literacki serwis recenzencki e-poezja
(wersja serwisu: 0.10.21 z dnia: 06-05-2016)
(c) 1996-2019 by SOKARIS, http://www.sokaris.pl
Załóż konto
lub
Zaloguj się


Do przeglądania polecamy:


FireFox Web Browser
Wiersz z listy autora o pseudonimie floriankonrad
<< Poprzedni wiersz tego autora Następny wiersz tego autora >>
Pokaż wszystkie wiersze tego autora Dodaj do ulubionych
 
Bezstratne cz. 4
IX. Linie segregacyjne

Jakby ktoś nie wiedział — wypełzanie z jeżyn do przyjemności nie należy — rymuje mi się czerstwo.
Gdy mija pierwszy, drugi, potem cała reszta szoków, a uwierzcie — miałam ich w sobie całe tuziny, postanawiam, przyświecając sobie telefonem, wrócić do domu Piotra. Dać się pożreć lejowi, czytajcie: jeszcze bardziej odurzyć, dać wydymać, zresztą — po to przecież przyjechałam, nie wiem po pierwsze skąd wziął, stary dzwon, ojciec dzieciom, pracownik wod-kanu, po drugie — po co była ta cała szopa z pigułą, podaniem mi jakieoś skurwysyństwa.
Mam bardzo złe przeczucia… A co, jeśli to w głębi duszy zwyrol, zachciało się mnie grupowo zgwałcić, pochlastać, zamknąć w piwnicznej izbie i odpierdolić swojską wersję Piły, nagrać amatorskie, podwłodawskie slasher, albo i snuffa?
Co on — wampir, krwiożerca?
Chyba daję się ponieść wyobraźni. Bardziej, niż wczoraj.
Odplątuję się z koron cierniowych, delikatnie, ostrożniutko, żeby się głębiej nie poranić. Pocięta, pochlastana, w jednym bucie (drugi — zaginiony w akcji) człapię powoli do chałupy ćpiarza. Odurzacza. Byłego już chłopaka (nie wybaczę chujowi, choćby mnie nie wiadomo jak błagał, płakał, nie wiem jak się tłumaczył).
Wracam po samochód, potem — do domu. Swojego. Na szczęście rozwidnia się, zza widnokręgu wyłania się blada słońca. Przypomina zepsuty, biały ser. W jego wyglądzie — zero romantyzmu.
Żenadosłońce, tania, na polski rynek, wersja, najbardziej budżetowa, bez bajerów typu halogeny, skórzana tapicerka, klimatyzacja. Słońce bez wspomagania kierownicy, elektrycznie sterowanych szyb, zderzaków w kolorze nadwozia, bez choćby jednej poduszki powietrznej.
W domciu drago-maga — jakby nigdy nic: choć jest nieludzko wcześnie, dobiega czwarta rano, dzieciaki zdążyły wstać, robią sobie kanapki do szkoły (Piotr — twardy nauczyciel Przysposobienia do życia — nigdy nie zhańbił się przygotowaniem żarcia. Jeszcze czego! Może w dodatku miałby sprzątać?! A gówniarzeria od czego? Mają powyrastać na samolubnych, dwuleworęcznych maminsynków, co to nie potrafią sobie głupiej zupy ogórkowej ugotować bez pomocy dorosłego, bez zaglądania do książki kucharskiej?!).
Natalka, imienniczka, je płatki na mleku.
Zaczynam z grubej rury, od progu rozdzieram się, wszczynam awanturę. Jak on mógł, skurwiel, tak mnie potraktować, odurzyć, słuchajcie, dzieci, dowiedzcie się, że wasz stary to potwór, większy, niż sądzicie, co — chciałeś gruppensex? Może przypiąć mnie kajdankami do wyra, zaprosić kumpli, przyznaj się, śmieciu — już byli umówieni, w drodze? A tu taki pech — niewolnica się wytrwała, Izaura spierdoliła w las… Co za gówno mi podałeś, THC, nie znam się, psycholu, gadaj — psycho-jakaś-cymbina, peyotl? Gdzie masz wodę utlenioną, dawaj, zobacz, jak się przez ciebie pokłułam…
Aspresja, ostrzykiwanie się z buteleczki mało świętą wodą utlenioną. Zasmarowanie zadrapań, pokłuć, maścią witaminową. Ciągłe darcie ryja. Przenajświętsze oburzenie, dziewica, na którą cześć nastawał brutal, bolszewik z nahajem w łapie, cuchnący samogonem wąsacz o przekrwionych ślepiach i przygłuszona dragami Karolina Kózkówna.
Piotr i dzieci patrzą po sobie, uśmiechają się porozumiewawczo, jakby coś wiedzieli, ukrywali przede mną, byli w posiadaniu wielkiej tajemnicy.
