literacki serwis recenzencki e-poezja
(wersja serwisu: 0.10.21 z dnia: 06-05-2016)
(c) 1996-2019 by SOKARIS, http://www.sokaris.pl
Załóż konto
lub
Zaloguj się


Do przeglądania polecamy:


FireFox Web Browser
Wiersz z listy autora o pseudonimie floriankonrad
<< Poprzedni wiersz tego autora Następny wiersz tego autora >>
Pokaż wszystkie wiersze tego autora Dodaj do ulubionych
Bezstratne cz. 8.
„Najpewniej szukała mocnych wrażeń, sama się prosiła o kłopoty, a jak trafił się facet, co to lubi na ostro i wziął ją na ostro, w obie strony, bez lubrykantu — to potem płacz i zgrzytanie zębów, że dziewczątko zostało, kuźwa mać, pokalane, bandziory nie z tej ziemi czci pozbawiły… Nie szkoda takich szlaufów. Najpierw je pizda pali, a jak wytrzeźwieje, swołocz — chce się mścić nie wiadomo za co, wydoić…” — wykrzywią się czerwone od gorzały gęby troglodytów w granatowych mundurach.
Nie mam jakichkolwiek dowodów na poparcie swoich słów; Poiotr pewnie powie, że Lasek Dańcowski spłonął od pioruna, albo samoistnie, normalnie miał miejsce cudowny samozapłon, ni z gruchy, ni z pietruchy; w naljlepszym razie oskarży bliżej niesprecyzowane, bawiące sie zapałkami dzieciaki, młodych adeptów piromaństwa.
A ja przecież wiem, co widziałam…
Żurek z torebki. Dwie na średniej wielkości garnek. Jajka — w osobnym, małym. Kroję kiełbasę w kosteczkę. JEstem zbyt roztrzęsiona, by silić się na gortowanie jakichś wymyslnych dań, frykasów. Zresztą — mamy dzień powszedni, szary i dość ponury, a nie Boże narodzenie, czy Wielkanoc. W zasadzie mogłabym odgrzać fasolkę po bretońsku ze słoika i też byłoby dobrze.
Telefon dzwoni. Pewnie znów z Cyfrowego Polsatu, przypominają o konieczności opłacenia rachunku, naryzliwe cholery, dobre dwa tygodnie przed upływającym terminem. Żeby tylko, nie daj, Panie, się nie zapomniało.
Nie. Cholera — Piotr… czego się dobija? Nie tak dawno się widzieliśmy… Boję sie odebrać. Udaję, że nie słyszę melodyjki, chowam samograjka głęboko w torebce.
Esemes. „Autonomia czeka”.
Skurwysyn próbuje mnie zastraszyć. No i mam pierwszy dowód. Ślij więcej takich, gnoju, a skończysz w pierdlu w Sztumie z n-tym wyrokiem, co najmniej za stalking.
Drżącymi rękami wrzucam mięsiwo do garnka, zapalam gaz.
Nie ma co zgrywać heroski, heroiny, kokainy. Jestem naprawdę przerażona.

***

Mija kilka godzin. Zielonym, kupionym niedawno piórem na naboje przesuwam ówki zegara. Czas nie przyspiesza, robi tylko malutki przeskoczek, niezauważalny sus.
Krzysiek nadal leży w arcyniewygodnej pozycji z kolanami pod brodą, Natalia — niedoszła macocha Natalii — podaje pani Krystynie kulę. Na stole stoi miska świeżo wystygłego żurku. Nie paruje z niej.
W telewizji — jak zawsze — prezenterzy bawią się w Adama Słodowego, pokazują widzom, jak ze zwykłych drzazg skonstruować niwelatory białych plamek na paznokciach (cholernie nieskuteczne maszynki tortur; kto normalny wpychałby je sobie pod paznokcie?), masażery zasilane energią słoneczną, czy parowe maszynki do mięsa.
Krótko mówiąc — bezdetnie, papka, która ma za zadanie zrobić ci, widzu, z mózgu wiadro waty cukrowej, zepsutą kapustę kiszoną.
