literacki serwis recenzencki e-poezja
(wersja serwisu: 0.10.21 z dnia: 06-05-2016)
(c) 1996-2019 by SOKARIS, http://www.sokaris.pl
Załóż konto
lub
Zaloguj się


Do przeglądania polecamy:


FireFox Web Browser
Wiersz z listy autora o pseudonimie floriankonrad
<< Poprzedni wiersz tego autora Następny wiersz tego autora >>
Pokaż wszystkie wiersze tego autora Dodaj do ulubionych
Bezstratne, część 3
Moje przywiązanie do Piotra (z wzajemnością) w żadnej mierze nie jest tym, co czuję do Małego Księcia lat trzydzieści cztery, oba uczucia są jak… ciężko to opisać.

Dualizm: jest zima, w piecu dawno wygasło. Leżę pod kołdrą złożona przeziębieniem, pocę się, przepociłam piżamę, całą pościel. Wiem, że muszę wstać, by rozpalić, ale jeśli tylko się odkryję — dostanę drgawek, zaleje mnie nagła fala zimna, mrozu, zacznę dygotać, ręce będą mi latać jak u alkoholiczki w delirze, szczęki — dzwonić; nie rozpalę przez tę trzęsionkę, prędzej powybijam zęby…

W końcu, chcąc- nie chcąc wstaję. I jakbym miała padaczkę — dydydydydydy…

Rozwarstwienie. Upadek z pomostu, w lodowatą toń. Szukanie ciepła. Ucieczka przed ciepłem. Z konieczności, z rozsądku.

Majaczenie drżenne, z którego trudno będzie wyjść.

V. TRIODA

Wariactwo jakieś… Fosforyzujący zegarek na konsoli środkowej pokazuje niemal drugą w nocy. A ten szaleniec wybłagał, wyprosił, wymógł spotkanie…

„Teraz i tylko teraz, taka okazja się więcej nie powtórzy” — skowyczał jak telemarketer, albo chłamowcisk na oszukańczych pokazach garnków sprowadzonych z Tajwanu, i sprzedawanych z trzydziestokrotną przebitką, czy pseudomedycznego badziewia dla emerytów, elektrostymulatorów, które karalucha by nie wyleczyły.

Nie jestem pewna, czy nie ładuję się właśnie w coś nielegalnego, albo mega zboczonego… Piotr niby taki poważny, wręcz drętwy, a swoje za uszami ma…

Co będzie, jeśli zaprosił kumpli, czekają na mnie we czterech, pięciu, by sobie poużywać, na ostro, pogwałcić ot tak, dla zabawy…?

Zaraz karcę się w myślach za skraine idiotyzmy. Co za duperele przychodzą do głowy… Kogo jak kogo, ale jego mogę być pewna. Ostry jest, a raczej bywa, przyznaję, ale bez przesady… Muchy by nie skrzywdził, prędzej — własne dzieci…

Brama — otwarta. Podjeżdżam pod dom, parkuję micrę przy samych schodach. Zaraz zapala się światło i wychodzi mój chyba dopiero przyszły (sic!) chłopak. Wita się, uśmiechnięty od ucha do ucha. Całuje w policzek. I w szyję.

Już- już mam go odepchnąć, syknąć, że nie teraz, ale momentalnie reflektuje się, przerywa głupawe pieszczoty na podwórku (sąsiedzi niby śpią, w oknach — ciemno, ale wiadomo? Po co nam durne ploty?), zaprasza do środka.

Cisza. Dzieci — dawno zagnane do łóżek, mają udawać, że nie istnieją, zasnęły zanim się urodziły, w ogóle ich nie było.

Choć mają po -naście lat — Piotr traktuje je jak przedszkolaki. Albo kotów w wojsku. Pruski dryl:, spodwiadanie się, gdzie, do kogo idą, o której, z dokładnością co do kwadransa wrócą.

Dyskoteki, imprezy? Przenigdy.

Skubany, przegląda im nawet wiadomości na messengerze, esemesy, maile. Zero wolności, ojciec-nadzorca czuwa, by nie daj, Boże nie wpadły w złe towarzystwo, nie poznały smaku piwa, czy ganjowego dymu, nie nauczyły się przeklinać. By nie skończyły jak mamuśka, której odebrano prawa rodzicielskie za chlanie, ogólne olewnictwo, luźny stosunek do życia, obowiązków.

Za całkowite zeszmacenie się.

Wiele razy chciałam zwrócić uwagę, że jest przesadnie surowy, młodym ludziom trzeba dać choćby odrobinę swobody, poluzować smycz, inaczej — prędzej, niż się spodziewa — będzie miał w domu troje buntowników, na których nie podziała pasobicie, kary, zakazy. Że tyrańskie wręcz metody odniosą odwrotny skutek do zamierzonego, zamiast potulnych, wysławiających się kwiecistą mową, może nawet wiązaną, prymusów, dzieci zmutują w nienawidzących go domowych wrogów; że pęknie coś w rodzinie i nie będzie dało się skleić, na wspólnych zdjęciach pojawią się plamy pleśni, nie do starcia.