Wod-kanalizator, nie wdając się w zbędne dyskusje prosi, bym wyszła przed dom.
— Bo co?! — syczę zmieniona w kobrę-giganta. No dobra, idę, ale tylko po to, by wsiąść do micry i nigdy cię nie oglądać, chujcu.
Kwaśno-cierpki, spaleniźniany zapach na który, z tęgiego wkurwienia, nie zwróciłam uwagi. Skąd dobiega? Ktoś tu śmieci palił?
...no nieeee…
Albo jeszcze nie wytrzeźwiałam, mam przed oczami zdjęcie poglądowe, w nozdrzach — zapach poglądowy, odbitki, odbryzgi bad tripa, albo naprawdę zwariowałam i halucynuję na maksa.
W miejscu, gdzie jeszcze wczoraj rozciągał się Lasek Dańcowski zieje, wyżarta z krajobrazu łysa polana, poprzetykana gdzieniegdzie czarnymi kikutami kompletnie spalonych drzew.
— Mówiłem — autonomia… — Piotr próbuje mnie objąć ale, zdruzgotana, rozbita, oszołomiona odpycham jego rękę.
Dzieciarnia w domu chichocze, najpewniej — z mojego przerażenia. Eksploratorzy dżungli nabijający się z autochtona, którego przestraszyli pokazując wyświetlacz telefonu, maleńkie ludziki żyjące wewnątrz prostokątnego pudełeczka.

X. Rozszczep puli

Dom wyglądający jak skarłowaciały komisariat policji. Budynek, nieduży i drewniany, zbyt niebieski, by służyć za dom mieszkalny. Nieee… nikt z własnej woli, z własnej kasy nie zafundzieliłby sobie podobnego wizual-koszmaru, nie przeprowadziłby się do chatki Smerfa-wielbiciela curaçao… — myślą pewnie niczego nieświadomi turyści.
Tu musi się coś mieścić, jeśli nie maluśka placówka pocztowa, to może jakiś punkt informacji turystycznej, czy agroturystyka, choć, cholera, wielki szyld nie wrzeszczy, że pokoje do wynajęcia… Galeria sztuki ludowej urządzona w odremontowanym bez zachowania dbałości o zabytkową tkankę domu ludowego poety, lokalnego Nikifora, czy rzeźbiarza-kaleki, co to całe życie z zydelka nie wstawał, tylko na nim rzeźbił te gile z otwartymi dziobami, bociany horłate, pogarbione sójki? Kogoś w tych klimatach? No bo właśnie — klimat, okoliczności przyrody — lepiej, niż w Tatrach, czy nad morzem: czyściutko, spokój, zero tłoczysk i horrendalnych cen, no wyraj po prostu, Bieszczady-bis, nic, tylko eksplorować, chodzić, gubić się w ślepych uliczkach, na oślepłych ściezynach, pętać po łąkach, slalomem, miedzy plackami, zadeptywać, co się da — a ktoś miałby w centrum wsi, przy samej drodze tak oszpecić dom, by w dodatku nic z tego nie mieć, zmarnować świetną lokalizację w samym sercu XIX wieku, jaki się wokoło rozciąga? Może jeszcze twierdzić, że tak ładnie, wcale nie wygląda jak siedziba paroosobowej firemki, co sprzedaje lipne polisy, udziela kredytów na zabójczo wysoki procent…
A jednak — na tak arcygenialny pomysł wpadła, nawet nie tak dawno temu, ale jeszcze za życia męża, matka Natalii, pani Krystyna.
Jak masz pieniądze — nic trudnego, zamawiasz firmę remontowo-budowlaną, dajesz zaliczkę, zadatek, albo i nic, umawiacie się na gebę i taką elewację ci zrobią, taki błękit wymalują… Money makes the world go round, zresztą — nie wyobrażam sobie niedoszłej teściowej z wałkiem, pędzlem, w ogóle — robiącej cokolwiek wymagającego włożenia choćby drobiny wysiłku.
Wróć — siły fizycznej.
Nie, żeby nie chciała, jakby zdrowie pozwoliło, pewnie nie zatrudniłaby ani jednego dekarza-pacykarza, pierwszego dnia — zrzuciła eternit, ostrożnie, by się nie pokruszył, bo to niebezpieczne, pokryła dach nową blachą, następnego — wymieniła okna, oczywiście na niebiesko-sine, potem — stuku-puku — i siding założony.
Chęć do roboty — jest, ze zdrowiem — katastrofalnie. Serducho nie daje o sobie zapomnieć, co raz i coś wychodzi: jak nie blok przedsionkowo-międzykomorowy drugiego stopnia, to niedokrwienie podwsierdziowe…
I te zawroty głowy, niewidzialne diabły, bo już nie chochliki, co próbują zwalić z nóg, tłuką w pięściami w plecy… Kaszel — chyba gruźliczy — zalęgł się w piersiach, wczepił głęboko (może to rak?) i nie chce odpuścić.
