literacki serwis recenzencki e-poezja
(wersja serwisu: 0.10.21 z dnia: 06-05-2016)
(c) 1996-2019 by SOKARIS, http://www.sokaris.pl
Załóż konto
lub
Zaloguj się


Do przeglądania polecamy:


FireFox Web Browser
Wiersz z listy autora o pseudonimie floriankonrad
<< Poprzedni wiersz tego autora Następny wiersz tego autora >>
Pokaż wszystkie wiersze tego autora Dodaj do ulubionych
Bezstratne cz. 9.
XVII. WSPÓŁUDZIAŁY


— Co do czorta — dzisiaj jakiś Dzień Zwierząt w szpitalu? Zoo tu otworzyli, wariaci? Niby wszystkiego się można spodziewać po publicznej służbie zdrowia, ale to już chyba przeginka… — udaję strusia, wyciągam szyję najwyżej, jak tylko mogę. I jeeeeszcze! Czuję teraz, jak moja głowa jest arbuzem zatkniętym na cieniuchnym kijaszku, jeśli spróbuję jeszcze bardziej zapuścić żurawia, zerknąć przez ledwie uchylone drzwi, co do cholery się wyrabia na korytarzu — złamię kręgosłup w odcinku szyjnym i będzie po zawodach, do końca życia nie poruszę ani ręką, ani nogą. Choć co do tych ostatnich… marniuchne szanse. Coś niedobrego zaczyna się dziać pod gipsem na prawej girze (czy ktoś w Polsce, albo choć Eurazji mógłby mnie łaskawie oświecić — po co założono, skoro nie byłem diagnozowany, prześwietlany, nie zjawił się tu szaman, czarnoksiężnik, ortopeda, czy jasnowidz Jackowski, ktokolwiek, kto na jakiejkolwiek podstawie, nawet domysłów, czy transcecndentalnych wizji mógłby stwierdzić, że mam w niej cokolwiek złamanego?), nieznośne mrowienie nasuwa czarnowidzką myśl, że chyba jest za ciasny, uciska nerwy, żyły, tętnice, arterie, miażdży mięśnie, co w prostej linii prowadzi do gangreny, martwicy, kalectwa.

Chcą, łapiduchy, aby mi całkiem odgniła? Dlaczego? Za jaką karę? Przecież nie byłem „leżakiem” z promilami, przejechanym przez trzeźwych jak aniołeczki kierowców…

Lekarz uznał mnie za niewartego wdrażania jakichkolwiek procedur, albo chce się wcielić w rolę szeryfa, sędziego i kata…?

Mści się? Za co? Bo śmiem zajmować połowę materaca w półsalce, zjadłem — o zgrozo — całą, tak — ca-łą kanapkę z plasterkiem szynki, żółtego sera i ogórka, na dodatek popiłem lurowatą i niesłodką herbatą?

Zbrodnia to niesłychana: pacjent nie okazał się anorektykiem i nie spieszno mu do śmierci głodowej… Tragedia, jeśli się więcej trafi takich obżartuchów — budżet szpitala będzie zrujnowany, nemocnice na kraji Polski utonie w długach…

Jak nie kijem go, to pałką, żarłoka. Założy się gipsik, wywoła gangrenę — a potem — ciach! nóżka — i do domciu, jeszcze się poinstruuje, na jaki adres do PFRONu pisać podanie z prośbą o przydział kuli. I następny do golenia.

…od razu byście podali Pavulon, skurczysyny, po co się męczyć?

Za drzwiami — pandemonium w skali mikro, chyba małpy skaczą, pouciekały z klatek, czy co…? Naprawdę nie rozumiem tej kafkowsko-ferdydurkowskiej rzeczywistości. Niby to Polska, mój kraj rodzinny, gdzie kruszynę chleba podnosi się z ziemi przez uszanowanie dla granic nieba, gdzie napierdala się kamieniami i kostką brukową w pokojowo maszerujących uczestników Parad Równości, moja moja kulawa i szczerbata ojczyzna o brudnych, choć ciągle mytych w kropielnicy dłoniach…

Niby Polska, a jakby napisana przeze mnie, nie na ocenę. Kraj nie sprawdzony przez panią Jadzię W., bo zmarło się ostatnio biedaczce, a i ja już jestem w wieku mocno pozaszkolnym i nie kwalifikuję szóstoklasistą, nie mieszczę w ławkach.