Zawsze jednak gryzę się w język, odpuszczam moralizatorskie tyrady. Łapię się na tym, że… nie mam jeszcze prawa włazić z buciorami w zasady panujące w ciągle nie moim domu, umoralniać, kadzić jak katabas sprzed wieków, straszyć diabłem i ogniem piekielnym. Że jestem ciągle w gościach, na chwilkę, wpadłam grzecznościowo, nie chcę przeszkadzać, jeśli jesteście zajęci — już mnie nie ma…

Może kiedyś, w bliżej niesprecyzowanej przyszłości przyjdzie mi być przyszywaną mamuśką Kacpra, Weroniki, Natalii (wyraz „macocha” nie istnieje w moim słowniku, macocha to w bajce otruła królewnę Śnieżkę zatrutym jabłkiem!).

W pokoju Piotra, jak zawsze, panuje ten nieznośny menelozapach; połączenie zaduchu (choć wietrzy przecież, oba okna są uchylone!), wyziewów z ust pełnych jedzenia, może pizzy, kanapek z wołowiną, słoniną, albo innymi tłustościami, oparów z gotującej się fasolki po bretońsku, z nieznośną wonią potu, po prostu niemycia się.

Mam wrażenie, jakby przez całe dnie leżał tu, przykuty do łóżka, niemogący zrobić samodzielnie nawet kroku, trzystukilowy facet; żarł, pierdział, załatwiał się do wiaderka, wrzucał pod łóżko albo za szafę tłuste papiery po hamburgerach, słoiki po musztardzie albo gołąbkach, kopcił ruskiego (z przemytu) szluga za szlugasem, bekał i pluł czystym smalcem, wycierał brodę twardym od brudu podkoszulkiem.

Nie wiem, czy jestem tak uprzedzona, czuję zapach fantomowy, czy tu naprawdę, z niewiadomego powodu tak waniaje.

Winko, nie najdroższe, na stole, do tego dwie świece palące się w para — kryształowych lichtarzach. Tradycyjny zestaw randkowy. Gdyby zamiast flaszki egri bikavera stał krucyfiks — powiedziałabym, że Piotr spodziewa się chodzącego po kolędzie księdza.

Gadka-szmatka, korkociąg. Toast za to, co ma się wydarzyć. Za wielką niespodziankę. Mam nie pytać, bo i tak nie powie. Jeszcze godzinka i przekonam się, że warto było przyjechać. Tego, co zobaczę — nie zapomnę do końca życia.

Uśmiecham się z komicznej podniosłości, prawie-słyszalnych werbli. Tam tararam, tam tararram!

...przeszedł na satanizm i zamierza złożyć Fabiana w ofierze; chce, bym patrzyła jak wypruwa mu flaki?

…a może to jak mam być ofiarą czarnej mszy?

— Z czego się śmiejesz?

— A nic, tak… Przypomniał mi się skecz tych… z Moralnego Niepokoju. Ale głupi. Nieważne.

Butelka pęka nadspodziewanie szybko. Piortr siada koło mnie i zaczyna się przymilać. Zawsze w takich chwilach, pomimo niedźwiedziowatej sylwetki, przypomina mi małego pieska łaszącego się do większej, wyższej suczki w rui.

Wierci się niespokojnie, jak uczeń w ławce, który ma owsiki, wręcz popiskuje: " no daaaj, taka śliczna jesteś, taka piękna, no daaaj”.

Nie, żeby trzeba mnie było specjalnie namawiać, ciągle odreagowuję i odrabiam długie miesiące posuchy. Jeszcze parę lat z Krzyśkiem — a odrosłaby mi błona dziewicza, wagina ścieśniłaby się, dostałabym ciężko wyleczalnej przypadłości, co się zwie „kocia pizda”…

Pocałunki, coraz niżej. By mnie rozgrzać, rozochocić. Nawodnić. Doskonale wiem, o co chodzi w tych jego przedłużających się pieszczotach, przeciąganej niekiedy w nieskończoność grze wstępnej: mam być mokra do imentu, ma ze mnie kapać.

Na początku znajomości mój zboczek (już drugi w ostatnim czasie, z którym jestem… co do czorta — przyciągam samych kolesi z parafiliami, zaburzeniami? Jak nie aseks to… mysofil!), krępując się jak cholera poprosił, bym na parę dni przed zaplanowanym spotkaniem…

…kurwa, idzie się porzygać, gdy tylko pomyślę…

...nie podmywała się. Piotr okazał się być jednym z tych kisłolubych miłośników „naturalnego zapachu kobiety, nie żadnych mydeł, detergentów, żelów pod prysznic”.

Oczywiście odmówiłam i wyśmiałam, że co ci po głowie chodzi, może powinieneś się skonsultować z psychiatrą, zwariowałeś, człowieku?

A teraz robię mu na złość — zawsze przed randką wylewam na siebie, TAM, cysternę perfum (uwaga, by nie spowodowały reakcji alergicznej!), wcześniej — myję się wręcz obsesyjnie, prawie do zdarcia skóry.

Masz, nawąchaj się chemii…

Robienie sobie na złość, nawet w tak — przyznaję — głupiej sprawie — raczej nie wróży dobrze związkowi, ale.. co — mam śmierdzieć, jak sobie zażyczył pan i władca? A wała! Jest dwudziesty pierwszy wiek, a nie epoka kamienia gładzonego; chcesz naturalnie śmierdzącą babę — to wynajdź wehikuł czasu, przenieś się do neolitu, albo…

…ostatnio czytałam, że w Indonezji barbarzyńcy przez sześć lat zmuszali orangutanicę do seksu, robiła za prostytutkę, była cała ogolona, miała makijaż i biżuterię… Może szkoda, że ją uwolniono? Przyznaj się — chciałbyś? Co — zbierasz na bilet do Indonezji, poszukać, może jeszcze gdzieś się jakaś ostała…?