Do tego (de)gust — sypiący się, by nie powiedzieć — w stanie trwałej ruiny. Żeby tak zniebieszczyć własny dom! Zamiast dobrego smaku trzeba mieć... gruzowisko. Dosłownie, bo w środku też - prawie każda rzeacz wygląda jak oblana zbyt rzadkim atramentem: tapety - w ciapkki-półciapki, zasłony i firanki - wiadomego koloru, meble systemowe, segmentowe, gumoleum w sieniach, glazura w łazience i ubikacji, nawet dywanik koło sedesu, drugi - dywanik z gumką, "ozdabiający" sedes, a może pełniący rolę kożuszka, coby w zimniejsze dni biedne sedesię nie zmarzło i nie popękało - jak w piosence Eiffel 65 Blue da ba dee.
Dogorywająca w zasadzie właścicielka, jej córka, która próbowała oponować, że co się mama wygłupia, na niebiesko malowano (chyba miało to chronić bale przed robactwem) chałupy kryte strzechą, ale kiedy to było, najstarsi ludzie nie pamiętają, poza tym — nie w naszym regionie, gdzieś podpatrzyłaś i próbujesz zawlec obcą tradycję, no jak to będzie wyglądało — jeden taki zsiniały muchomor pośród innych — brązowych, beżowych, dominanta, chałupa ulepiona z atramentowych rzygów, kto w tych stronach u licha widział kiedy dom wysmalcowany ultramaryną; może jeszcze ultrajagny poszukaj, ultrabronki, ultrawikci, ultra-cholera-wie-jakich, mineralnych bab, pigmentów pochodzenia organicznego, co mają w nazwie żeńskie imiona…
I jeszcze chłopiec, syn Natalii i tego jej postślubnego złamasa, Marek. Dziecko, żeby było śmieszniej — płci męskiej — przechodzące, z płaczem, tupaniem nóżkami, cięciem się żyletką, wszystkie fazy nastoletniego buntu naraz, tak kurewsko nienawidzące i domku, do którego musiał się przeprowadzić, bo starzy się rozhajtali (chyba nie ma takiego określenia, ale co tam), i wspomnianych starych, babki, trawy, słońca, góry Elbrus, o której tylko słyszał, gór, mórz, gatunków flory i fauny o których nie słyszał…
Dzieciak-negacja. Człowiek-umysłowa demolka. Mały skurwysyniec chcący poderżnąć gardło mi, Piotrowi, jego córkom, synowi, nawet kotu. Potem, by wyglądało na wypadek — spalić ich dom, miejsce zbrodni. Liczyć, że ogień zatrze wszelkie ślady.
Współczesny i jak najbardziej realny Damien Thorn z filmu Omen, nadbużański syn Lucyfera, przypadkowo urodzony przez Natalkę (miała dziewczyna pecha w losowaniu, ogniste koło fortuny wskazało właśnie ją).
Bydlę o anielskiej buźce, piroman-nie piroman, bo kto wie, co naprawdę planował, może tylko zebrało mu się na żarty; ten nieusynawialny cherubinek o charakterze wściekłego rottweilera, drzemie teraz uroczo u babuni, na wersalce, przykryty — a jakże — niebiesiuchną kołdrą.
Mój niedoszły największy wróg — zakochał się, po raz pierwszy. W płytkim śnie widzi podobnie płytką i płaską, wręcz przezroczystą dziewczynkę, czarnowłose na oko trzynastoletnie goth-rock… emo? Nieee, ten kretyński styl umarł dobre dziesięć lat temu.
Jak tu zagadać? ...sz kuuurwa mać, żeby ją jeszcze kiedyś… choć zobaczyć…
W uszach amantowi w powijakach, czy może raczej pampersach, dudni wers z mojej piosenki (wszystkich szczerze nienawidził).
Ladies en gentelmen, przed wami (jednoosobowa!) grupa Zaginieni na Zboczach Kanczendzongi w utworze Podwykonawca seksu:
„…Nie nawiązuj kontaktu wzrokowego ze Słońcem…”
Frustruje się, nieopierzony Casanova, bo wie, że przez najbliższe lata przyjdzeie mu być takim właśnie podwykonawcą, donaszać po kimś seks, sycić się cudzymi fantazjami, tym, co zobaczy na filmach porno. Każdemu z aktorów doklejać swoją twarz.
Jest zły, bo działannie w realu, tak różne od smętnego koniobijstwa przy laptopie (czasy wyświechtanych gazetek — minęły bezpowrotnie) — na razie zdecydowanie nie dla niego, za mały jest, za cienki w uszach. I nie tylko.
