kompletnie bez charakteru, z niemrawą kukłą, chłopcem do bicia, bezwolnym wycierusem, którego można, a nawet trzeba wziąć pod but, sflekować ot tak, dla zasady, by pokazać mamei, gdzie jej miejsce.
Wlatuję do środka celi, nie mniej dusznej i klaustrofobicznej, jak pokój przesłuchań. Może nawet bardziej.
Dwa rzędy piętrowych łóżek, po prawej i lewej. Na środku klitko-celi - maluśki stoliczek. Atmosfera - nawet nie ciężka. Kompletny brak atmosfery, smog, gryzący dym wiszący w całkowitej próżni. Absolutny brak tlenu. Popiół, rozgrzany żużel, nie powietrze.
Złowrogie pomruki. Zewsząd. Stoję półzgarbiony, mrużę zaropiałe, puchnące i coraz bardziej zachodzące bielmem oczy. Przez okratowane i osiatkowane, brudne okienko padają promienie petrochemicznego, mazutowego słońca.
Z pięter zeskakują cienie. Otaczają mnie postacie. Słyszę ich warkot, twardą, grypserską nawijkę. Nie boję się, bo i czego? Jestem przecież daleko, w nieznanej tym tutaj, wielkiej, wielobarwnej krainie o nazwie Rzeczywistość. Nic mi nie zrobią błotniste, rozmazane miraże. Sam tworzę metamorfozjan, tysiące twarzy, setki masek.
Podnoszę wzrok. Niemieję, choć już dawno oniemiałem. Zasycha mi w gardle.
Idą ku mnie, powoli, ludzie o twarzach jak zaułki, ślepe uliczki, osoby bez ust, nosów, oczu, które zamiast nich mają... widziane przeze mnie nieraz przejazdem, miejsca. Ludzie-kierunkowskazy, migający na pomarańczowo, ludzie-drogowskazy, znaki zakazu, ostrzegawcze (A-18b- "uwaga, zwierzęta leśne"), ludzie- ślepe zaułki, szkolne ławki, chmury kłębiaste, wypalone znicze, kasety wideo, współpasażerowie autobusów, współwidzowie w kinie, współpacjenci w kolejce do lekarza, ludzie-ciasne i brudne uliczki Foriankowa, pastwiska wolerowskie, od dawna nieobsiane pola, opuszczone nagrobki z parafialnego cmentarza, na których ze starości zatarły się imiona i nazwiska zmarłych "lokatorów", ludzie-samoloty przelatujące mi nad głową w latach 90., dzieciaki, które razem ze mną były na wycieczce w zamojskim zoo, a dziś są już dorosłymi ludźmi i mają własne dzieci, osoby przypominające zwierzątka z tegoż zoo: kosmaci niczym jaki, zębaci jak krokodyl (który akurat wtedy, jak na złość nie chciał się wynurzyć), generalnie rzecz biorąc - statyści mego życia, ale też ludzie-miejsca, widziane na ogół jeden, jedyny raz, osoby-ścieżynki, polne dróżki, winkle, skrzyżowania, ronda, drogi, na których miałem pierwszeństwo przejazdu.
Żadna z nich nie jest pełnokształtna, nie może być nazwana istotą ludzką, no, chyba, ze w przenośni, bo co to za człowiek, który zamiast głowy ma ulicę Tkaczyszyna-Dyckiego, łąkę starej Chmielichy, siódmy level gry Sonic the Hedgehog, piórnik, który zgubiłem w drugiej klasie podstawówki, czy... niepewność o jutro, strach,  że stracę pracę, albo cena herdewinu wzrośnie parokrotnie i nie będzie mnie stać na dobro dóbr?
Tak, niektórzy z więźniów zamiast wyglądu mają jedynie pojęcia abstrakcyjne, takie jak algorytm, pierwiastek kwadratowy, silnia, albo też wspomnienia: jedni są moim dzieciństwem, inni okresem wczesnomłodzieńczym. Wyczuwam jedynie owych adolescentów, nie widzę. Są nagrani na prześwietlonej taśmie filmowej: w dymie, wdrukowani techniką laserową w to miejsce. W moją kulawą z powodu herdewinu pamięć.