Znów nachodzi mnie fala śmiechu. Tłumię ją, by nie dekoncentrować Piotra. Niech ma, niech się nachłepcze. Skoro pracuje w spółce wod-kan — bardzo lubi wilgoć…

Diabelnie go podniecam, wiem. Kręci go nawet złośliwie przeprerfumowany nektar z różyczki — jak go z emfazą, kuriozalnie nazywa.

No i jestem, kuźwa mać, gotowa. No i dopiął swego, cholernik, podniecił na maksa.

Studzienka pełna opalizującej wody. Nie jedna, dziesiątki tysięcy odkrytych włazów. Pękanie granic. Wdzieranie się pod powierzchnię nieznanej planety (kurwa, nigdy nie byłam dobra w erotycznych opisach, zawsze zamiast nastrojowych niedopowiedzeń wyrzyguję kawę na ławę, do tego w najbardziej grafomański i prostacki sposób; silę się na finezję, a wychodzi klimat wyrzucania obornika, seksu dwojga bezdomnych w walącej się altanie)…

Z kuchni, przez uchylone drzwi, wbiega Fabian. Siada, bardzo dostojnie, jak na dorosłego pana kocura przystało („żaden dachowiec, maine coon w trzecim pokoleniu, mocno skundlony, ale płynie w nim trochę rasowej krwi” — twierdzi Piotr, ale nic, a nic mu nie wierzę) i gapi się, brudnogroszkowo-zielonkawymi ślepkami, co robimy. Zafrapowany, jakby nigdy nie widział. Skonsternowany, bo pewnie uważa to za coś komicznie-brzydkiego; ćwiczymy przepychanki, gryziemy się na żarty, albo co?

E, to nie tak, źle! Jakby umiał mówić, toby nam pokazał, jak się doskonalić w sztuce catwondo, pozorowanej walce wręcz (u kotów …„włap”? ).

Czasami, choć to irracjonalne, myślę, że Piotr bardziej kocha kociambra, niż własne dzieci. Że bardziej go rozpieszcza — widać na pierwszy rzut oka. Wydaje mi się, że gdyby miał pewność, że ukochany pupilek będzie umiał obsługiwać — kupiłby mu smartfona, tablet, albo odebrał Kacprowi, czy Natalii…

Raz przyszło mi na myśl, że celowo nie zamyka drzwi, by Fabian mógł sobie popatrzeć.

Może to kolejny fetysz, jara się tym, że ma widza, ktokolwiek, nawet zwierzę, obserwuje, jak uprawia seks… Albo, o zgrozo, marzy mu się trójkącik międzygatunkowy, chciałby włączyć Fabiana do naszych zabaw, czemu nie, sądząc po liczbie filmików w necie — zoofilia jest dość powszechna, aż trudno uwierzyć, ile istnieje portali typu ZooTube…

Biało-rudy elegant z,,krawackiem” pod szyją (jak on jest maine coon, choćby w piętnastym pokoleniu, to ze mnie jest pantera śnieżna!) nie spuszcza z nas wzroku. Zastygł w bezruchu, przypomina staroegipską rzeźbę, może mumię.

O czym myśli?

Przyjechałam zobaczyć niespodziankę, przyjechałam na seks, a zamiast zatracić się, żyć chwilą, staram się odgadnąć, co siedzi w głowie kota, który samą swoją obecnością cholernie mnie dekoncentruje.

Sio! Psik! Na polowanie idź! Myszy łapać! Albo nornice!



***



Naseksiwszy się po uszy, spoceni, jakbyśmy dopiero co wyszli z sauny (dziwne, jest dość chłodna noc, w pokoju zrobiło się dużo zimniej, poza tym nie przerobiliśmy całej Kamasutry, by się tak nieludzko zmordować), wolni w grzechu (Romeo ze spółki wod-kan ciągle nie ma rozwodu z Lucyną, sprawa ciągnie się niemiłosiernie długo, pijaczka nie chce orzekania o winie, walczy o chałupę, czy coś tam, coś tam, przyznam szczerze — nie bardzo wiem), bezpieczni od wszelkiego zamętu, gadamy o pierdołach. Jestem rozbawiona, choć średnio jest czym, niby od niechcenia rzucam cytatami z Biblii, której nigdy nie czytałam.

Piotr co parę minut nerwowo spogląda na zegarek.

— Jeszcze trochę, zaraz będzie, poczekaj, kochanie…

„Fabiuś, Fabiutek” (jakby mógł, to by wlazł temu kotu pod ogon, i to bez wazeliny, albo, korzystając z okazji, że mam zamknięte oczy, przystawił do mojej rozgrzanej muszelki, by liznął sobie, posmakował nowej pani… — znowu łapię się na siakimś chamskim sarkazmie; chyba Krzysiek mnie nim zaraził, przy nim wyrobiłam w sobie wewnetrzną bezczelność, albo po prostu miałam tak wielkie, uśpione pokłady arogancji, on był jedynie katalizatorem, iskrą zapalną, od której wybucha cysterna) został wyekspediowany do kuchni.

„Whiskas cała miseczka, w galaretce, dobre mięsko, no czemu nie chcesz?” (ciekawe, czy w dzieciaki też tak wmusza jedzenie, tatuś za dychę?).

— Trzydzieści sekund — Piotr bierze mnie za rękę i wręcz ciągnie do okna.

— Co tak odliczasz? Bomba ma wybuchnąć? Pas szahida zdetonujesz…?

