literacki serwis recenzencki e-poezja
(wersja serwisu: 0.10.21 z dnia: 06-05-2016)
(c) 1996-2019 by SOKARIS, http://www.sokaris.pl
Załóż konto
lub
Zaloguj się


Do przeglądania polecamy:


FireFox Web Browser
Wiersz z listy autora o pseudonimie floriankonrad
<< Poprzedni wiersz tego autora Następny wiersz tego autora >>
Pokaż wszystkie wiersze tego autora Dodaj do ulubionych
 
Bezstratne cz. 10.
To, co mnie ogarnia bez wątpienia jest wściekłym, nieoswajalnym kocurem z cierniowej włóczki. Z kolczastej wełny, jaka porasta jeże.
Bronić się, pogodzić z nieuchronnością śmierci w jego miękkich łapach? Próbować walczyć?
...wszystko na nic. Kotoza jest nieuleczalna, jeśli komukolwiek uda się wymyślić na nią lekarstwo — dostanie pokojowego Nobla. Przed odebraniem nagrody — więcej, niż pewne — zginie tragicznie, ten biedny, krótkowzroczny dureń, zagryziony przez stado bezpańskich burasów, rozwleczony jak padlina wielkiej, człekokształtnej myszy.
...przyzlazłeś do mnie, Fabianek…
Stoję oko w oko, twarzą w pysk z bezlitosnym siepaczem, cynglem, wykonawcą wyroku. Bezpłatnym mordercą, którego nie idzie przekupić whiskasem.

***

— Pfodobalo się…? — mruczy mała Natalia siłując się z opornymi dżinsami. Znarowiły się, łobuzy, jak na złość nie chcą dać się naciągnąć na tyłek, zaastrajkowały (jakie postulaty wysuwają?) i kategorycznie odmawiają współpracy.
Dosyć komicznie to wygląda: pośród tęczosrebrnego kurzu, zbutwiałych rupieci, na stryszanej scenie rudery, tańczy primabalerina. Jestem jedynym widzem. Krępuję się bić brawo.
Jezioro łabędzie: czternastoletnie niebrzydkie kaczątko, chwilę po przemianie w smukłą, dojrzałą kobietkę, odpierdala gwałtowne, nerwowe piruety.
— Bardzo… — uśmiecham się. Zbyt szeroko. Za mocno, chyba, się szczerzę. Cholera, wyszło sztucznie, zaraz pomyśli, moja Niżyńska, że ją wkręcam, jestem nieszczery, chcę się przypoeby powtórzyć… POWTARZAĆ zajebisty, pijacki seks, kiedy tylko przyjdzie mi ochota. Czyli mniej więcej dziesięć razy na dobę, może nawet częściej., nie schodzić ze strychu. Z niej.
— Tylko tyle powiesz?
— No… nie… Dziękuję. Dziękuję. Jesteś cudoffffnaaaa…
Znów obejmuję, przyklejam się do ciągle walczącej z niesfornymi dżinsami Nuriejewki. Obmacuję ją, jak małpa z bluszczu, przylga, klejąca się, plastikowa łapka, przylepny, zabawkowy glutek.
Próbuje odepchnąć, kochanie, moja pierwsza na poważnie dziewczyna, największa miłośc, prawie krzyczy, że co, jeszcze mi mało, taki jestem niewyżyty, napalony?
A żebyś wiedziała, że tak.
I kładziemy się z powrotem na brudnych dechach. Próbuję opowiadać, co czułem podczas pierwszego razu. Słowa mi się plączą, wrzynają jedne w drugie. Język ewidentnie przestał się się słuchać właściciela.
— Dużo ich miałaś?
— Czego?
— Raczej „kogo”. Partnerów. Chłopaków wcześniej. Bo przecież nie byłem pierwszy…
— A, nieważne. Po co ci wiedzieć…?
— Aż, kurwa, tylu? Masz czternaście lat, jak ja…
— Piętnaście i prawie pół, debilu. Setkę, albo dwie. Nie liczyłam — może być taka odpowiedź? — nadyma się Nati.
Dobra już, dobra. Szkoda, że tylko jedną wódę… hep… miałaś. Najebalibyśmy się tak, że by nas nie odratowali. Romijoł end Dżuliet, zapici na śmierć w pustostanie… Piękna śmierć. Lepsza od dogorywania w pampersie po dziewięćdziesiątce… — rozmarzam się głupio, nieadekwatnie do sytuacji. Czuję, że wsiadłem do skorodowanej po sam dach wołgi 24 i jadę przez jesienną, skąpaną w rudych liściach alejkę. Gdzie? Do zimy, za zakrętem zderzę sie z najgorszą porą roku, samochód rozbije się o lodowego bałwana. I będzie po romantyzmie, kuźwa żesz mać. Wszystko co dobre szybko się… plącze. Komplikuje. Węźli… hep. Węzłuje. Gordyjsko.
— Tak ci spieszno? Poczekaj, sama przyjdzie.
— W… jak to nazwałaś? Autonomii?
— Po niej. Czy może raczej — pod nią. Autonomia jest zbyt wielka i … ech… nie zrozumiesz… niewyobrazalna. Niedefiniowalna. Wykracza poza śmierć. Depcze ją. Patrzy na nią z góry…
— Takie życie wieczne?
— Nie. Bardzo, bardzo — nie. Zimno. Mróz. Ale zgaduj dalej.
Uśmiecham się i chce odpowiedzieć „jak mi obciągniesz”, ale gryzę się w język. Za bardzo bym przychamił. Cholera, trzeba pielęgnować rodzący sie związek, czy co to w ogóle jest… Pucować przegniłą karoserię forda scorpio „jedynki”. Mieć nadzieję, że dojedzie się nim do wiosny. Choć to wrak bez kół.