Oglądają obie, matka i córka. Natalia jeszcze nie próbuje skontaktować sie z Krzyśkiem. Uważa, że za wcześnie. Zawsze, gdy wracała od drugiego kochanka, musiała dać na przeczekanie, przebyć okres sui generis kwarantanny. Może to śmieszne, ale aseksualny, przynajmniej do niedawna, Krzycho, choć dawał jej przyzwolenie, zgadzał się na to dziwaczne trójporozumienie… nie lubił swojej dziewczyny-nie dziewczyny, gdy ta była świeżo PO.
Bo:
— pachniała innym samcem
— wiadomo, co niedawno miała w ustach- i tam, niżej
— bo męska, krzyśkowa duma, honor cierpiał, podświadomie był właśnie zdeptany
— bo powinna się przynajmniej wykąpać, odmoczyć w wannie, zmyć ze skóry paluchy Piotra, a przede wszystkim — wyszorować zęby, nim zadzwoni do niego.
Domagał się tego swoistego resetu, dąsał, bezseksualista, gdy Natalia śmiała się nie dostosować do jego poleceń, bo już nawet nie prośby; wymigiwał się nadmiarem pracy, koniecznością nagrania jakichś syntezatorowych partii — i pospiesznie kończył rozmowę.
Dualizm: najchętniej znalazłby nasz Krzysio drugą aseksualistkę, do pary; kobietę, która nie dałaby się zaciągnąć końmi, wołami, wielkim traktorem lamborghini do łóżka.
I żyłaby w zdrowiu i w chorobie, taka para podstarzałych czyściochów, każdy wieczór, do późna, spędzała na rozmowach o polityce, podwyżkach cen, galopującej inflacji, skrajnej prawicy, centrolewie, o o sztuce, ostatnio nagranych przez Krzyśka piosenkach, o wytłoczonej, wydanej jedynie w czternastu egzemplarzach mega jajcarskiej płycie „Ojczyzno ma, kloacznymi dołami usiana”.
O spodziewanych, skrajnie negatywnych recenzjach każdego, komu wpadłby w łapy wspomniany krążek.
I buzi na dobranoc. I odwócenie się do siebie plecami.
…a tu nie ma tak lekko — co uda się nawiązać bliższą znajomość z kobietą — to okazuje się zeksiasta, ma swoje potrzeby, łasi się, chce, paskudota, namówić na obleśne rzeczy.
I trzeba ją wysyłać doo innych, wręcz wpychać w łapska obcych facetów, by rozładowała popęd, nakarmiła tego smoka, co go nosi poniżej pasa.
A potem — standardzik — rozstanie, bo na dłuższą metę tak się nie da, żyć w rozkroku, ciągnąć tę farsę, ambiwalenciarstwo…
Marek wybywa z domu-sinicy. Przed siebie, łapać resztki kończącego się lata. „Summer dying fast” — jak śpiewa Danielcio Filth.
Szczera i parszywa prawda; robi się coraz zimniej. Zdychającemu latu rudzieją nesy, na szyi wyrastają guzy nowotworowe. Kasztany.
Bociany biorą kupry w troki i lecą do Afryki, przynosić umierające z głodu dzieci wychudzonym somalijczykom, walczyć o każdą mysz i żabę z równie zabiedzonymi mieszkańcami Etiopii.
Zimny wiatr nie pozostawia złudzeń — lato jest już padliną, sztucznie podtrzymywanym przy życiu wielodniowym trupem i tylko patrzeć, jak konsylium synoptyków zbierze się, by jak co roku o tej porze stwierdzic śmierć mózgową, odłączyć nieszczęśnika od niepotrzebnie ciągnącej prąd aparatury, nakryć mu twarz białym prześcieradłem.
Nadciąga przewredny ziąb, czas przewlekłych przeziebień, niegojących się ran-nieżytów, katarów, kaszlu… Pieprzona wada genetyczna, ciepłolubność, niedostosowanie do klimatu Polski…
Rozkmina: czemu jesień, odkąd pamiętam, kojarzy mi się, oczywiście poiza pluchą i błockiem, ze… starymi samochodami, wrakami nie na chodzie? To jakaś odmiana synestezji, takie absurdalne łączenie rzeczy kompletnie do siebie nieprzystających, miksiwanie różnych bajek?