A gdyby nawet, jakimś cudem, spotkał swoją bogdankę — on, który chciałby dokonywać zbiorowych morderstw, nurzać się we krwi partnerów własnej matki — będzie tak cholernie zawstydzony, spłoniony, że za skurczysyna nie wypowie nawet jednego sensownego zdania. Nie podniesie wbit ego w glebę wzroku.
Musze przyznać, że coś w tym jest. Wszystkie seksi czarnule w pewien sposób są Słońcem. Jego negatywem. Ale w żadnym razie — nie odwrotnością.
Ech, cholera, jak to prościej wyjaśnić…
To zdrowe wariactwo, w pełni kontrolowany i nawet zalecany przez lekarzy i farmaceutów szmergiel, powrót do rodzinnego domu (przypomina się od razu pani Jaśka, która całe życie spędziła w tej samej, żuchalińskiej chatce), gdzie nigdy się nie było, a z którego nas wygnał zły, chciwy brat.
To Festwial paradoksów, na którym wygrywasz przelot nad wsią. Balonem o średnicy pięciu centymetrów (mimo to wznosisz się pod cirrusy, łapiesz je i, zjadając, szybujesz aż ponad jonosferę!).
Jaśniej się nie da nakreślić tego za pomocą liter, używając jakichkolwiek ludzkich znaków, symboli, dźwięków. Pozostaje jedynie… mruczenie (trzeba poprosić Fabiana, by się ulitował i przełożył z kociego na nasze…).
Mareczek umierający na sen, niespełnioną miłość do przelotnie widzianej w Tesco (w Żuchalinie, oczywiście nie uświadczyć takich cudów, do najbliższego trzeba jechać piętnaście kilometrów do Włodawy, przedtem — odstać swoje pod Restliwą Górą, gdzie już z piąty rok pracowici drogowcy łatają asfalt) gówniary jest tak samo żałosny, jak ja i moje aseksualne niedole, borykanie się ze światem (w szczególności — Natalią), który — mna złość mi, czy co? — nie jest tak pięknie jałowy jak ja — jeden z jego odbiorców/odbiorników (nikt poza tym, jesteśmy, od bakterii po płetwale błekitne, jedynie radio-telewizorami nastawionymi na szum, na łapanie przypadkowych stacji, na szum, na całe pudy, parseki szumu).
Łączy nas, dwóch de facto inceli, brak jakichkolwiek doświadczeń. Ty masz na wszystko czas, gnojku (szczególnie — dokonanie masakry).
Mi jest tak dobrze, błona prawicza zarasta oczy i nie widzę świata (gdyby ktoś czytający niniejsze słowa jeszcze się nie urodził — serdecznie odradzam, nie warto, drożyzna, tubylcy niemili, brud, gryzonie i często brak ciepłej wody, zwłaszcza w rejonach biegunów).
A, właśnie — żyję jeszcze?

XI. PRZYJDŹ, GDY BĘDZIESZ JUŻ CAŁKIEM MARTWY
Nieba nachodzą na siebie, wgryzają jedno w drugie. To świetliste i surowe, czystsze i miększe, bo wyprane w Perwollu zastępuje bezkresną czerń, brud na brudzie. Toń w toni. Przełamują się dwie czasze, globusy trykają się, nie — jeden, mocniejszy, daje drugiemu z główki, uderza z byka i rozbija słabeusza (co mi się roi, do jasnej cholery?!).
Fantasmagoryzmy gwiazd, zawiłe trajektorie komet i spadłych proroctw, utrąconych mitów i objawień, w które przestali wierzyć najwięksi nawet naiwniacy, ścieżki popiołu pozostałe po zrzuconych konstelacjach, gwiazdach zerwanych z gałęzi przez dzień, z szypułkami.
Przewrócona, czarna choinka zostaje oblana błyszczącą farbą. Kurczy się z sykiem, zawstydzona, zanika, topi się, jakby była potraktowana kwasem.
I krew w tym jest, rozwodniona co prawda, ale ciągle z wyraźnym posmakiem rdzy.
Poranek, który z całą zajadłością, młodzieńczą butą, szczeniackim, nieopierzonym, bezczelnym uporem nastaje, jest jak poubojowe ścieki, tak samo romantyczny. Do rzeki wypuszczono kilka hektolitrów płynnego syfu z rzeźni. Drugie tyle — na nieboskłon.
Krew z niezagojonego języka mojego kata.
Drzewa dźwigające się do pionu po parogodzinnej drzemce, krzaczory budzące się z płytkiego snu. Czarna trawa, która przestaje być kosmatym, litym kamieniem, skałą pochłaniającą wzrok, gdy się na nia patrzy.