Jękoty, kotowrzaski, psi warkot dobiega przez tekturowe, prawie zamknięte drzwi.

Zderzam się z niezrozumiałą bajką, czytam legendariusz, smatriu w knigu, wiżu figu, bracia Grimm i Andersen pokazują mi gest Kozakiewicza. O — takiego wała się domyślisz o co chodzi, palancie!

Dotknięta wścieklizną zwierzyna rzuca się na lekarzy i salowe, zagryza pielęgniarki.

Przypomina mi się historia osławionego linczu w Smaszyniowie. Leżąca niecałe trzydzieści kilometrów od Żuchalina wieś poi dziś dzień pozostaje synonimem oporu. Ludowego. Oddolnego wzięcia sprawy w swoje ręce przez zastraszonych mieszkańców. Straceńczego, powstańczego poświecenia życia w imię walki. Zbrojnej.

Przemek i Bogdan było tym bandziorom. Bracia spod najczarniejszej gwiazdy, urodzeni najpewniej przez jakąś parszywą, owągrowaną wiedźmę z haczykowatym nosem i podmienieni na prawdziwe dzieci Leśnickiej… Niemożliwe po prostu, aby normalna, ciężko pracująca przez całe życie w polu kobieta, matka, żona, bogobojna katoliczka została matką takich bestii…

Nieee, musiała ich wysrać czarownica o skórze pokrytej krokodylową, albo jaszczurczą łuską, antukobieta, szerzej: antyczłowiek.

Od maleńkości sprawiali problemy, uczyli się najgorzej z klasy, huncwocili, łobuzowali. Z biegiem czasu stawało się coraz bardziej jasne, że nic dobrego z bliźniaków nie ma prawa wyrosnąć.

Popalane w ukryciu, potem już jawnie szlużęta, popijany alkohol, kradzieże, pierwszy pobyt w poprawczaku, drugi…

Miarka przebrała się, gdy w wieku dziewiętnastu zaledwie lat, pod sklepem… podpalili człowieka. Jednego z malinowonosych pijusów, jakich pełno w każdej wsi.

Naraził im się Gienek, czy Heniek, bo nie chciał postawić wina. Za karę został oblany czymś łatwopalnym, ale nie benzyną, bo by tylko okpppcone kosteczki z nieboraka zostały. I, zanim się nie ugasił, przez parę krótkich chwil był żywą pochodnią.

Jak się szaleńczo, przy akompaniamencie chamskiego rechotu tarzał pod nogami oprawców, by zdławić płomienie…

Tego było już za wiele, skończyły się wyroki w zawiasach, więzienna brama zatrzasnęła się za zwyrodnialcami.

I tu się de facto rozpoczyna „historia właściwa”. łekokształtnych bydląt spadł nawet nie ciężki jak opona od scanii ostracyzm, potępienie. A megahejt. Pluto im pod nogi, ostentacyjnie odwracano głowy, gdy przechodzili. O powiedzeniu „dzień dobry” zadżumionym pariasom nie było nawet mowy.

Któregoś pięknego dnia baby zmówiły się i dopadły Leśnicką, jak wracała rowerem, mniejsza o to, skąd. Dostała taki łomot, że wylądowała w szpitalu z cieżkim urazem czaszkowo-mózgowym.

Winnych — oczywiście nie było, kto dobrowolnie się przyzna do pobicia matki bestii?

Jedna z facetek poświęciła się na całego: poszła odwiedzić chorą. Z termosem. Zupkę, niby to z dobroci serca przyniosła, coby pani Halina podjadła czegoś ciepłego, domowej roboty, szybciej odzyskała siły.