Odkąd sięgam pamięcią tak było — jesień przyjeżdżała do środka mijej łepetyny ciężko zgraciałym autem, najlepiej: landarą. Albo choć jakimkolwiek sporym sedanem. Cinquecenta i maluchy — z zasady — wykluczone.
Jesień to duży fiat, polonez, ford granada, a najlepiej — mercedes W124 mający zżarte progi, wygniłe dziury w podłodze, placki, purchle rdzy sięgające połowy, albo i obejmujące całe drzwi, maskę, tylną klapę…
Jesień to stary samochód o nudnej, kwadraciakowej stylistyce, auto pana z wąsami, z brzuszkiem, może — taksówkarza, nałogowo kopcącego w środku cuchnące papierosy.
Jesień ma zamontowany radiomagnetofon i leżacy obok zestaw kaset disco-polo z lat dziewięćdziesiątych, apteczkę pełną dawno przeterminowanych lekarstw, niesprawną gasnicę.
W jesieni cuchnie szlugami i potem wiecznie niedomytego kierowcy, olejem silnikowym, napędowym, bo przecież każda jesień to ropniak.
Bawię się żołnierzykami w jesieni, na jej porwanych, kraciastych siedzeniach. Od czasu do czasu — krecę kierownicą, wbijam „jedynkę” i udaję, że kieruję porą roku. Mam iluzorycznę nad pojazdem, który ściąga, jest przekoszony, składany pęsetą po dziesiątym z rzędu wypadku.
Prowadzenie jesieni jest śmiertelnie niebezpieczne, tego strucla nie idzie wyprowadzic z poślizgu, jeśli nie będę uważać, zapuszczę sie w marzeniach za daleko, wyobrażę sobie, że prowadzę go podczas choćby lekkiej mżawki — mogę się rozwalić na pierwszym lepszym zakręcie.
Śpij spokojnie za stodołą, albo w garażu, przykryty ciepłą pierzyną kurzu, mój jesienny duży fiacie. Boję się ciebie. I — paradoksalnie — nie mogę przestać lubić. Wbrew powszechnie panjującemu trendowi nie uważam cię za klasyka, legendę PRLu, wartego pół miliona funtów szterlingów świadka, dziecko czasów słusznie i bezpowrotnie minionych, zabytek nad zabytki…
Jesteś swojski i pocieszny, obłaskawiony. Choć groźny. Mała, spowita pajeczynami kostucha, preludium prawdziwej śmierci — zimy, spikerka zapowiadająca gwiazdę wieczorku — Królową Śniegu.
Rokroczne, niemal bezbolesne umieranie w oczekiwaniu na wiosnę (nigdy nie zastanawiałem sie, jakim byłaby samochodem; może — przekornie — starem asenizacyjnym?).
Jesień ma wysoki przebieg, w Reichu, jak i w Polsce robiła za taksówkę. Nie ma sie co przejmować — te stare merce wytrzymują nawet ponad milion kilosów bez naprawy głównej sil…
NO NIE! ONA?
Kamienieję. Zagryzam wargi, odruchowo. W gębie zasycha, kruszy się błotnisty język. W oczach zdychają kijanki, sercu usychają korzenie.
Pod paznokciami czuje drzazgi na korbkę. Wdycham powietrze-samoróbkę, zlepione w garażu z pokostu lnianego i unigruntu.
Po drugiej stronie ulicy, kręcąc dupcią i udami, jakby brała udział w chodnikowym You Can Dance i tańczyła salsę-przechodziankę, rozprawiając o czymś z płomiennym uśmiechem, idzie… czarnulka. Pierwsza miłość. Księżniczka-turystka, mieszkanka dusznych i lepkich marzeń, przednocnych brandzlad, fantazji koniobijskich.