Otaczają mnie, stoję bezbronny pośród bezludzi, rozwiewających się marzeń sprzed kilkunastu, bądź więcej lat.
Skąd jestem i za co siedzę - pytają bezgłosami cienie widzianych jedynie na pożółkłych zdjęciach, koledzy z wojska mojego zmarłego dziadka.
Ociągam się z odpowiedzią, więc na rozgrzewkę, aby wróciła mi mowa, dostaję siarczystego plaskacza.
Nic, cisza. No to drugi, na odlew. Im większe bęcki dostaję, tym bardziej zacinam się w sobie, zagryzam wargi, by nie odezwać się ani słowem.
Gadać z nieistniejuchami? Oni to tylko projekcja, duchy malowane dymem na szkle przez nieudolnego sztukmistrza. Jedynie moja, solipsystyczna myśl jest tu prawdziwa, to kamienny samolot wlatujący w burzową chmurę.
Myślę o Pawle i Justynie, gdzie teraz są i czy ich też oprawiają zmyślone postacie. A vistula Józwy - jak tam, nie zatarły się tryby, gdy wrzuciłem w nie szczątki? Nie zepsuł się heder?
Patrzę na ćwierćwięźniów, istoty domyślne. W żadnym nie dostrzegam pierwiastka żeńskiego, cech Martyny, którejkolwiek wywłoki z Cocomo, pani Wiesi (niewiele z niej zostało), Luizy "Złotówki", co to ze szlaku wszetecznego zeszła, Kaśki Cyniczki, której nawet naplucie w twarz nie pomogło, nie ma bowiem tak żrącej i jednocześnie do tego stopnia oczyszczającej śliny, by móc zmazać jej jad, spłukać chamski grymas z ryja.
Chłopy, niewidzialne właściwie, twarde, napakowane, wyżywające się na mnie (bądź co bądź - stwórcy!) samczyska. Powoli mam tego dość. Ileż można znosić - nawet fantomowy - ból?
Nie znam, nie wiem nawet czy istnieje słowo-klucz, hasło kończące tę nieco sadomasochistyczną zabawę w odurzenie. Muszę znaleźć sposób, jak wydostać się z narkotycznego snu, bo przestaje być zabawny, przeradza się w bad trip. Choć to ułuda, coś na kształt wirtualnej rzeczywistości (tylko bez wirtualu, he, he, najlepszy wirtual od zawsze tworzyłem we własnej głowie) - mam dać się katować? W imię czego? Trochę szacunku, kuźwa, do samego siebie! Okej, było miło, ale się schrzaniło, zamiast haju i sielanki mam koszmar na półjawie.
Dobra, cześć, chłopaki, wybywam. Tylko jak?
Rozgorączkowany widzę tylko jeden sposób: wybić klina klinem, spalić pożar, zwalczyć ból jeszcze większym bólem. Ściąłbym rosnące wewnątrz klatki piersiowej drzewo, ale chwilowo nie mam czym.
Poroniony pomysł - już Mordołom-zaMORDysta mnie bił - i jakoś się nie obudziłem.
Prawa ręka ciągle boli. Dopiero teraz orientuję się, że to nie siniak, lecz złamanie otwarte, kość przebiła skórę i błyszczy, skrzy się, jak obsypana brokatem.
No - i właśnie czegoś takiego było mi trzeba! Gdy tylko niewidzialne kryminogangusy odpuszczają na trochę - nie zważając na ból, który przecież jest sztuczny i nie ma odniesienia do mojego realnego samopoczucia, nie przekłada się na mój rzeczywisty stan, łapię wystające gnacisko i, niby kompletny wariat, zaczynam ciągnąć.