— Lepiej…

Świetlisty, purpurowo-złoty lej wyłania się zza horyzontu. Kosmiczna trąba, nie powietrzna, raczej próżniowa, coś na kształt wirującej czarnej dziury, o wiele ciemniejszej od bezgwiezdnego nieba, opalizujące, skrzące się po bokach, na krawędziach tornado bełta się przez chwilę, jakby nieco zagubione (pomyliło drogę, nawigacja zawiodła?), zawisa nad Laskiem Dańcowskim.

I nagle… schyla się, skłania „głowę”, jakby było żywe (może jest, to jakiś międzygalaktyczny stwór?) i pochłania go, w całości, mięciutko, jak bezzębbna babunia bułkę. Takie delikatne,,ammm”, ostre świerki, topole, sosny zostają wciągnięte przez aksamitne, pokryte świetlistymi cekinami wargi złego boga/ducha (??).

— Co to kuuuuurrrrrffffffaaa jeeest? — szepczę, albo myślę, nie mam pojęcia, czy jestem w stanie wydobyć z siebie głos.

— Autonomia — uśmiecha się Piotr.

Za cholerę nie wiem, co przez to rozumie.

VI. PRZYCZAS

O czym myśli leżący w liściach pół-trup? Heh, aż wstyd przyznać, ale nie układam ośmiozgłoskowych poematów, nie kłócę się w duchu z brodatymi filozofami sprzed wieków, nie klecę własnych mądrości ogólnoludzkich, oglnopolitycznych, geohumanizmów…

Nie bije ode mnie światło oznaczające oświecenie, nad głową nie wisi siakaś książkowa aurelola.

Wspominam potrąconego lisa, którego mijałem jadąc rowerem na targ. Leżał na poboczu drogi, młody biedaczysko, z otwartymi oczami.

Gdy wracałem — nie było ich wcale. Lisek nie zamknął oczek. Padlinie liska oczy wyjadły muchy.

Myśli mi się o pani Jadwidze W., niedawno zmarłej nauczycielce z podstawówki. Uczyła polskiego. Ciągle pamiętam opowiadanie/ streszczenie jakiejś lektury, które napisałem sam z siebie, niepytany, nieproszony i którego — chyba za karę, że wyrwałem się jak filip z konopii, nie chciała mi sprawdzić, ba — nawet rzucić okiem!

Jest ciemno, chyba umieram, albo już umarłem, zeszyt do polaka z nieszczęsnym tekstem, który wysmalcowałem na ładnych kilkanaście stron — dawno pożarły płomienie w piecu. Panią Jadzię żrą robaki.

Uśmiecham się, bo właśnie wykoncypowałem, że motocykle sportowe powinno się dzielić na nadścigacze i podścigacze, te z kolei — na ćwierćścigi i niedościgi (paranojada kompletna, ale zabawna, przynajmniej mnie śmieszy)…

Gdzieś tam, w zaświatach zaświatów (Piekło i Niebo też mają swoje piwnice, lamusy, pawlacze, nigdy niewietrzone strychy) pani W. siedzi i czyta moje opowiadańsko. Stawia ocenę niedostateczną, choć wyjątkowo się przyłożyłem. Choć była to kurewsko dobra robota.

VII. FOOTJOB

Bieg. Dziki, wręcz obłąkańczy. Ucieczka, w matnię. Jak najdalej od większej matni. Nieokiełznanie, dzikość serca, niczym w piosence T. Love.

Bieg, przez krzaczory. Zapomnienie. Nie pamiętam swoich personaliów, adresu, swoich partnerów, zaparkowanej tuż przed schodami micry, dzieciaków Piotra: Kacpra, Weroniki i Natalii — mojej imienniczki, wszystkich Natalek świata, dla których miałam być macochą, przyszywaną mamusią, ciocią, kochanką ojca: Natalii Avelon, Natalii Przybysz, Siwiec, Kukulskiej, Natalie Cole, Portman…

Wyrwałam się z domu, nie słuchając zapewnień, uspokajanek, że to nic takiego, nie ma się czego bać, poczekaj, rozkręci się, powiruje i zaraz przejdzie, nie mogę powiedzieć nic bliżej, ale naprawdę — nie pochłonie nas, budynków, wsi, pobełta, pokołuje i zanikne, wróci w niebyt, skąd przyszło, wessie się w czarne niebo; no wracaj, kretynko, gdzie lecisz…

W uszach dudni mi akustyczny, najnowszy utwór „grupy” Pochowani na Zboczach Kanczendzongi, dyszkanckie zwrotki wysapywane przez jakiegoś Krzyśka do mikrofoniku. Prawie nucę niesłyszany nigdy przez nikogo „hit” Przewrócone piramidy.

Znów jestem nastolatką słuchającą podwórkowego punka, szczerbatych, zionących winem obdartusów w skórach, z pokłutymi rękami.

Natalia, Natalia w Brooklynie, Żuchalinie, Węgrzynie, obejmowana przez pazurzaste łapy czarnych krzaczysk, pantery, kocurzyce, rozdzierana przez noc, lej, halo, zaćmienie i tak zaćmionego Księżyca.

Zamiast, jak normalny człowiek wsiąść do własnego auta i spierniczać gdzie pieprz rośnie, w długą, starać się nie zostać pożartą i przetrawioną przez mgławicę-tornado, dotknięta szokiem i obłędem na raz, nie — obłędem wynikłym z szoku, zapuszczam się w leśne ostępy.