Ponadto — pogubione gdzieś wiewiórki i ptaki, owady i reszta małej zwierzyny. Jej spłoszone oddechy — tu, tam, pod zwałami liści. Wszędzie i nigdzie. Życie ukryte, zakamuflowane, obrosłe pancerzem, upodobnione do kory, asfaltu, bądź zrośnięte z nim nierozwerwalnie. Życie zamienione ze strachu w zastygłą, buitumiczną masę, kasztana, który nigdy nie pęknie.
Lato przeciąga się leniwie i nie może uwierzyć, że jest już prawie martwe, przedjesienne.
Ja — nie mogę nawet głębiej odetchnąć.
Uderzenie było zbyt silne (gruchnięcie na szosę — tym bardziej!), by obeszło się bez dramatu, tragedii, hekatomby.
Pani Jasia pewnie n-ty raz pielgrzymuje na dawne włości, lisek z wyjedzonymi oczami próbuje mi się przyśnić na jawie, przymajaczyć. Myślę o nieszczęsnym wypracowaniu, to chyba obsesja. Dopisuję nowe zdania, choć nie umiem stwierdzić, na jaki NIE było temat.
Diabelny tekst-widmo, szkolny Latający Holender, UFO, które pojawiło się na bezchmurnym niebie. Niechciany prezent. Niespodziewany nalot kardynałów-siepaczy z hiszpańskiego Oficjum.
Kobiety w moim życiu. Temat właściwie niezaistniały.
Mężczyźni — tym bardziej.
Jestem nietowarzyski. Ze wszystkich typów ludzi najbardziej nie znoszę młodych chłopaków, ściślej: ich cwaniactwa i arogancji, wywyższania się, prób udowodnienia przed sobą i otoczeniem, że są lepsi, przez to swoje zaburaczone chamstwo ode mnie. Ich pokazywania kto tu rządzi, wybijania mi naprężonym kutasem zębów, okładania nim po głowie.
Dresów, chuliganów, złodziei, całej tej hałastry podludzi z marginesu chyba nikt nie cierpi (no, chyba, że kolesie z jednej bandy), więc ich pominę.
Gdy idzie taki bezczelniak ze swoją dupą, bo przecież zamuł nie nazwie dziewczyny z szacunkiem — niby od niechcenia odwracam wzrok, by się nie przypieprzył, że co się gapię. Choć się nie gapię. Bo jestem aseks, a gdybym nawet nie był — nie startowałbym do wywłoki, która wcześniej była z takim… takim… To jak donaszanie butów po kimś chorym na grzybicę stóp, majtek po dziadku, który nie trzymał moczu.
Jestem poza światem rytuałów godowych, zanęceń, całego cyrku podchodów, zastawiania sie jak myśliwy na (często -grubego) zwierza, prób poderwania kogoś na Tinderze, albo — o zgrozo — płatnych stronach z anonsami…
Ogłaszać się? Ja pier… mona tak nisko upaść, by wystawiać siebie niemalże na sprzedaż, jak lanosa z instalacją LPG, mitsubishi colta z dziewięćdziesiątego szóstego? W głowie się nie mieści, że istnieje tak dziki i desperacki głód drugiej osoby, ktory pcha starych kawalerów na te E-darlingi, Sympatie.pl…
Nie, jestem z poprzedniej epoki, urodziła mnie Bona Sforza, albo Dobrawa… Moi rodzice byli bezpłodni i oziębli, nie dotknęłi się nigdy, nawet przez ubranie. Odziedziczyłem po nich aseksualizm.
Dawać do netu, do gazety ogłoszenie, że kogoś poznam? Jeszcze z dołączonym zdjęciem?
W życiu… Zresztą — po co? To już melodia przeszłości, miałem kogoś tam, okazało się, że jestem niekompatybilny, niezwiązkowy… I dobra, trudno. Teraz będzie trzeba szukać pielęgniarki… dochodzącej… albo Opieka przydzieli… Kręgosłup pewnie poszedł w driebiezgi., nie ma co marzyć, że do końca tego roku, jeśli w ogóle, stanę na nogi…
Leżę i jestem dogorywany przez siłę wyższą. Mężczyzna, który mnie potrącił, niewiele starszy ode mnie duch, blady jak papier czerpany i wyczerpany do cna, bibułoskóry, nieślubny syn Drakuli i cierpiącej na białaczkę wampirzycy, kredowogęby, łysiejący okularnik, tylko raz nachylił się nade mną, wykazał choćby odrobinę zainteresowania nieszczęśnikiem, którego pierdolnął. Który odbił się od maski kii ceed, poszybował pod niebiosa i spadł jak zestrzelony omlet-satelita, z plaskiem.