Oczywiście życie to nie bajka, więc ten skarb i ideał, najpiękniejsza z pięknych nie jest sama. Taka młoda, a już prowadza się z jakimś fagasem. Rodzice powinni jej dać szlaban, czternaście lat to nie jest jeszcze wiek, by mieć chłopaka! A już na pewno nie tak zeskurwysyniałego bandytę jak ten…
Mam przed sobą parę japiszonów-bananowców, zblazowańców, sam nie ogarniam, jak już ich nazwać…
Hipsterycy-histerycy, może tak. Ona — w spodniach z krokiem po kolana, bojówkach-anarchistówkach, oczywiście do tego — w nieodłącznych glanach, obwieszona dzyndzelkami, wisioruniami, obransoletkowana… Laska, która okradła stoisko kramarza, ma na sobie cały jego badziewny towar.
Rzemyki, wstążeczki, kokardki, czerwone korale, czerwone, niczym wino, korale z polnej jarzębiny, sine koraliska ze śliwek, olbrzymie, z naturalnej wielkości, plastikowych jabłek… Zgroza, nigdy wcześniej szegoś takiego nie widziałem. Woodstockowiczka zwoodstockowana na siłę, przebrana, a nie ubrana.
Kochaś też niewiele lepszy: przede wszyskim — dredziarz. Pierwsze, co się rzuca w oczy, to jego maniakalna wręcz fryzura. Na różowe — tak, różowe — dredy mógłby sobie pozwolić jakiś naśladowca Takeshiego, młody gangsta-raper robiący zwariowaną muzę… Ten kolo wygląda, jakby umiał robić tylko oborę. Mega wieśniak z wyglądu, burak o małpiej twarzy.
Jak się ma takie japsko — nie pomogą sznurki, bransoletki, koszulki z Muzyką Przeciwko Rasizmowi, naszywy z Pidżamą Porno, Happysad…
Tępy kryminalista, od dwudziestu pięciu lat do dożywocia.
Nie zastanawiam się, co w nim widzisz, prymitywko. Pewnie już się pierdolicie, koleś jest zajebisty w wyrze, taki małpolud potrafi dogodzić…
Idą państwo hipstery, pretensjonalna para… heh — tfu! — ogarniają mnie mdłości. Żeby choć gadali normalnie! Nawijają jak dzieciarnia w serialach z Disney Channel. on zgrywa Hannę Montanę, ona London Tipton, oboje — Jolę Rutowicz, jeżeli ktokolwiek jeszcze pamięta takie czupiradło. W obojgu jest Doda i Paris Hilton, cały worek rzygających pieniędzmi Kardashianek.
Wielkopańscy wielkopaństwo, cali z fluidu, ubrani w markowe metki, znający na pamięć wszystkie artykuły ostatniego numeru polskiego Cosmo, jednocześnie nie potrafiący powiedzieć, w jakich latach trwał Stan wojenny, ani kim był dajmy na to Kiszczak, czy Kukliński.
Hipstersiule wpatrzone w fifki, wiecznie skręcający coś nielegalnego, miłośnicy kolorowych tabsów, białego proszku. Odmóżdżeńcy niesieni przez dancehall, reggae, różnorakie odmiany klubowej muzy, łupanki składającej się niemal z samych basów. Rozkiwane przygłupy, krótko i węzłowato mówiąc.
Ten jej małop-cham nawet ogolić się łowiek nie potrafi, no co on nosi? Jakieś brodo-kosmyki, pekaesy, jakby się urwał z lat siedemdziesiątych, przyjechał robiącą za wehikuł czasu eshaelką, czy wuefemką…
Podsmykany, z tylko-co kiełkującym zarostem, bezczelny z japy, cham i prostak, pierwszy do szukania zaczepki.
W ciągu pół — góra półtorej chwili odkochuję się w dziewczynie. Mierzi mnie i chcę rzygać na samą myśl o tym szonie. Tfu!
Jesienny, zgraciały fiat 132 w zmodernizowanej wersji Argenta roztrzaskuje się na kasztanowcu.
Bęęę! Bęęę! — o dach wraku tłuką kolczaste kule.
Idealizm poszedł się jebać. Czego się spodziewałem — że obca laska, z którą nie zamieniłem nawet słowa będzie trzymać dla mnie cnotę?
...chyba w słoiku po ogórkach, zamarynowaną, he, he.