Śmiertelnie przerażona już nie nastolatka, ale dziewczyneczka latek pięć i pół, w porywach — sześć, zapłakana, tak daleko od mamy.

Blond-aniołek, polska Shirley Temple, maleńkie zwierzątko porzucone przez nie mających serca właścicieli na poboczu drogi (suczeczka-nie suczeczka?), jelonek Bambi, którego mamę, rodzeństwo, każdego, z kim był spokrewniony zabił wybuch bomby atomowej (zły grubasek z Korei Północnej planował zrzucić ładunek na Biały Dom, ale jego eksperci pomylili się w obliczeniach — i co zrobić, miało się pecha, tyciusie stworzonko zostało wplątane w Zimną wojnę-bis, konflikt dwóch państw rządzonych przez szaleńców-straceńców).

Mam wrażenie, że biegnie za mną… Fabian. Do tego — z każdą chwilą, krokiem staje się większy, rozrasta się i w przedziwny sposób łączy z gwiezdnym lejem, autonomią, jak enigmatycznie nazwał to-to Piotr (czarodziej? wróżbita? wywoływacz galaktycznych katasrtrof?).

Z nocy spiera się czerń, spod wierzchniej warstwy przebija się biel i rudość szorstkiego futra, mdło-miętowa zieleń kocich ślepi.

Racjonalność zostaje zepchnięta do rowu, potem — między gałęzie, zadeptana łapkami domowego tygrysa. Bestia rasy maine coon, albo i nie, jest coraz bliżej, prawie czuję na plecach jej gorący oddech.

Logika podpowiadałaby, że zostałam otruta, w najlepszym razie — odrzona, kochanek z Piekła rodem podał mi jakieś narokotyczne świństwo, albo wcałował, przekazał poprzez pocałunek, w ślinie. Lub, hi, hi… wlizał we mnie. Wminecił.

Coś u licha musiało sprawić, że widzę (oby!) nieistniejące rzeczy, czuję grozę, ogromny strach, mam bad tripisko, tak wielkie i silne, jakby zawalił mi się na głowę Hotel Ryugyŏng, i to parę razy z rzędu.

Ogłuszająca cisza pustych, nie wykończonych przez ponad trzydzieści lat pokoi, szklane tafle elewacji roztrzaskujące się o łepetynę…

Wrzask spadających z rusztowań przymusowych robotników, jęki więźniów odbywających wyroki dożywocia za pseudowiny swoich dziadków, krew pstrząca ściany cel baraków w obozach pracy (de facto — koncentracyjnych), pot, głód, praca ponad siły przez kilkanaście godzin na dobę, jedzenie szczurów, dreszcze, tak, oblewa mnie zimny pot, przez ciało przechodzą wyładowania, atmos… pioruny, lodowate.

Kaleczę się, jestem kaleczona, wpadłam w krzaki głogu, jeżyn, lub innego paskudztwa, które ma pazury.

I kot, uczucie, że zaraz mnie dopadnie i pożre jakbym była wielką, bezwłosą myszą.

Delirka? Raczej wycieczka na Półwysep Koreański, do złego kraju. Osadzenie w obozie redukacyjnym, za niewinność.

Biegnę, a czuję się cholernie zniewolona, spętana, dostałam karę rozdarcia. Nie mam bladego pojęcia, do kogo apelować o rewizję, powtórne rozpatrzenie spra…

Nad głową zamyka się półokrąg, dwa horyzonty stapiają się w jeden.

Ciężko, zwłaszcza teraz, przedzierając się przez krzewy, może dzikich róż, odgadnąć, skąd wzięła mi się ta przeklęta Korea, czemu połączyłam ją z kotem Piotra, do tego, co już zakrawa na absurd, cyrk cyrków, przerażona fatamorganą, snem na jawie, uciekłam w dzicz, zamiast poobserwować zjawisko, pocieszytć oczy miriadami…

Jedno jest pewne — ta noc to nadzorca. W mundurze, z batem. Żołnierz z rodziny Felidae. Kotowaty jarosz, który właśnie pożarł Lasek Dańcowski.

VIII. PION

Jałowość, pewna forma nieistnienia. Leżę w rowie, przemielony przez golfiarza i rozmyślam o bzdetach: a to o bezokim lisie, który chodził koło drogi, dopóki nie spotkał się łepetyną ze zderzakiem jakiegoś auta, obnażającym się ojcu Kazika Wojczuka, przywiązaniu do ziemi, które nakazuje chować się po kątach dawnej ojcowizny…

Do głowy przychodzą też, choć niechętnie (jestem z gatunku ludzi, którzy wolą poczytać newsy na Pudelku, Kozaczku, niż książki dajmy na to Feuerbacha) sprawy ważkie, jak nierozmnażalność, moja awersja do seksu.

Przedłużająca się, bo trwająca odkąd tylko zdałem sobie sprawę ze swojej inności, śmierć; kończenie się, świadomość, iż jestem tak diablo pojedyńczy, niepodzielny. Nieprzekazywalny, nie tylko, rzecz jasna, w wymiarze genetycznym.