Dobre, pyszniutkie papu, nie to, co to szpitalne, od takiej zupci każdy, nawet półtrup-nieboszczyk zaraz stanie na nogi…

I wylała, zamachowczyni, cały termos parującej, gęstej cieczy na twarz, głowę pobitej. Podniósł się oczywiście rwetes, larum, wrzask, zaraz dokonano obywatelskiego zatrzymania, jak się później okazało — morderczyni (wieść gminna niesie, że wcale nie uciekała).

Na pogrzebie pani Haliny zjawili się niemal wszyscy mieszkańcy wsi. By krzyczeć, wypominać zmarłej, że tylko suka najgorsza takie wściekłe psy rodzi. Ksiądz, zbaraniały, nie wiedział, uspokajać narwańców, co mało trumny w kościele z katafalku nie zrzucili…

Krótko po pogrzebie niby-to przypadkowo zajęły się wiązanki, od znicza spłonął świeży grób matki młodych sadystów; rok później „nieznani sprawcy” rozbili w driebiezgi jej nagrobek.

Jakiś czas potem na przepustkę, siakąś przerwę w odbywaniu kary wyszedł Przemek, potem Bogdan. Odgrażali się, zwyrodnialcy, że spalą każdego gnoja, który podniósł rękę na ich kochaną mamusię. Dziko, na ślepo szukali winnych.

Kto, no kurwa, KTO?

Nie minęło pół roku, jak w tajemniczych okolicznościach rozpłynął się jeden i drugi. Najpierw czarna dziura pochłonęła blondasa, potem Bogdan nie wrócił z dyskoteki, został pożarty przez toksyczną mgłę.

Szukano ich, rzecz jasna, gazety pluły tuszem, spikerzy dramatycznym tonem apelowali, że ktokolwiek widział, ktokolwiek wie cokolwiek — niech natychmiast zgłosi się do najbliższej jednostki Policji.

Historię potrójnego, oczywistego linczu bo nikt nie miał we do niego doszło, miał ekranizować sam Patryk Vega, ale sprawa umarła śmiercią naturalną z powodu braku funduszy (kto by chciał sponsorować produkcję filmu o jakichś wieśniackich, burackich antagonizmach, w dodatku — nieśmieszny, ani trochę nie w klimacie Samych swoich, czy U Pana Boga za piecem?).

Dziś, po latach, zdaje się, że mało kto pamięta o prawdziwej naturze Smaszyniowskich, o wsi, która nie wybaczy, potrafi mścić się po grób. I dalej. Której łapska sięgają poza barierę śmierci, dechy trumny…

Zwłok młodych bandziorów nie znaleziono do tej pory. Ich ojciec nadal żyje, z braku laku ciągle mieszka pośród oprawców żony i synów.

Kto wie, może nawet częściowo przyznaje im rację, uważa, że komu jak komu, ale Przemkowi i Bogdanowi się należało…

Ze strachu zsechł się, po prostu zasuszył, przygarbił, zaczął przypominać starego grzyba, robaczywego maślaka. Egzystuje, bo trudno to trafniej określić, jak w ciasnej klatce, jest zbitym i zastraszonym psem, któremu niewidzialna obroża wrosła głęboko w kark, pasek i szczebelki kagańca stopiły się z pyskiem, zaczęły stanowić całość, nie do rozerwania.

Nie patrzy ludziom w oczy pan… dajmy na to Edward, nosi głowę kuriozalnie nisko. Skoro nie ma pewności, kto jest jego śmiertelnym wrogiem, brał udział w synobójstwie — są nimi wszyscy po kolei, od starców po małe dzieci. łonek mikrospołeczności to potencjalny morderca, albo kuzyn mordercy jego najbliższych.

Może i się należało, chłopaki nie byli święci — ale żeby zaraz zatłuc, zakopać jak ścierwo w nieznanym miejscu, bez krzyża, modlitwy, na niepoświęconej, bo nie inaczej, ziemi…? Nawet nie ma gdzie biedaczkom znicza na Święto zmarłych postawić…

Wyprowadzić się? Za co? Sprzedać majątek? Za ile? Stara chałupa, stodoła, chliw… Nie starczyłoby na najciaśniejszą kawalerkę w mieście, klitkę o powierzchni półtora metra kwadratowego…

Trzeba siedzieć kapyruchą, bo nic innego nie zostało, zresztą — takich starych drzew jak on już się nie przesadza, bo zwiędną jak nic… Poza tym — czy ktoś zagwarantuje, że gdzie indziej będzie lepiej, spotka się bardziej empatycznych ludzi?