Mimo wszystko czuję się, jakby wrzucono mnie w pierdlu, w poprawczaku pod lodowaty prysznic. Spłukane mrzonki trafiły do kratki odpływowej.
…mimo wszystko — nie posądzałbym jej o aż taki brak gustu. Degust.
Przećpane, młode sucze i bokobrodziasty Lesio z Daleko od szosy. Miłość wyznawana sobie przy adapterze, wyjących z głośnika Skaldach, czy Alibabkach.
Fiaty regata i mirafiori zrośnięte rdzą, nie do rozdzielenia.
Mega wkurzony, jak zawsze w takich chwilach, przyjmuję postawę obronną przed światem: kaptur na głowę, ręce w kieszenie, głowa — jak najniżej; przygarbić się i liczyć płyty chodnikowe, stulić się w swoim wnętrzu, obrosnąć niewidzialnym pancerzem, zaskorupieć w skorupie!
…mieć wszystko, wszystkich w dupie, do tego stopnia zobojętnieć na wszelakie nieprzychylnozy, szumnie i na wyrost zwane życiem, śwe… zastoiczyć się na amen!
Idę zakutany w bluzę-zbroję, boczę się na wszystko. Tupię, cholera, że nie mam na sobie glanów, tupoliłbym nimi dużo głośniej, niż adidasami, walił z nerwów w pierdoloną ziemię, która mnie nosi, łość, albo dla beki, ewentualnie — żeby się poznęcać.
Nie orientuję się, kiedy wpadam na… Natalię, córkę Piotra.
Zaczyna mrzyć, ulica paruje asfaltowo-spalinowym smrodem. Od Natalki-imienniczki mojej matki — bije… słoność. Lepki, kleisty zapach soli. Świeżego, tylko co zasolonego mięsa. Skrzepłej śliny. Starego pocałunku, który zastygł na wargach. Zbrylił się. Tfu.
Zdziwiony i — nie powiem — śmiertelnie oburzony pytam, pre co u diabła tu robisz, śledzisz mnie?
…a ona, czym totalnie zbija mnie z pantałyku — że tak. Bo mamy do pogadania.
— O czym, do chuja pana? O naszych starych?
— Gdzie tam. Oni już nie są i nigdy nie będą razem. Było — minęło, melodia przeszłości. Zdarta taśma. O NAS.
Grzecznie i z uśmiechem pytam niedoszłą… szwagierkę? Przyrodnią siostrę? Że o jakich, kurwa, nas ci chodzi, idiotko? Co żeście z ojcem wymyślili?
Mała Nati — że bez nerw, Marek. Pogadajmy gdzieś na spokojnie, nie na środku obsranego przez psy chodnika.
…i wyciąga aqua diabolicum ze sztruksowej torby. Wódka Bocian, półlitrowa.
W zasadzie pro forma, żeby zachować minimum pozorów warczę, że co my, kuźwa — Ferdek z Paździochem, menele, kloszardzi, postaci z durnawego serialu, że mamy coś obgadywać przy gołdzie? Chodzimy do pod-sta-wów-ki, a to nie jest, do cholery, czas na chlanie… Ale dobra, bo Bociana jeszcze nie próbowałem, z czystej ciekawości — zgoda; gdzie chcesz iść?
Niecały kwadrans później leżymy na zakurzonych dechach strychu opuszczonego od niepamiętnych czasów domu po świętej pamieci Łojewskich, czy tam Łońskich, nie wiem, odkąd pamiętam ta rudera zawsze była martwa. Poludzka.
Przez potężną dziurę w eternicie patrzymy na rozchmurzone niebo. Słońce pokonał Cień — jakby to określił Gawliński.
— Słyszałeś o Autonomii? — pyta mała Natalia rozlewając hoop colę-zapojkę do plastikowych kubków.
— Jakiej — Palestyńskiej?
— Nie, no co ty… — parska śmiechem zbieżnoimienna.
