literacki serwis recenzencki e-poezja
(wersja serwisu: 0.10.21 z dnia: 06-05-2016)
(c) 1996-2019 by SOKARIS, http://www.sokaris.pl
Załóż konto
lub
Zaloguj się


Do przeglądania polecamy:


FireFox Web Browser
Wiersz z listy autora o pseudonimie floriankonrad
<< Poprzedni wiersz tego autora Następny wiersz tego autora >>
Pokaż wszystkie wiersze tego autora Dodaj do ulubionych
 
Bezstratne cz. 5
XII. EKSTYRPATOR

Lasek Dańcowski — wypalony do gołej ziemi. Swąd, od którego przechodzą ciarki.
Kacper, Natalia i Weronika śmiejący się w najlepsze z niedomacochy, przyszywanej cioci, która stoi jak wryta, bawi się w żonę Lota (poliżesz, Piotr? Czysta sól!).
Która zbaraniała do reszty.
Początkowo pytam ostrożnie, co się stało, ktoś może filmował? Ile było zastępów? Pewnie dużo, zjechały się straże z połowy powiatu…
To tylko potęguje drwiny, w oczach dzieciaków widzę, że patrzą na mnie, jak na pierwszą naiwną, kretynkę, co wzięła udział w grze, której zasad nie rozumie, nie włada językiem szulera, ani nie może się porozumieć z przeciwnikami, Tylko patrzeć, jak zostanie oszwabiona (byłaby nawet, gdyby zjadła zęby, straciła pół życia grając w to-to), przepuści majątek, oszczędności życia — swojego i przodków do ósmego pokolenia. Biednej naiwniaczce zdawało się, że potrafi kontrolować przebieg partii, piąte przez dziesiąte łapie, o co chodzi w rzeczywistości…
Znowu zostanie zronbiona na szaro. Bez mydła.
Piotr, spokojnym głosem, tonem lektora filmów przyrodniczych mówi, że nie było żadnego pożaru, to, czego byłam świadkiem i co mnie tak diabelnie przeraziło zaszło naprawdę. Pewna przestrzeń, autonomia — jak ją nazywa — pewien skrawek INNOTY (co to, kurwa, za słowo?) powiększa się, staje coraz wyraźniejszy. Zaczyna dominować nad naszym realem.
Czy to przejście, kortytarz między światami? Absolutnie nie, raczej… zbawienna pustka, wędrujący haj, latający trip, kawałek niebios. Święte miejsce bitników, hippiesów, każdego, komu nieobce są kontakty z psychodelikami.
Że to przychodzi po ludzi, jak tylko kogoś upatrzy — nie ma odwrotu — musi porwać, zawłaszczyć. Można uciekać, szukać ratunku, nawet na drugim końcu świata — tylko po co? To byłaby skrajna głupota, barykadowanie się przed pracownikami loterii, którzy przychodzą nam do domu, by oznajmić z uśmiechem, że wygraliśmy główną nagrodę, sto milionów bitcoinów.
Że mam się poddać tej energii, nawet, jeśli nigdy nie brałam udziału w żadnej loterii, a rynek kryptowalut to dla mnie czarna magia.
Że nieprzyjęcia prezentu, daru, jak zwał, tak zwał, żałowałabym później do końca życia. Więcej: to uczucie zmarnowanej szansy, losu, który nie tyle mógł, ale chciał się odmienić, sam się napraszał, ta gorycz przeniosłaby się na Marka i jego przyszłe dzieci; odrtrącenie autonomii rzutowałoby na wszystkie pokolenia, którym przekazanoby tę historię.
— Od mojego syna ty się odpierdol! — warczę sina ze złości.
No i wychodzi, że jednak znam się na ludziach: chce, bydlak, podwtórki z rozrywki, raz mu się wyrwałam, to teraz planuje zwiększyć dawkę narkotyku, w prawie zakamugflowany, właściwie półjawny sposób zaprasza mnie na orgietkę. Do, kurwa, chmury! Ilu aniołków tam będzie?! Chce mnie stręczyć, szmaciarz — i prawie się z tym nie kryje…
Jeszcze ta groźba, że jak się nie zgodzę — i ja pożałuję I MAREK!
...gangus, może tylko zwykły bandzior, Jezu, czemu wcześniej nie zauważyłam…
Zamiast serca mam pulsujący, świeżo spadły meteoryt. Parzy. Dostaję ataku astmy na tle nerwowym i dusznicy bolesnej naraz.
Chcę uciekać i rzucić się na tego potwora, wydrapać mu ślepia. Umrzeć z przetrąconym krzyżem, bo przecież położyłby mnie jedną ręką.