...chłopakom może i się należało, ale Halinka — coż ona winna? — wypłakuje zmatowiałe oczy w poduszkę ojciec zwyroli.

Czemu, leżąc z girą w gipsie, podkulony, wręcz zrolowany na równie zrolowanym materacu, nagle przypominam sobie tę tragiczną historię?

Bo sam — bez emfatycznej przesady, biadoleństwa — uważam się za takiego Edka, ofiarę ponoszącą karę za niezawinione grzechy, czyjeś błędy, za głównego bohatera „Symetrii”, albo „Samowolki”, nieszczęśnika w skrajnie nieprzychylnym środowisku, dzieciąteczko wpadłe do gniazda żmij…

Może i opowiadam samemu sobie bajkę-użalankę, ale założę się, że dziewięćdziesiąt… a, może i osiem procent ludzi w mojej sytuacji nie zachowałoby się lepiej, nie karmiłoby się, na przekór wszystkiemu, nadzieją, że już-już, za chwiluńkę będzie zmiana o sto osiemdziesiąt stopni, bozia przewróci klepsydrę i obsypie nas złoty piach…

Jeśli ktoś, leżąc tak jak ja, z coraz bardziej gnijącą (czuję, nie straciłem węchu, do choroby jasnej!) nogą, próbowałby zachować kamienny spokój, starał się mieć nerwy jak postronki… to ten kamień by my się szybciutko zmienił w kupę gruzu, jak — nie przymierzając — pomnik nagrobny matki podpalaczy. Postronki by sparciały, przetarły się i pękły.

Płakać, rozklejać się jak tanie, bazarowe klapki, podróbki kultowych kubotów? Jeszcze czego! Zresztą — chyba jestem zbyt suchy, nie mam łez. Ani kropelki.

Poją mnie czystym roztworem soli fizjologicznej, czuję, że mam w sobie pół kopalni z Wieliczki; mimo to nie jestem zdolny do płaczu. Mógłbym co najwyżej poskomleć nosem jak pies, którego właściciele zostawili w lesie, przywiązanego do drzewa, ale nie mam na to najmniejszej ochoty. I słusznie.

Czas odwiedzin. Pora karmienia zwierząt. Skrzyyyyypnięcie niesmarowanych od lat drzwi, aż bolesne. Dźwięk przeszywający pobitą łepetynę, pogłębiający i tak niepłytkie rany.

Do sali-kanciapy, dostojnym krokiem, wchodzi drapieżnik. Mała maszynka do zabijania, postrach drobnych gryzoni, ptaków, morderca — od biedy — kretów. Młot na nornice. Dość spasione kocisko maści rudo-białej. Jakbym już je gdzieś widział…

Przekarmiony, białawy Garfield, zmartwychwstały lisokot, któremu odrosły wyjedzone przez muchy oczy… I teraz lśnią na brudno-zielono, miętowo. Kolorem zdechłej, podeptanej, przeżutej przez krowę trawy.

Koci książę, zaklęty w zwierzaka arcykapłan, cesarz państwa, nad którym nigdy nie zachodzi słońce, a jeśli już, raz na rok zapadnie zmierzch, to wyłącznie po to, by nieść wytchnienie, ochłodzić karki, torsy niewolników w pocie czoła tyrających na złotonośnych polach…

Mięciutko i bezgłośnie, na poduszeczkach, tap, tap, tap. Jakby z ociąganiem, podchodzi książątko, obwąchuje mnie — trędowatego wyrzutka na stałe zameldowanego w sypie, lokatora śmietnika.

Pachnie gnijące ciało, co?

Instynkt bierze górę nad wcielonym w kota królem królów; zwierzęca, mięsożerna natura triumfuje. Wskakuje na gips, jego wysokość, raczy się nachylić.