Całokształt, człowieczyna, który ma (nie?)szczęście być aseksualistą, choć to żaden wstyd, hańba, powód do załamywania się; ten leżący w kołdrze z suchych liści koleś, którym jestem, nigdy nie…

…bla, bla, bla, użalam się z powodu niepotatusiowania żadnemu malcowi, choć z jednej strony — nie chciałem i nie chcę dzieci, niezależnie, jak urocze, słodkie miałyby być, z drugiej… przed oczami stają te wszystkie niespędzone na współnych zabawach chwile, niewypite z synami, albo i córkami piwa, nierozegrane turnieje w Quake’a 16, czy innego Dooma 20 (nie orientuję się, jakie tytuły są teraz w modzie, od zawsze nie znosiłem i nie znoszę gierek komputerowych, konsolowych, komórkowych, gameboyowych, nazywam je, dość pogardliwie i deprecjonująco — właśnie gierkami, nie grami; od dzieciństwa uważałem tę formę spędzania czasu za wyjątkowo odmóżdżającą; grać w gierki, zwłaszcza — strzelanki, to jak jarać się żetonami znajdowanymi w chipsach, kolekcjonować je, wymieniać się karteczkami do segregatorów, czy zbierać inne cholera wie po co potrzebne badziewie, napędzać marketingowo-wyżerającą szare komórki machinę, zaspokajać niby-własne, wymyślone przez macherów-copywriterów, reklamowpychów, potrzeby; żeby nie było — w żadnym razie nie uważam się za intelektualistę, po prostu nie dotyczny mnie ten stopień skretynienia, czy nie lepiej, niech ktoś powie, pooglądać kreskówki, nawet najzwariowańsze; o ile bardziej wartościowe jest to od brandzlowania się tazosami, zbierania pokemonów, czy robienia pif-paf na wyświetlaczu smartfona?).

Co mógłbym przekazać hipotetycznemu dzidziorowi, poza… muzyką? Szarpidructwem?

Chyba tylko jedną, zasadniczą rzecz: by za żadne skarby świata, choćby nie wiem, jak wielką potrzebę czuło, progeniturzę moje kochane, było gniecione od środka przez grafo-wenę, nie pisało niezadanych wypracowań.

Bo, jestem pewien, każda nauczycielka polskiego w mniejszym, lub większym stopniu ma w sobie panią Jadwigę W., odbierze taką samowolkę jako afront, wręcz podważenie jej kompetencji pedagogicznych (prace domowe zachciało się wymyślać łobuzowi?).

Bo wychodzenie przed szereg grozi utratą przednich zębów, okopceniem włosów. Albo zmarnowaniem czasu na bzdety.

W historii przelano zbyt wiele tuszu i śliny na opisywanie problemu bezdzietności, antynatalizmu, czy impotencji, zostania tatusiem/ mamusią wbrew woli, albo przeciwnie: problemów z poczeciem potomka, ludzi cierpiących na „nie chcę, ale muszę”, czy „chcę, ale nie mogę”. Powstawały całe sagi, tomiszcza o wyrodnych rodzicach, jak i tych, którzy nie chcieli zostać nimi z własnej i nieprzymuszonej woli, jedynie strach przed karą powstrzymywał ich przed popełnieniem zbrodni dzieciobójstwa.

A ja… jestem poza tym. Biały i czysty, niezadrukowany plakat, który głosi jedno „Nie tyle wolno mi takim być (wsadźcie sobie w dupy, byle głęboko, wymuszoną tolerancję), co jeśli uważacie mnie za spaczeńca — jesteście niewyedukowanymi zacofańcami; moja rzadka orientacja to niejako test na dwudziestopierwszowieczność, probierz mądrości.”

Nie mogę począć dziecka, bo brzydzę się seksem, masturbacją, w pewnym sensie jestem wykastrowany; niewidzialne nożyce (kto u choroby trzymał je w ręku — Pambucek, szatan, czy postać z innej mitologii?) ucięły mi klejnoty na długo przed pokwitaniem.

Roślinka uschła, zanim zdążyła wykiełkować. Włączono mi w głowie zagłuszarkę popędów, zabawne z wyglądu urządzonko w kształcie różowego misia.

Poniekąd ciągle jestem dzieckiem, nadal bawię się tą przytulanką.

Nigdy nie byłem w pełni z kobietą, według większości ludzi zastarzałe prawictwo, czystość, która zmuszała dobre kilkanaście lat temu, czyni ze mnie niedorosłego, niepełnoletniego gnojka z młodzieńczym trądzikiem, fajtłapę nieumiejącego podejść do panny i zagadać, ofiarę losu, co nie może (jak to „nie chce”? pedał, czy co? niemożliwe, są takie aparaty, co naprawdę NIE CHCĄ?) znaleźć sobie laski, wyrwać dupy, pozbyć żenujących kajdan, zrzucić wypełnionego łajnem garba.

Dźwiga, debil, choć diabelnie mu ciąży, ugina się, sapie, poci się, w myślach pewnie przeklina balast… — zdawałoby się ludkom małej wiary, gdyby tylko znali prawdę, zostali dopuszczeni (za skarby świata!) do najgłebiej skrywanej tajemnicy.

Zaraz pewnie dostałbym ksywę Nieruch, albo inną, równie poniżającą.

Drwiny nie ustałyby nawet, gdybym ożenił się i został ojcem siedmiorga dzieci. Gadanoby, że nie moje, sąsiad się przyłożył do powstania, albo żona poddała się zabiegowi in vitro, za ostatnie grosze kupiła fiolkę, albo i kilka, spermy i dała się zapłodnić. W klinice. Bo ja mam negatywny stosunek do stosunków. Bo mi pewnie nie stoi, wypłakuję oczy w poduszkę, cierpię przeokrutnie, ale chcąc-nie chcąc, dla dobra związku zgodziłem się usynowić i wychowywać nie swój przychówek, nie chcąc stracić kobiety, może nawet wbrew sobie wybrałem mniejsze zło..