— Takiej z czystego ognia. O ukrytym obrazie, przestrzeni zakodowanej pod tą rzeczywistością, o piwnicy niejako, skrzącym się tornadzie, w którym jest schowany kanał, sekretne przejście…
— Nie pierdol — biorę sporawy, napełniony po krawędź wódką, kieliszek. Zamykam oczy i wstrzymuję oddech. Pierwszy — najgorszy, zawsze najbardziej piecze. Dla młodego, nieprzyzwyczajonego do wódki organizmu, gardła, języka, krtani, kontakt z takim cierpkim i palącym czortostwem to szok. Nie na darmo Indianie nazywali gołdę „wodą ognistą”…
…a ta już się ubzdryngoliła, czy co? Ledwie po jednym pieprznęliśmy, a już bełkocze od rzeczy, bredzi, jakby litra wyjebała duszkiem. Przyszła, zdaje się — trzeźwa. Tak ją ścięło, Bocian usiadł na łepetynę i wydziobał mózg?
…i znowu swoje — że mam poczekać — tydzień, dwa, ale zobaczę — przyjdzie i po mnie. Pochłonie. Przeżuje. Bez popity.
...nie powiem — nawet ładna jest, niedoszła sister. Do czarnuli-hipstuli się nie umywa, ale chuj. Na bezrybiu, jak to mówią…
Drugi kielonek, jeszcze jeden. Nie jesteśmy z patologii, to nasz trzeci — góra czwarty kontakt z wódą, nic więc dziwnego, że oboje mamy mdłości. Co to w ogóle był za pomysł, żeby pić czyściochę, jak dwa stare chłopy w knajpie, zamiast rozrobić z hoopem? Po drinkalach może nie mielibyśmy aż takiej ochoty wystawić głowy przez wyrwę w dachu i weczeć jak koty, wywalić żołądki na drugą stronę?
Żesz kuźwa, trzeba było jeszcze pobawić się w Ruskich, chlać prosto z gwinta, bez zapijania. Zachciało się pobyć dorosłymi.
Pajęczyny, biało-brudne siatki na muchy, zaczyają powoli dygotać. Buty, rozprute pierzyny, przegniłe kufajki, resztki ceraty, na której pani domu suszyła ziarka dyni, jabłka, czy co tam suszono w dawnych czasach, może królicze, albo psie łapki na szczęście, lub całe koty, wypchane watą szklaną kury, bażanty, kuropatwy, indykopatwy…
Mała Natalia — urocza, poalkoholowa wieszczka, prorokini bzdetów…
Pachniesz tak podniecająco, solą. Brunatną i cierpką, ale… nadającą się do zjedzenia. Zlizania. Bez wątpienia — spożywczą.
Oddychamy głęboko, by wysapać nadmiar alkoholu. Z płuc, żołądków, wątrób i jelit. Byleby tylko nie skończyło się obciachowym haftem. Dyszymy jak dwa parowozy, chwilę po zjechaniu do zajezdni. Moment przed skreśleniem ze stanu i sprzedaniem w drodze przetargu na złom. Godzinę przed pocięciem.
Gdy już — nie mówiąc nic, kto by gadał w takiej sytuacji, gdy człowiekowi grozi mega przypał — spuszczamy z organizmów trochę zatrutej, zakwaszonej pary — bez ociągania się — polewam. Wódcolę. Na ciul czekać, obcyndalać się? Może coś wyjdzie, urobię ją…
Im bardziej pijany jestem, tym ładniejsza się wydaje. Zajebista dupa, do tego — Kassandra, wieszczydło…
Jednym uchem słucham, drugim wypuszczam „mądrości” o ognisku i ukrytej komórce. W końcu — obejmuję ją. Zaczynam gadać jak do groźnego psa, co wypadł z czyjejś posesji i chce mnie ugryźć. Obłaskawiam, oswajam.