Upewniwszy się, że oddycham, rozpoczął pan bękart Nosferatu, obdzwaniać, kogo popadnie. Symfonia grozy wygrywana na smartfonie: 112 nie odpowiada, to bezpośrednio na pogotowie. Znalazł — łże — potrąconego, żyje, ale prosiłby o przyjazd karetki, sam boi się ruszać, bo jeszcze gdzie nieprofesjonalnie dotknie i pogorszy stan, wiadomo, co tam jest zgruchotane? Będzie chciał obrócić na lewy bok — i niechcący zabije, bo żebra wejdą biedakowi w płuca… Kontaktu słownego z rannym — brak.
Teraz Beata, słuchaj — wypadek miałem… Wbiegł przed maskę jakiś wariat z rowerem… nie wjechał, niósł go na plecach, pijany czub z koncertu, pank z Lady pank, no pewnie, że po dopalaczach…
Nic nie pobite, zderzak, szyba przednia… a W NIM? Pojęcia nie mam, nie będę osłuchiwać, opukiwać, leży, nawet nie jęczy, patrzy w niebo, ale przytomny. Może nawet nie wie, co się stało… Odjechałbym, ale to przecież człowiek, nawet taka szmata…
Nie trzęsie mną ze złości, gdy słyszę takie bzdury zawiesinowatego. Za bardzo jestem obolały.
Wyszedł rozdygotany z auta, wielki, humanoidalny kluch, zobaczył, że nikogo nie zabił, to teraz zgrywa ciul wie, kogo…
Bełkocz, bełkocz, obolałym językiem, którego przegryzłeś niemal na wylot podczas wczorajszego ataku padaczki, wmawiaj sobie, że spuchł ci tylko od wódki i piwa, masz reakcję alergiczną na gołdę i browar…
Przypomnij sobie, jak niecałe dwa miesiące temu, na kacu wyplułeś kawał żylastego nabłonko-mięsa. Już zawsze będziesz mieć w tym miejscu dziurę. Zrozum — odgryzłeś wtedy, idioto, kawałek języka! Wczoraj — poprawiłeś, cholerny autokanibalu.
Ataków epileptycznych się nie pamięta? Ty zaraz nie będziesz jarzył, jak się nazywasz, odpijesz rozum. Niewiele ci brakuje do zostania pacjentem zamkniętego oddziału odwykowego.
(Spytacie — skąd mam informacje odnośnie zupełnie obcego mi kolesia, stałem się połączeniem narratora pierwszo- i trzecioosobowego? Znikąd, zaraz skończy się pan wszechwiedzący, zapomnę wszystko, co tu bredziłem, choć to szczera prawda, olśnienie minie, wystygnie, skończy się wraz z krótkotrwałym szokiem).
Odwodniony nawija teraz z mężczyzną, bratem, albo kumplem.
Synek tego drugiego za parę tygodni rozpoczyna naukę w zerówce. Rośnie przyszły piątkowicz, licealista, potem — student.
Podręczniki kupione już wszystkie? To dobrze. Drogie, co…?
Słucham jałowego pytlowania i czuję, że od niego mi gorzej. Ciężko jest wyleżeć w jednym miejscu, człowiek najchętniej wstałby i poszedł przed siebie, jak najdalej od nie swoich spraw, cudzego dziecka i jego elementarzyska, zeszytów, kredek świecowych, jeszcze nie narysowanych szlaczków, koślawych literek, temperówek, ołówków.
Im dłużej i intensywniej (pewnie to jego sposób radzenia sobie zee stresem, przyznaję — dziwny: zamiast zająć się rannym koleś obdzwania pociotków i znajomych, bladym świtem gada, blada morda, obzdetach, jakby chciał zagłuszyć wyrzuty sumienia, że potrącił człowieka) mój drugi tej nocy kat nawija, tym robi się jaśniej.
Mroki rozpuszczają się pod wpływem jego gorącej śliny, rozparzonych, pełnych emocji zdań. Zwykła, przyjacielska nawijka zmienia się w zaklęcia szamańskie, od których dnieje.
Obserwuję (choroba — nie da się uniknąć kuriozo — patosu) intronizację skacowanego Słońca, bladej, ledwie trzymającej się nieboskłonu kuli. Krweawe łuny, najpewniej — oznaki paradontozy, albo pobicia. Gwiazda, która w nocnej bójce straciła jedynki, dwójki i kły.
Bezzębny Ra. Niebo z bistoru. Wstępująca tarcza — mechaniczny, żelazny balon wciągany z wielkim trudem i moziołem przez gwiezdną obsługę. Pot tych parobków skapujący na moją poobijaną twarz, na rozgorączkowaną łysinę Klucha (wręcz daje się słyszeć cichuśkie „pssssss”).