Chcę się bronić, krzyczeć, wołać sanitariuszy, pielęgniarzyce, gdy on… wyjada mi martwicę. Gangrenę. Czarną śmierć.

Patrzę oniemiały, w głowie zderzają się stare volswageny, damki, wali się scena, grzebie Panasa, Jana Bo, pozostałych muzyków Lady Pank. Boję się krzyknąć. Ciągle mam — irracjonalną — nadzieję, że to element show…


XVII. KOCIAMBRYKON


Jaki jest sens chowania miodu do lodówki? Albo słoiczków z przyprawami? Pieprz, curry, sól, jiście laurowe — wszystko zimne, bez potrzeby się chłodzi…

Z matką coraz gorzej. Już nie tyle martwię się o nią, co boję, każdego dnia coraz bardziej, że jest nieuleczalnie chora, ma starczą demencję, dopadł ją ten skurwysyn Alzheimer i już nie odpuści… Tak właśnie się to na ogół zaczyna — od kładzenia rzeczy w dziwaczne, niewłaściwe miejsca, drażliwości bez powodu…

Robię lodowe kanapki z zimnych komponentów, wróciłam z wyprawy na Biegun Południowy i smaruję zlodowaciały chleb skamieniałym masłem, kroję wyciągnięte z zaspy ogórki, pomidory, polewam, a właściwie bardziej posypuję grudkami zamarzniętego na kość majonezu.

Kto u diabła nastawił lodówkę na maksymalne mrożenie, znowu bawił się pokrętłem? Wiadomo — babka. Jakby podświadomie robiła całej rodzinie, w tym sobie, szczeniackie psikusy. Na złość córce i wnukowi odmrożę sobie uszy. I gardło.

Niby trwa kalendarzowe lato, a bez farelki — ani rusz. Jak tylko dom-sinica trochę się podgrzeje — biorę się za robotę. Czuję, że mam napad weny, zaatakowała nagle i niespodziewanie chęć pokończenia hendmejdów, doplecenia sznurzaków, dotkania makatek, doszydełkowania wszystkiego, co rozpoczęłam i, często od miesiecy, leży rozgrzebane.

Jakbym przeczuwała coś złego, nie — była pewna, że stało, albo zaraz stanie się…

Krzysiek coś długo się nie odzywa, ciągle bawi się w kwarantannę? Napisałby chociaż na messengera parę słów, jak udał się koncert.

Dorota przec chwilą dzwoniła z głupkowatym tekstem, że umarł jej ulubiony piosenkarz i myślała, że będzie rozpaczać, a jej, kuźwa, jakoś ani trochę nie jest smutno, czy przykro, bo w końcu nie znała gościa osobiście; zapaliła na jego oficjalnym profiulu [*] zniczyk i zastanawia się, czy to wystarczy, może powinna wkleić na swoją tablicę czarno-białe zdjęcie para-idola, napisać kilka łzawych słów pożegnania, jak uważam?

...problemy, kurwa, pierwszego świata, dylematy moralne jak u Dostojewskiego…

Z fotela zezują niedodziergane koty. Co drugi z pyska tak jakby przypomminał Fabiana (obsesja an punkcie Piotra, czy jaki ciul?).

Z radiowego głośnika skrzeczy Al Stewart, piosenkę — a jakże by inaczej — „Year of the cat”. Pewnie zaraz odezwie się Cat Stevens, potem będzie retransmisja wystawionego w Operze Narodowej musicalu Koty.

Mam ochotę spleść trójłape, niedokończone sznurzaki, zrobić z nich skociałego pająka, catantullę.

Z tuzina innych niedoplecionych dodziergać zwierzęco-ludzką postać, hiperwyszywańca. Zamotka-kotka, takiego ze skorupą na grzbiecie.

Potem — biorąc przykład z Krzyśka — nadać mu debilną nazwę, na przykłąd „Żółw zżółkł” i próbować wciskać ciemnotę, że to wielka sztuka, przejaw super artyzmu, a jeśli tego nie łapiecie, panie i panowie, na pomo, musicie się dokształcić z postmodernizmu, przejść kursy doszkalające ze wszystkich odmian ponowoczesności.