A mi naprawdę nie chce się seksić, nie czuję potrzeby, by zostać speleologiem, penetrować zalane słoną wilgocią jaskinie, udawać, że czerpię z tego choćby minimalną przyjemność…

Zło: drwiący śmiech Izy, tak kurewsko nie rozumiejącej całego zagadnienia, Izy średniowiecznej, z zaprzeszłości, dziewczyny, jaką parę lat temu poznałem w poprzednich epokach, którą wygrzebałem z pożółkłych kart manuskryptu.

Zło: inne idiotki uważające mnie za ułomnego (mimo wady, która nie jest wadą, kalectwa-nie kalectwa ciągle podejmowałem próby ułożenia sobie życia, szukałem kogoś, z kim połączyłaby mnie platoniczna ćwierćmiłość, przywiązanie właściwie, koleżeństewko…).

Maleńki odbryzg dobra: żadna z pustaczek nie rozgadała wszem i wobec prawdy o mojej naturze, nie zdradziła sekretu, nawet przed psiapsiółami, za co do dziś jestem im zajebiście wdzięczny. Przez co ciągle mogę normalnie funkcjonować, nie jestem obiektem niekończących się, bezrozumnych żartów.

Zło: próba podniosłości, he, he. Nieudana. Zawroty głowy, łyżwiarstwo figurowe na suchych liściach. Zataczam się, choć ledwie usiadłem.

Próbuję wzniecić powstanie, dźwignąć cztery litery.

,,Toś się załatwił, nie ma co!” — kręci z niedowierzaniem głową zmarła od niepamiętnych czasów matka.

Jeszcze raz, skoncentrować się!

Przygryzam dolną wargę, zaciskam powieki (nadal jest ciemno jak u Murzyna, nic mi nie da patrzenie w czarne niebo).

Wyobraźnia pracuje na wysokich obrotach. Rodeo: pani Jadzia W. ujeżdża bezokiego lisa. Bzdety, tak, skupić się na bzdetach, czymkolwiek, tylko nie na coraz silniejszym bólu w klatce piersiowej…

Żesz kuźwa, chyba wszystkie żebra poszły… E-ep!

Próżny kosmos, niebo, z którego wymieciono wszystkie gwiazdy, jakby były okruchami zżartej przez jakieś wielkie bóstwo bułki, albo innym śmieciem, czarna tafla kręci się nad głową. Wprawia ją w ruch.

Pisze się paranaukowe dzieło „O obrotach sfer, bezdennie czarnych i pustych, o wirowaniu nieb”.

Jestem, przyznaję ze wstydem, jego autorem. Choć nie chcę, choć nie ma się czym chwalić, lepiej przemilczeć, nie przyznawać się, że to spod mojego pióra wyszedł ten przynoszący niesławę podręcznik do hochsztaplerki stosowanej.

Ponawiam próbę, bo i co tu, do cholery, ciężkiej robić? Czekać świtu? Chyba aż tak źle ze mną nie jest, by leżeć jak — nie przymierzając — lisie padło…

Zapieram się obdatrtymmi ze skóry dłońmi (piecze!) o ziemię, matkę naszą, staram spionizować.

Ziobra — połamane, niestety, ale oprócz nich — chyba wszystko we względnym porządku: miednica i nogi — całe. Jakby było inaczej — już dawno dałyby znać kurwobóle.

Wreszcie, wersz-cie! — po paru(nastu?) minutach walki z własnym ciałem — sukces. Powtórne (wiem — megalomania mi się z tej to okazji włączyła, ale naprawdę tak się poczułem) narodzenie.

Rozprostowuję się. Rosnę. Wzrastam. Równocześnie — powiększa mi się ego(tyzm).

Nie jestem już leżącym jak truposzczak, albo żul (w zasadzie — na jedno wychodzi), gnijącym w liściach śmieciem. Powstałem z półmartwych, odrodziłem się.

Wysoko tu, na górze. Przestrzń poszerzyła się, rozciągnęła wszerz, wzdłuż i po przekątnej.

Ile tu powietrza, jakie eeechoooooooo! Aż by cię chciało wrzasnąć coś (zajodłować?), ale biorąc pod uwagę okoliczności — nie bardzo wypada.

Około trzystu, może nieco więcej metrów niżej, pod stopami pełga ledwie widoczne światełko rowerowej lampki. Przerywa, jakby się krztusiła, brakło jej tchu, by normalnie działać.

Stoję nieco oszołomiony, zbieram się do kupy. Segreguję myśli, oddzielam je od plew, złomu i makulatury, którymi zawalone są całe półki. Skrytkki. Brzuchate sejfy.

Spajam się bo, jak wszystko wskazuje, czeka mnie wyprawa na prawdziwy ośmiotycsięcznik: wygramolenie się z rowiszcza, w dodatku, o ile nie jest uszkodzony, bo wtedy ciul z nim, niech se leży i dordzewiewa do reszty — z rowerem.

Zegarek — analogowy, bez podświetlenia tarczy. Która może być godzina? Ze trzecia — na pewno.

Dobra — raz kozie… aaaauaaa!

Mnę w duchu parę szpetnych słów, schylam się i obmacuję damkę. Wydaje się cała, koła — nie scentrowane, nie ósemki, rama — też bez pęknięć.