Nieeee, Słońce to nie płoche zwierzę, jak raczą majaczyć poeci; to blaszany — ale całkiem żywy, żeby nie było! — smok-zjadacz mgieł. Pożeracz gwiazd, albo/ i bezdennej ciemnicy. Niewydarzony trochę, bo ziejący krwią, zamiast ogniem.
Nikt nas nie mija, żadna dobra dusza nie zatrzymuje się aby sprawdzić, co się stało. Okoliczne wioski śpią w najlepsze, ludzie odsypiają koncert, okołosklepowe ochleje, albo ciężkie, sobotnie nieróbstwo, śnią o dalszych losach rodziny Lubiczów, czy — jeśli ktokolwiek jest tak diablo lamerski i tego słucha — Matysiaków.
Dźwięk początkowo prztypomina miauczenie kota, który koniecznie musi wyjść na dwór, dopomina się, by go wypuścić.
Za krzakami, za lasami jęczy wielki, napalony kocur, któremu zachciało się pokonkurować z innymi o względy kocic w rui. Albo zwyczajnie chce kupę, a w domu, u ludzi — nie można, to grozi dostaniem łomotu.
Zbliża się, jęczydło, coraz głośniek wyje. Tornado wdziera sie w sielankowy krajobraz, doszczętnie go burzy. Nawet chmury przestawia.
Dźwięęęęęęęk, od którego świerki, lipy, sosny zaczynają się gibac jak techno-muły na dyskotece.
Początek lat dwutysięcznych, Darude przyjeżdża do Polski z nieśmiertelnym hitem Sandstorm.
Tidydidydidit — tidydidydit! — korony dziko rosnących osik kłaniają się przed mechanicznymi nutami.
Trance, house, monotonny para-utwór licho wie, jakiego gatunku. Arockowość. Agitarowość.
Eo-eo-eo-eo-bau-bau-bau-bau…
JEdzie tu potupajkowa karetka, z której pewnie wyskoczą b-boye, zaczną tańczyć małpio i narkotycznie, wywijać kończynami… Sanitariusze-lansiarze w błyszczących, siateczkowych podkoszulkach i czapkach z daszkiem, lśniący od fluidów, kremów, naspidowani, nażelowani fani Bomfunk Mc’s, do tego kierowca — alfons (każdy z chłoptasiów po imprezie świadczy usługi dla płci obojga, jest, niekiedy z konieczności, biseksem, zabawia klientów — bynajmniej nie tylko dobrym słowem, opowieściami z życia służby zdrowia).
Dojeżdżają. Nie jest tak źle: w miarę nie stary renault traffic, erka. Spodziewałem się raczej dobitego poloneza cargo w wersji sanitarka.
Wysiadają — również nie dziwacznie-obskuranccy dwaj pielęgniarze/ ratownicy medyczni.
Gadka-szmatka, co tam, co tam, kiedyś go pan znalazł, może tylko pijany, fałszywy alarm? Nie, żecsz cholercia — rower mu ktoś przejechał, więc może i coś było…
Łysy trup robi za dobroczyńcę, roztrajkoca się, jak to on dzielnie resuscytował ofiarę potrącenia, przez chusteczkę, dla własnego bezpieczeństwa, bo kto to wie, czego mogę być nosicielem.
Gadając, mitoman i deliryk, patologiczny kłamca obrasta w kevlarowy pancerz i pelerynę. Z „krętka bladego” — we własnych oczach staje się superbohaterem dzielnie ratującym przydrożnych pijaków, rowowych żuli, zgarniającym z polnych dróżek bezmózgich alkonautów.
Nakręca się tak bardzo, że wręcz dostaje halucynozy, na sucho, zaczyna wierzyć w czyny, których „dokonał”, oczekuje pochwał, może nawet podziękowań ze strony jakiegoś oficjela. Taki marszałek województwa na przykład — mógłłoty, albo chociaż srebrny medal za ofiarność, o liście gratulacyjnym nie wspominając, bo ileż kosztuje wydrukowanie takiego? Toż to tylko kartka papieru, urząd by nie zbiedniał, a sprawiedliwości stałoby się za dość, gdyby prawy, szalchetny i sprawiedliwy, dzielny człeczyna otrzymał zasłóżnione wyróżnienie. Któż, jak nie on na to zasługuje!
Ratownicy nie słuchają baśni, pewnie w pracy co rusz stykają sie z domorosłymi Supermanami, głosicielami mitologiad objawionych; takie trucie to dla nich nie pierwszyzna.
Robią swoje: sprawdziwszy że oddycham, tli się we mnie duch, fruwa bezpióry co prawda, zmasakrowany, ale ciągle żywy gołąbek-dusza (w moim przypadku to chyba raczej ślepy, pokryty krostami marabut) — dźwigają mnie z szosy i kładą na noszach.