Chcę wymordować jego bachory, które są wtajemniczone, pewnie nie raz były świadkami dantejskich scen, jakie się tu… nikt mi nie wmówi, że nie brały udziału… Tatuś-tyran kazał, więc nie było wyjścia… Teraz pewnie są na tyle przyzwyczajone, że — o — rechoczą ze mnie, cnotki (jeszcze!) niewydymki (grupowo!).Gdzie ja trafiłam, do jakiej rodzinki Addamsów? Ojciec — gwałci z kolegami dzieci, a te mają frajdę, jakby zabrał je do Disneylandu, albo na największy rollercoaster świata…
Psychopatia, jak widać, przenosi się drogą kropelkową, płciową i przez tresurę; koleś zaraża spaczeństwem, hoduje nowych świrów… by miał kto po nim przejąć biznes…?
Skrajny przykład syndromu sztokholmskiego: współpraca z oprawcą, pomocnictwo. Co później, jak dorosną? Będą mu wyszukiwać… ofia…
Mam hipermdłości, choć ostatni raz jadłam w niepamiętnych czasach czuję, jak przepełniony żołądek podchodzi mi do gardła.
Uciekać… Tylko spokojnie, bez gwałtownych ruchów, wyzwisk, by nie rozdrażnić zdeformowanych (psychicznie) potworów rodem z cyklu filmów Wrong turn.
Uśmiecham się, wiem, że wymuszenie, ale inaczej po prostu sie nie da. Drżę na całym ciele i nie jest to wina przeziębienia, które po tegonocnej eskapadzie przerodzi się w regularne zapalenie oskrzeli.
Myślę co u Marka i mamy, jak bardzo egoistyczna, niedobra byłam, nie chciało mi się nawet rozpalać w piecu (zimny wychów: nastolatek to już nie maleńkie dziecko, nic by się nie stało, jakby pomógł chorej matce i napalił, to nic trudnego, żadna filozofia; ale skoro nie chciałość i siedzieliśmy w zimnie, szkoda, że najbardziej na tych naszych szczeniackich wojenkach cierpiała niczemu nie winna babcia; Jezu — naprawdę zmieniłam się w potwora, żeńską wersję Piotra).
Iść na policję… Dokończyć zamówionego sznurzaka… praca… w ogóle straciłam do niej serce, chęci, zapał… dzierga się coś — nie coś, by z głodu nie zdechnąć, robi te quasi-peerelowskie makatki, kilimy, sowy, koty, ryby z powrozu, szpagatu, jakiegokolwiek sznura… Ale po pierwsze — z chałupniczej dłubaniny — gówno, nie zarobek, ledwie starcza na pokrycie kosztów materiałów, z drugiej…
Kot, którego wyplatam, trochę przypomina Fabiana. Ten sam przenikliwy, dziki wzrok, cwaniacka, długowąsa mordeńka…
Skupiam się na kocurze, czepiam myśli o nim i, ciągle głupio uśmiechnięta, kieruję się, bo idę to nieiodpowiednie określenie, w stronę micry. Obserwuje mnie dzika bestia, w każdej chwili gotowa rzucić sie z pięściami. I wciągnąć w głąb „chmurki”, gdzie będą już czekać archanielęta o świetlistych, długich do ziemi kutasach.
Żeby jak najszybciej wymiksować się z tego podwórza, potem — związku, wrócić na jakiś czas do potulnego Krzyśka, pobyć z pluszowym misiem-kastratem do czasu znalezienia kogoś nor…
Co ja pieprzę? Chciejstwo. Nie ma już normalnych facetów, kogo nie spotkam — skażony, jakby jego ulubioną potrawą była zupa ze sromotników, w dodatku — zbieranych w przyczarnobylskiej zonie.
Faceci skończyli się na Kill’em all, pozostały wymoczki, albo psychopaci, mydłki, lub kolesie w stylu Kajetana Poznańskiego. Jak nie aseksualista, to Hannibal Lecter. Nikogo pośrodku. Za jakie grze…
Drżącymi rękami, OBURĄCZ, przekręcam kluczyk. W hiorrorze micra zrobiłaby mi teraz świństwo i odmówiła posłuszeństwa, padłby zapłon, akumulator, rozrusznik, albo sto pięćdziesiąt innych rzeczy.
Zaskoczył. Zapalił. Pracuje, silniczysko. Wrzucam wsteczny.
Z ciągle przyklejonym uśmiechem macham stojącemu pod domem Piotrowi. Ciągle nie dałam mu, nawet wymijającej odpowiedzi, czy się zgadzam na gang-bang w chmurze, pardon — alienac… autochtonii… jak on to nazywał?