Nati, Natuś, nazywasz się tak samo, jak moja mama. Przypadek? Nie sądzę. Przeznaczenie. A propos — widziałaś ostatnie memy ze Szpilką? Jak dostał wpierdol od tego Murzyna? Nokaut już w drugiej rundzie… A potem jak go znosili z ringu do karetki… Obciach straszny, po czymś takim chyba bym się nie pokazał ludziom na oczy, zakończył karierę…
Nie wstawaj, jeszcze sie przewrócisz. Mi też się we łbie kręci. Gdzie chcesz iść? Spierdolimy się oboje z drabiny, ręce, nogi połamiemy. Toż widziałaś, jaka spróchniała… Stary cię przysłał, przyznaj się, masz mnie uchlać i urobić, bym wpłynął na matkę, tak? Żeby do niego co — wróciła? Przecież, kurwa, to się jakaś telenowela turecka, bo już nawet nie brazylijska, robi… Sam co — języka w gębie zapomniał? Aż tak się w nocy pożarli? Może uderzył ją, chujec złamany? Nie?
Zanurzam dłonie pod polarek. Mała Nati zaczyna chichotać, że jestem durny jak but, nam, samcom — tylko jedno w głowie, nawet w obliczy hekatomby, czy Autonomii — wyłącznie o ruchaniu i ruchaniu… Nawet, żeby Hitler i Stalin ożyli, albo caryca Katarzyna, znowu napadli na Polskę — myślelibyśmy najpierw o dymaniu, potem o całej reszcie. Taka już jest nasza psychika — psia, samcza, zwierzęco-bezrefleksyjna.
Piersiulęta panna filozof ma malutkie, ledwie kiełkujące. Dwie rozetki powyżej żeber zakończone guziczkami-prztyczkami. Ziarenkami pieprzu.
Całuję w szyjkę. W policzek. Nie broni się, Pytia delficka. Więc — w usta. Nasze oddechy potwornie śmierdzą nieprzetrawionym alkoholem.
Kładę się jeszcze bliżej, wręcz NA Nati. Cholera, trochę do dupy. Nie sądziłem, że pierwszy raz będzie tak wcześnie, w dodatku w takim pierdolniku. Ale, jak mówi przysłowie, mądrość narodu — kto wybrzydza, ten nie ru…
— Jeszcze może po jednym? Z colą — zobacz — insza inszość, od razu lepiej sie przyjmuje, co nie? Od czyściochy zaraz byśmy zgonowali… Twoje… nasze zdrowie. Oby nam się… a, co tam se chcesz. Szóstki z plusem na maturze z matmy — może być?
Trącamy się kubkami. Nati wzięła za duży rozmach i jeeeeeeebut! — ponad połowa drinka wychlapuje jej się na dechy. Bredzę coś tam, wymyślam na poczekaniu, że aby toast się spełnił — trzeba wypić do dna.
I dolewam, jak rasowy skurwysyn, co postanowił odurzyć laskę i wykorzystać. Jak typowy mężczyzna.
Gdzieś z tyłu głowy kołacze pytanie czy sprostam, pierwszy, kuźwa, raz to nie takie byle co; czy nie speniam w ostatniej chwili, nie odpuszczę ze strachu przed totalną kompromitacją?
...idę na żywioł. To samo się dzieje. Matka Natura okazuje się być brodatym, zanidbanym facetem. Bierze, ten żul, moją dłoń. Kieruje nią.
Natalia wyciąga się jak dłuuuuuuuuuga. Sama, wariatka, rozpina dżinsy. Zsuwa je, do kolan. Do kostek. Zrzuca zupełnie.
Majtki ma białe, w szaro-beżowe kwiatki. Chuj z nimi, wszystkie zaraz i tak zwiędną. Wyrwę je z korzeniami, z liści zrobię skręty.
Zaczynam grę wstępną, pocałunki. Pomiędzy ciągle jeszcze uwięzione w staniku piersiule. I niżej. Serce wali mi jak oszalałe. Podstawówkowy atak serca.
Zaaferowany (chyba jako jedyny w klasie używam tego słowa) Natalią, wódą, tym, co nieudolnie próbuję odpierdolić, kompletnie nie zauważam rodzącego się na niebie, iskrotęczowego tornadka.
Wiruje to coś, ziszcza się. Idzie, na szczęście — nie po nas.
Zardzewiały wartburg tourist przykleja się zardzewiałymi drzwiami do łady „kopiejki”. Oblepia ją. Pękają bloki silników, z jesiennych, wiekowych trucheł wyciekają litry gęstego oleju.