I jestem w karetce.
I wywiad: czy słysze, jak się nazywam i czy wiem, co się stało.
Próbuję odpowiedzieć na wszystkie pytania jednocześnie, ale z gardła wydobywa się jedynie gulgotanie. Przełykam krawawe slińsko i ponawiam próbę.
— Krzy… siek… Panasewicz… — doznaję chwilowego zamroczenia i mówię bzdurę.
Zamek na piasku, w krtórym mieszkała moja świadomość zostaje zmyty przez różową falę. Duchy straszące w opuszczonym klubie, u „Maxima” w Gdyni, biorą mnie za ręce i wciągają do kółeczka.
Ja i rude, blowjobiczne dziewczyny, mahoniowi goście, krążymy coraz bliżej zgaszonej świecy.
Opublikowany: 07-09-2019 00:17 przez: floriankonrad
Dodaj komentarz
Właściciele serwisu nie odpowiadają za treść umieszczanych utworów i komentarzy. Wszelkie uwagi prosimy kierować bezpośrednio do ich autorów. Wszystkie utwory i komentarze zamieszczone na stronie podlegają ochronie. Zabrania się ich kopiowania, przetwarzania lub rozpowszechniania bez zgody autorów.
Komentarze (2)
dzięki za czytańsko :)
08-09-2019 16:35 floriankonrad [Link do komentarza]
W tej części, to sobie wyróżnię.

Do tego (de)gust — sypiący się, by nie powiedzieć — w stanie trwałej ruiny. Żeby tak zniebieszczyć własny dom! Zamiast dobrego smaku trzeba mieć... gruzowisko. Dosłownie, bo w środku też - prawie każda rzeacz wygląda jak oblana zbyt rzadkim atramentem: tapety - w ciapkki-półciapki, zasłony i firanki - wiadomego koloru, meble systemowe, segmentowe, gumoleum w sieniach, glazura w łazience i ubikacji, nawet dywanik koło sedesu, drugi - dywanik z gumką, "ozdabiający" sedes, a może pełniący rolę kożuszka, coby w zimniejsze dni biedne sedesię nie zmarzło i nie popękało - jak w piosence Eiffel 65 Blue da ba dee.

Upewniwszy się, że oddycham, rozpoczął pan bękart Nosferatu, obdzwaniać, kogo popadnie. Symfonia grozy wygrywana na smartfonie: 112 nie odpowiada, to bezpośrednio na pogotowie. Znalazł — łże — potrąconego, żyje, ale prosiłby o przyjazd karetki, sam boi się ruszać, bo jeszcze gdzie nieprofesjonalnie dotknie i pogorszy stan, wiadomo, co tam jest zgruchotane? Będzie chciał obrócić na lewy bok — i niechcący zabije, bo żebra wejdą biedakowi w płuca… Kontaktu słownego z rannym — brak.
Teraz Beata, słuchaj — wypadek miałem… Wbiegł przed maskę jakiś wariat z rowerem… nie wjechał, niósł go na plecach, pijany czub z koncertu, pank z Lady pank, no pewnie, że po dopalaczach…
Nic nie pobite, zderzak, szyba przednia… a W NIM? Pojęcia nie mam, nie będę osłuchiwać, opukiwać, leży, nawet nie jęczy, patrzy w niebo, ale przytomny. Może nawet nie wie, co się stało… Odjechałbym, ale to przecież człowiek, nawet taka szmata…

Gadając, mitoman i deliryk, patologiczny kłamca obrasta w kevlarowy pancerz i pelerynę. Z „krętka bladego” — we własnych oczach staje się superbohaterem dzielnie ratującym przydrożnych pijaków, rowowych żuli, zgarniającym z polnych dróżek bezmózgich alkonautów.
Nakręca się tak bardzo, że wręcz dostaje halucynozy, na sucho, zaczyna wierzyć w czyny, których „dokonał”, oczekuje pochwał, może nawet podziękowań ze strony jakiegoś oficjela. Taki marszałek województwa na przykład — mógłłoty, albo chociaż srebrny medal za ofiarność, o liście gratulacyjnym nie wspominając, bo ileż kosztuje wydrukowanie takiego? Toż to tylko kartka papieru, urząd by nie zbiedniał, a sprawiedliwości stałoby się za dość, gdyby prawy, szalchetny i sprawiedliwy, dzielny człeczyna otrzymał zasłóżnione wyróżnienie. Któż, jak nie on na to zasługuje!

08-09-2019 00:06 wre... [Link do komentarza]
(c) 1996-2019 by SOKARIS, http://www.sokaris.pl
Strona wygenerowana w: {_Chrono} s