***


Ciągle wali, stara suka. Mareczku i Mareczku, weź rozpal i weź rozpal, przecież wiesz, jak mi ciężko wstawać.
Kurwa… TAKI sen przerwać…
Już był w ogródku, już witał się z czarnowłosą, głupią gąską, której może nawet nie trzeba by szczególnie bajerować, poszłaby sama z siebie. Wyglądała na taką, co — jeśli jeszcze nie próbowała — na pewno polubiłaby ten sport. Balet połączony z walką w octagonie. Piruety. Niebranie jeńców.
Nachylała się nad nim, nie, by pocałować, na to było jeszcze o wiele za wcześnie.
Chciała szepnąć kilka miłych słów, że jej się podoba, taki męski jest, dojrzały, kręcą ją takie budrysy. Skurwysynki (ciekawe, czy w realu używa takich słów, czy jest na nie za grzeczna, zbyt dobrze ułożona, mała, ciaśniutka suczeczka).
— Zarrrrrraz! — mruczy Mareczek zaciskając powieki. Rzęsy to sieci. No chodź, daj się złowić, chociaż na parę chwil… — próbuje myśleć. Wychodzi gorzej, niż średnio.
Wzwód poranny, aż do bólu. Szczękościsk. Nakrycie się z głową pod siną, jak wszystko w dynksowym domu babci, kołdrą.
Wszechdreszcze. Wszechnaprężenie. Kłopoty ze zsunięciem napletka z żołędzi.
Ciekawe, jakie ma TAM włoski? Przecież chyba nie goli, nosi dumna, że jej wyrosły. Że przeistacza się w kobietę, powli staje się dojrzała.
Ma zniewalające oczy. Kocie. Gdyby byłą ruda — przypominałaby, to głupie, ale tak jest — Fabiana, kocura Wod-kana, nowego gacha matki…
Oczy, które się skrzą. Czarodziejskie, dwie szklane kule (da się z nich wyczytać przyszłość?).
Zapach jej badziewnych perfum „for teens”. Owocowość. Twardy, blaszany guzik dżinsów.
Nie oponuje, nie odtrąca jego ręki, czarnulka.
Serca obojgu walą jak młoty.
Majteczki, kolorowe.
No uklęknij, Marek, na co czekasz? Nie jesteś już dzieckiem. Wstydzisz się? Ty, taki dorosły, prawie, chłop? Przecież wiesz, że nie ma czego.
Całuj je. Tkanina jest przesiąknięta potem. Czymś więcej. Weź głęboki wdech. Zaciągnij się. Badaj. Jest w tobie zwierzę mające wyjątkowo czuły węch. Rozbudź je, przerwij sen zimowy. Niech wyjdzie z gawry. Poczuje.
Ten zapach to powrót do krainy… baśni? Szczęścia? Bez przesady, nie popadajmy w megalomanię.
Do krainy zabawek. Myślisz o mówiącej lalce, za ścianą krzyczy ktoś na tę chwilę kompletnie ci obcy.
Dziewczynka gładzi cię po włosach plastikową rączką. Dreszcz, aż do przesady. Za głęboki, zbyt odczuwalny w środku. Prąd raniący narządy wewnętrzne, kości. Infratartak, który cię przemieli na worek gorących i wilgotnych trocin.
Czarnulka zaczyna mruczeć jak kot. Otwierasz oczy.
Paskudna, skażona fantazja. Brrr, aż ciarki przeszły. Trzeba wstać, rozpalić w cholernym piecu, bo stara nie da żyć, zajęczy nas oboje na amen.
Musowo dźwignąć się, odkryć niebiesiwo. Rozchodzić ciebie, wzwód. Przypowszednieć na parę godzin. Do wieczora. Wtedy znowu — seans spirytystyczny, pamięciówa. Odtwarzanie portretu, centymentr po centymetrze.
Dopowiadanie szczegółów, których się nie widziało.
Opublikowany: 08-09-2019 16:34 przez: floriankonrad
Dodaj komentarz
Właściciele serwisu nie odpowiadają za treść umieszczanych utworów i komentarzy. Wszelkie uwagi prosimy kierować bezpośrednio do ich autorów. Wszystkie utwory i komentarze zamieszczone na stronie podlegają ochronie. Zabrania się ich kopiowania, przetwarzania lub rozpowszechniania bez zgody autorów.
Komentarze (3)
sorrki za literówki - w tekście, w komentarzach...
10-09-2019 15:47 floriankonrad [Link do komentarza]
dziękuję za skrupulatne czytanie i komentowanie. Taki zakręcony jestem, że wrzuciłęm jeden rozdział dwukrotnie :)) powieść się piszę. Rowerzysta powróci :)
10-09-2019 15:46 floriankonrad [Link do komentarza]
Musisz skasowac rozdział XI tutaj, albo w poprzedniej części, bo się powtarza. Poza tym nic mi się jakoś szczególnie nie spodobało. Zycie Natalki sprowadza się głównie do seksu, z kim, gdzie i jak. Do tej pory mnie nie nudziło ale teraz doszedł jeszcze Mareczek, więc w tym rozdziale to główny temat. Zdecydowanie wolę rowerzystę, jego rozkminy i różne dziwactwa mieszkańców wsi.
Ten fragment pokazał mi trochę inną Natalkę, że jest żywą istotą i mieszkanką Ziemii. Ten fragment mogę wyróżnić.