Na fejsie ludzie zwracają się do mnie z bezproblemami: czy polajkuję focię z wakacji, urlopu we Władysławowie, Józefowie, Czesławowie, czy innym Mietkowie. Podhalańskim, wezmę udział w akcji charytatywnej, dorzucę choćby dwa zeta do zbiórki na nowe protezy/ wózek dla Mateuszka/ Emilki/ Paulinki, której w życiu nie widziałam i co do której nie mam pewności, czy naprawdę istnieje, cała zbióra nie jest próbą wyłudzenia kasy przez jakiegoś sukinsyna bez serca; czy mam ochotę zagrać w fejso-grę, poukładać razem owocki, puzzle, odnaleźć drogę do ukrytej skrzyni pełnej złotych monet, „no co ci szkodzi, Natalia, jak nie ty, to może Marek?”.

Prawdę mówiąc — najchętniej, całkowicie gówniarsko, zszokowałabym tych dobijaczy, natrętasów, pobawiła się na moment w atencyjną gówniarę i ogłosiła wszem i wobec, że jestem w szoku, zamartwiczej traumie, włączył mi się na całego autyzm schizofreniczny, bo takie nieszczęście, delikatnie rzecz ujmując mnie spotkało: niemal zostałam zgwałcona. I to przez meżczyznę, którego uważałam za opokę, podporę, sól tej ziemi, za prawego i sprawiedliwego, być może — przyszłego męża… Ach, ja nieszczęsna — lałabym pikselowe łzy, okraszała każdy z postów rozwytymi emotkami — cóż, ach, cóż mnie teraz czynić, gdzież szukać ukojenia…

Współczutoby mi, rzecz jasna… na pokaz. Kazano iść na policje, złożyć zawiadomienie o usiłowaniu popełnienia przestępstwa. Żałowanoby. Blado, papierowo, sztucznie, kurtuazyjnie.

Coraz bardziej zdaję sobie sprawę, że jestem jak Krzycho — sama na świecie. Że mieszkam jak on, w leśnej głuszy, na Antarktydzie, w eremie. Naraz.

Otaczają mnie ludzie z zer i jedynek, oblepiają przytulie czepne, których nawet nie znam, dopisują się do znajomych kolekcjonerzy bezprzyjaciół.

Znajomość… Jak to słowo się ostatnimi czasy przeżarło, skurczyło i wyblakło, straciło kompletnie na znaczeniu… Znajomy to teraz zupełnie obcy czowiek, który cie zaczepia na Facebooku i prosi, byś zaakceptowała prośbę o przyjęcie…

W epoce komputerów chyba nikt już nikogo nie zna naprawdę (przykłąd — ja i Piotr, który okazał się być zbokiem — gang-bangowcem).

Na szczęście mój mądry nowy laptop sam zablokował strony Pudelka i Kozaczka, bez instalowania adblocka. Wie, jak chronić mnie przed kompletnym odmóżdżeniem, ugrzęźnieciem w (pół)światku plotek o tyłkach, cycach i kreacjach na tychże, zgliwieniu na amen w krainie newsów z dupy i o dupach.

Biorę największą, „barokową”, jak ją nazywam, igłę. Rzeźnicką igłę do wyszywania w kamieniu, krojenia nią głazów i przemieniania ich w twarze świętych, błogosławionych, w mordy gargulców, diabłów i nas grzesznych. Igłę do cerowania dziur w krzemieniach, które raz-dwa staną się błyszczącymi, spuchniętymi od łez stabat mateniek doloroźnych, polskich, judeo-słowiańskich piet.

Farelka pracuje na pełnych obrotach, wręcz dymi, obudowa zaraz zacznie się topić, już cuchnie rozgrzanym plastikiem, mimo to czuję przenikliwe zimno. Lato obraziło się i odeszło bezpowrotnie. W niepamięć.