Klata boli przy każdym wdechu, ale mam dość wylegiwania się w listowiu. Lady, kuźwa, Pank się zachciało…

Wiem, że wypadek jest pochodną moich pieriepałów z alkoholem, jakbym swego czasu nie świrował, nie pił tyle, co preciętny rockman, a przede wszystkim — nie wsiadał ululany za kółko — i samochód byłby, prawo jazdy i żebra całe…

Życie to sztuka wyboru, jak głosi pewna reklama. Trudno, było i jest się wiecznym siódmoklasistą na niekończących się wagarach — trzeba ponosić tego konsekwencje…

Dwa — trzy kroki w górę, myśleć o pani W., Natalii i jej nowym gachu, zamkach rosnących na piasku, gdy pełno w szkle, poranną — już niedługo — witać zmianę…

I jestem na szosie, skołowany, jakbym przez dobre pół godziny leciał jednoosobowym samolocikiem, cesną na przykład, i przez ten cały czas robił beczki, wpadł w korkociąg, obracacał się jak oszalały, wirował…

…wirował niczym koło diabelskiego młyna…

Taśma przed oczami kręci się, choć nie stoję przy niej.

Kompletnie nie zauważam, że z tyłu nadciąga bestia. Robi się widno, dwa snopy światła padają na szosę, co uchodzi mojej uwadze.

Posąg wypełzł z rowu, pogruchotana w środku rzeźba stanęła na środku drogi, by ją podziwiać. By zachodzić w głowę, co jej twórca, jeżdżący staryznym golfem Fidiasz miał na myśli tworząc…

Jasnotwór, żar-ptak, zwierzę słoneczno-wulkaniczne atakuje znienacka.

(Pytanie za sto punktów: czy naprawdę byłem aż tak niewidzialny/ niewidoczny, miałem na sobie, zamiast kamizelki odblaskowej czapkę-niewidkę? Czemu rzucił się na mnie drugi żelazny potwór?)

Zostaję uderzony w plecy. Popchnięty w nicość, czarny bezład, krainę nieoświecenia, w której może i jest cuś, ale w chuj niewidoczne.

Dostaję nagle skrzydeł i podfruwam na parę metrów (mam wrażenie, że znacznie wyżej, hen, ponad korony szponiastych drzew-czarownic, lip o długich i brudnych pazurzyskach).

Wybicie. Ktoś mi podstawił pod nogi batut. Bęęęęęę!

Krótki lot. Niewiele z niego do zapamiętania.

Portłuczony jeszcze bardziej Gagarin razem z wehikułem, spada na szosę. Nie otworzyły się spadochrony, więc lądowanie jest wyjątkowo twarde, awaryjne.

Więc roztrzaskuję się w driebiezgi, nie zostaje ze mnie nawet centymetr niepokruszonego ciała.

Pękają narządy wewnętrzne. Zespalam się z masą bitumiczną, liczę nosem, powiekami, wargami, wtopione w jezdnię kamyczki.

Zostaję ofiarą podboju przestrzeni kosmicznej.

(Pytanie za dwieście punktów: czy będę mógł liczyć na pogrzeb państwowy?).

Zło: żałuję, że nie spaliłem się zaraz po wejściu w atmosferę ziemską. Wszystko byłoby klarowniejsze, czystsze.
Opublikowany: 01-09-2019 01:33 przez: floriankonrad
Dodaj komentarz
Właściciele serwisu nie odpowiadają za treść umieszczanych utworów i komentarzy. Wszelkie uwagi prosimy kierować bezpośrednio do ich autorów. Wszystkie utwory i komentarze zamieszczone na stronie podlegają ochronie. Zabrania się ich kopiowania, przetwarzania lub rozpowszechniania bez zgody autorów.
Komentarze (3)
Cisza. Dzieci — dawno zagnane do łóżek, mają udawać, że nie istnieją, zasnęły zanim się urodziły, w ogóle ich nie było.

W pokoju Piotra, jak zawsze, panuje ten nieznośny menelozapach; połączenie zaduchu (choć wietrzy przecież, oba okna są uchylone!), wyziewów z ust pełnych jedzenia, może pizzy, kanapek z wołowiną, słoniną, albo innymi tłustościami, oparów z gotującej się fasolki po bretońsku, z nieznośną wonią potu, po prostu niemycia się.

Czasami, choć to irracjonalne, myślę, że Piotr bardziej kocha kociambra, niż własne dzieci. Że bardziej go rozpieszcza — widać na pierwszy rzut oka. Wydaje mi się, że gdyby miał pewność, że ukochany pupilek będzie umiał obsługiwać — kupiłby mu smartfona, tablet, albo odebrał Kacprowi, czy Natalii…

Bo wychodzenie przed szereg grozi utratą przednich zębów, okopceniem włosów. Albo zmarnowaniem czasu na bzdety.

Stoję nieco oszołomiony, zbieram się do kupy. Segreguję myśli, oddzielam je od plew, złomu i makulatury, którymi zawalone są całe półki. Skrytkki. Brzuchate sejfy.


Te fragmenty w tej części wybrałam.
07-09-2019 22:40 wre... [Link do komentarza]
dziękówa. powieść się pisze :D
07-09-2019 00:17 floriankonrad [Link do komentarza]
Czytałam kilka dni temu i nie miałam zastrzeżeń. Podoba mi się. Jak będę miała więcej czasu, wkleję ulubione fragmenty.
05-09-2019 00:45 wre... [Link do komentarza]
(c) 1996-2019 by SOKARIS, http://www.sokaris.pl
Strona wygenerowana w: {_Chrono} s