Myślę co u Marka i mamy, jak bardzo egoistyczna, niedobra byłam, nie chciało mi się nawet rozpalać w piecu (zimny wychów: nastolatek to już nie maleńkie dziecko, nic by się nie stało, jakby pomógł chorej matce i napalił, to nic trudnego, żadna filozofia; ale skoro nie chciałość i siedzieliśmy w zimnie, szkoda, że najbardziej na tych naszych szczeniackich wojenkach cierpiała niczemu nie winna babcia; Jezu — naprawdę zmieniłam się w potwora, żeńską wersję Piotra).
Iść na policję… Dokończyć zamówionego sznurzaka… praca… w ogóle straciłam do niej serce, chęci, zapał… dzierga się coś — nie coś, by z głodu nie zdechnąć, robi te quasi-peerelowskie makatki, kilimy, sowy, koty, ryby z powrozu, szpagatu, jakiegokolwiek sznura… Ale po pierwsze — z chałupniczej dłubaniny — gówno, nie zarobek, ledwie starcza na pokrycie kosztów materiałów, z drugiej…
Kot, którego wyplatam, trochę przypomina Fabiana. Ten sam przenikliwy, dziki wzrok, cwaniacka, długowąsa mordeńka…

09-09-2019 17:55 wre... [Link do komentarza]
(c) 1996-2019 by SOKARIS, http://www.sokaris.pl
Strona wygenerowana w: {_Chrono} s