Mdleję z kosmicznego hiperbólu, ale nie luzuję uścisku. Nic to nie daje! Zaczynam drapać, wpuszczam palce głęboko w ranę i wręcz rozrywam ją, tak - rozszarpuję prawe przedramię. Tryska mokre mięso, krew sika strużkami, otaczający mnie więźniowie ze zgrozą, szepcząc: "Co on odpierdala?" odstępują parę kroków.
Nic, nadal tkwię we śnie! Schylam się i gryzę, dokonuję aktu autokanibalizmu, odżeram i wypluwam własne mięso.
Większość ludzi na moim miejscu pewnie by zemdlała, tak to potwornie boli. Ale jestem zdeterminowany, rozdzieram rękę, ścięgna, dłoń, pod stopy spadają oderwane palce, jeden ze współwięźniów wali pięściami w drzwi celi, wrzeszczy, by otworzyć klapę, a ja nie przestaję; to muszą być majaki, zaraz się obudzę, nie mogłem się przecież aż tak pogrążyć, zabić dwóch kobiet, bez powodu wpieprzyć się na dwadzieścia pięć lat, albo i dożywocie do więzienia, zaraz zobaczę się z Agatą, musi uważać, by znowu sobie nie spalić włosów, ciekawe, czy Bartek ma coś do sprzedania, jak tylko będę przy forsie - wybiorę się; to sen, całe szczęście, ze Dalczyk nie został prezydentem... Muszę się doszukać, dodrapać, gdzieś tu musi być wyjście, drzwiczki ze świeciącym nad nimi napisem EXIT, to tylko sen, nie wpierdoliłem się po same uszy ww sytuację bez wyjścia, trzeba uważać na parasolkary-naganiaczki, to sen, nie jestem mordercą, muchy bym przecież nie skrzywdził, jestem dobry i - jak zechcę - potrafię być nawet uczynny, lubię panią Wiesię, to poczciwa kobiecina, do Kaśki w zasadzie też już nic nie mam... Jak tylko odzyskam świadomość - może nie aż przeproszę, ale postaram się nie wchodzić jej w drogę. I żadnego plucia.
No dalej, cholera, budź się... Musi istnieć coś poza herdewinem i bólem, zwyczajnie nie ma innego wyboru. Jest blisko, tylko trzeba drążyć głębiej, mocniej zacisnąć zęby. To tylko sen, drzewo-pasożyt, obraz zmarłej Maryjki, koszmar, który się zbyt głęboko ukorzenił.
Muszę w to wierzyć.

Koniec
Opublikowany: 01-12-2018 14:29 przez: floriankonrad
Dodaj komentarz
Właściciele serwisu nie odpowiadają za treść umieszczanych utworów i komentarzy. Wszelkie uwagi prosimy kierować bezpośrednio do ich autorów. Wszystkie utwory i komentarze zamieszczone na stronie podlegają ochronie. Zabrania się ich kopiowania, przetwarzania lub rozpowszechniania bez zgody autorów.
Komentarze (1)
Większość filmów, które mam nadzieję, że mnie zainteresują, nagrywam. Głównie po to, żeby móc przewinąć reklamy, sceny pościgów, strzelaniny, mordobicia, potwory wychodzące z kanalizacji, rozprute bebechy. Dlatego nie mogę zachwycić się tematyką tych ostatnich rozdziałów ale muszę też powiedzieć, że czytanie ich, nie znużyło mnie. Nie przewinęłam nawet linijki;P
To co lubię w tej prozie to niewątpliwie barwny język, wiele określeń jednej rzeczy, sytuacji i dodatkowych skojarzeń do nich, czasem z innej beczki. Poza tym staranny zapis, znajomość języka polskiego i interpunkcji, które ułatwiają odczyt przekazu i emocji.

Moim ulubionym rozdziałem zostaje jednak rozdział VI, czyli ta jazda Adasia po manowcach, ta błagająca rodzinka, ta Kaśka, ta mucha plujka i ta cała otoczka wokół wyborów kandydata na burmistrza:P
:)
05-12-2018 22:46 wre... [Link do komentarza]
(c) 1996-2016 by SOKARIS, http://www.sokaris.pl
Strona wygenerowana w: 0.0042 s