Korbowody, tłoki. Rozpływanie się. Złomowisko, niczym wielki sen, z którego nie można się już obudzić. Trwanie w niekończącej się śpiączce, ledwie pół metra od zgniatarki. Pewna doza rozczulająco słodkiej nieuleczalności.
Śmiech ze skruszonych murów, porwanych drutów kolczastych. Okopy zasypane zbrązowiałym, surowym mięsem. Słodkie czasy niepamięci.
Ja i Natalka, która pożyczyła (ciekawe, na jak wysoki procent?) imię od mojej mamy.
Pęknięte amortyzatory dużego fiata pełnego kasztanów.
Jesień to porzucony samochód, który już nigdzie nie pojedzie. Ma trwać na posterunku, wyznaczono mu nową rolę — statycznego, bezwolnego stróża, ochroniarza spadłych właśnie, buraczkowych i żółtych liści, bodyguarda pilnującego kałuż, złamanych gałęzi, przewróconych trupów drzew.
Pajęczyny porastające strych Łojewskich — Łońskich. Kosarze tkające sieci w zaparowanych reflektorach zepsutego zaporożca.
Jak to się pięknie splata, dopełnia, Nati. Rozumiesz tę zależność, dostrzegasz?
Efekt motyla: spadająca szyszka łamie ramę przegniłego jelcza.
Pamiętaj: jeśli będziesz kiedyś chciała pobawić się w archeologa, zaczniesz drążyć w jesieni, obojętnie której, może być nawet A. D. 2035, zawsze dokopiesz się do starego samochodu, skorodowanego sedana o śmiertelnie nudnym designie. Zawsze.
Opublikowany: 12-09-2019 23:57 przez: floriankonrad
Dodaj komentarz
Właściciele serwisu nie odpowiadają za treść umieszczanych utworów i komentarzy. Wszelkie uwagi prosimy kierować bezpośrednio do ich autorów. Wszystkie utwory i komentarze zamieszczone na stronie podlegają ochronie. Zabrania się ich kopiowania, przetwarzania lub rozpowszechniania bez zgody autorów.
Komentarze (4)
floriankonrad być może ta powieść dla facetów, bo jak przeczytałam początek, który znowu jest nafaszerowany wałkowaniem różnych seksulnych wizji i porównań, to mnie już znużyło. Filmów fantastycznych też nie lubię, więc też nie czekam z jakąś ciekawością co sie dalej wydarzy. Rzucę okiem na kolejne rozdziały ale czarno je widzę;P
11-10-2019 17:54 wre... [Link do komentarza]
dziękuję serdecznie za wpady i komenty. krótkie zdania i równoważniki były stosowane często n dziesięciolecia przed wynalezieniem intefnetu :) książkę zamierzam wydać na późną jesień, jak skończę. chcesz egzemplarz z autografem? :)
17-09-2019 13:53 floriankonrad [Link do komentarza]
kamienieję i zmieniam biegi w Jelczu.

pozdrawiam zawsze
16-09-2019 23:44 Tomasz Michał [Link do komentarza]
florian. weź to opublikuj normalnie. tzn nie tutaj. tu się nie da to czytać. weź na warsztat Topora. to jest dobre. zajebiście dobre. tylko (wychodzi moje 'ja" nie na internet, nie na ten portal (w tej kolejności).
lubię takie rzeczy czytać w skm-ce. w formie papierowej. i wiem to, nie tylko ja. nie zajmuję się już promocją. mój mail nie działa, ale... myślę, że coś z tym trzeba zrobić.

hmmm chcesz?
jeśli już gdzieś publikujesz to z góry przepraszam. masz charakter, ale krótkie zdania są "znacznikiem" internetowych publikacji. jestem za. bardzo za. jest mało takich rzeczy. napisz cokolwiek tu pod moim postem, a... (i tu pozostawię trzy kropki).

pozdrawiam Przekrój
16-09-2019 23:42 Tomasz Michał [Link do komentarza]
(c) 1996-2019 by SOKARIS, http://www.sokaris.pl
Strona wygenerowana w: {_Chrono} s