Chłód ma w sobie wiele z depresji, bezsensu istnienia, bezkierunkowej wegetacji. Zimno to metalowa kula obrastająca szronem. Toczy się i toczy, zabiera wszystko i wszystkich. Każdego, kogo spotka na swojej drodze… (Marek, podobnie jak ja, też ma skłonność do zdziecinniałych, zwariowanych porównań).

Plotę. Ceruję. Fastryguję. Łączę nici, oczy, pyski. Monotonna czynność, dookoła i dookoła… Przestaję zauważać, co się wokół mnie dzieje (a co niby — pomyślałby kto — miałoby się stać; matka — nakarmiona, młody poszedł na spacer…). Tracę czujność, zapadam się w głąb nici, kłębuszków, guzików…

Autonomia, czy jak to mam nazywać, tylko na to czeka.

Obraz przed oczami, szklany i coraz bardziej rozmyty, zaczyna pękać. Palce i ogromniasta igła, włóczkowce moje kochane, hendmejdy, stają sie zygzakami w kalejdoskopie. Środkowy i serdeczny zlepiają się ze sobą, przyrasta do nich buraczkowooki pół-kot, w zasadzie koci zalążek.

Zachłystuję się rozwłóczkowanym powietrzem. Kompletnie nie dziwi mnie, że ma smak denaturatu. W domu-sinicy wszystko, począwszy od narzuty na wersalce, przez żyrandol w dużym pokoju, skończywszy na brudnym, łazienkowym dywaniku, powinno być opatrzone trupią czaszką i dwojgiem skrzyżowanych piszczeli. NIE DOTYKAĆ, POD ŻADNYM POZOREM! KATEGORYCZNY ZAKAZ PRZEBYWANIA W OBRĘBIE STU METRÓW!

…elektrycznie to się skrzy… futro czarnego bezkota, jaki wychodzi spod moich rąk, samo z siebie rudzieje. Obrasta światłem, przedpołudniowymi promieniami niewydarzonego, niedogotowanego słońca.

Biel i lisi pomarańcz — dwie barwy narodowe, plemienne, kolory na fladze Fabiańczyków.

Tkam, plotę mechanicznie, jak w amoku. Palce płyną. Okręt flagowy armady. Czarno-sina, piracka bandera: trupia główka i piszczele.

Myśli zbaczają na tematy nieistotne:

— dwie muchy, które zabiłam w łazience podczas kopulacji, jedna na drugiej

— Krzysiek i ja podczas podobnych zabaw (nieziszczalne!)

— t-shirt, który ostatnio kupiłam na rynku okazał się być wyprodukowany na Mauritiusie (już nie mają skąd sprowadzać? Łapy polskim szwaczkom masowo poodpadały?)

— czy mam więcej zielonej włóczki?

— Marek wyrzucił pamiątkę Pierwszej Komunii. Chyba traci wiarę. Szkoda… że tak późno

— czy istnieją alotropowe odmiany plastiku?

Przyszedłeś po mnie, cholerniku.

Tworzę cię… byś… porwał, pochłonął…

Grzęźnięcie: Cliff Richard do spółki z Danim Filthem śpiewają coraz ciszej: „I’ve had nothing but bad luck, since the day I saw the cat at my door…”.

Zatapiam się w rudo-białych omamach. Moja głowa to walizka oklejona nalepkami w kształcie kotów. Mruczki z czterech i pół świata stron: maine coony, perskie, syjamskie, warmińsko-mazurskie, mongolskie, zaloarskie, podtyberskie.
Opublikowany: 17-09-2019 14:08 przez: floriankonrad
Dodaj komentarz
Właściciele serwisu nie odpowiadają za treść umieszczanych utworów i komentarzy. Wszelkie uwagi prosimy kierować bezpośrednio do ich autorów. Wszystkie utwory i komentarze zamieszczone na stronie podlegają ochronie. Zabrania się ich kopiowania, przetwarzania lub rozpowszechniania bez zgody autorów.
Komentarze (1)
Ta część, podobała mi się zdecydowanie bardziej niż 8ma.
11-10-2019 18:53 wre... [Link do komentarza]
(c) 1996-2019 by SOKARIS, http://www.sokaris.pl
Strona wygenerowana w: {_Chrono} s