***

Przestrzeń, która mnie wciąga, jest z włóczki i sierści, aksamitna i jednocześnie szorstka. Sztuczna i… mięsna. Żywa, choć co to za życie.
Nadal jestem w rodzinnym domu-sinicy, jednak w pewnym sensie… wyrwana? Ekstrahowana?
Amputowano mnie, zmuszono do nieobecności. Trwa sprawdzanie listy, a ja nie mogę się odezwać, w gardle mam kłębek wełny.
— Natalia Jurczuk?
Cisza. A więc mnie nie ma.
Siedzę przy stole, trwa lekcja techniki, mam wyciosać z drewna łódeczkę, dorobić jej maszt, a ja, jak idiotka, przyniosłam całą siatę niedokończonych sznurzaków… Jedynka się kroi, jak nic. Jeszcze ze trzy i przyjdzie mi powtarzać klasę…
Piotr siedzi w fotelu przed telewizorem. Pół-patrzy na martwy, nie włączony ekran, pół-drzemie. Rysy ma jakieś dziwne, zdecydowanie nie swoje. Jakby… kocie. No coż u diaska, pożyczył twarz od Fabiana, czy ja już kompletnie wariuję?
— I co — było uciekać? Tu nie jest tak strasznie… — zaczyna w końcu perorę rudo-biały wąsacz.
— To miejsce tylko dla nas. Chcesz — może być Piekłem, Rajem, opuszczonym, berlińskim parkiem rozrywki, ostatnim nie wyburzonym blokiem w Kłominie, atomowym bunkrem z czasów Zimnej wojny…
Przełykam ślinę.
— Tak samo ja: no, rzuć jakąś postać. Alladyn, Dustin Hoffman, Pani Doubtfire? Może — wezyr, jebany okrutnik? Wybierz kartę. Czarna — zostaniesz stracona, czerwona — tylko pocierpisz parę minut, posmażysz się na stosiku… — kotowaty wyciąga dłoń z tallią kart.
— A, sorry. Za dużo „Mistrza i Małgorzaty” — ogarnia się. Przybiera normalny, dość ludzki wygląd.
— Moja ulubiona książka… — uśmiecha się przepraszająco.
Nadal milczę.
— Jesteś czwar… nie — piątą osobą, którą tu zabrałem. Jedna, taka Emilka, wybrała damę kier. I poszła w łańcuchy. Łeb — położony na kłódkę — i jeb, jeb, jeb — pejczem. Zabawa na ostro. A ona — aż zęby wbija w korę i jęczy „błagam, przestań…". — Piotr zanosi się głupkowatym śmiechem (wiem — powinien oblakańczym, demonicznym śmiechem czarnego charakteru, on jednak rechocze jak bohater filmu Głupi i głupszy).
— Maryśkę, za asa pik, przybiło się do odwróconego krzyża. Że niby jakiś symbol, magia, coś związanego z religią, takie bzdety. I tak wisi, wisi. Dynda z dobre dwa dni — i ani myśli płakać. Twarda suka, nie skomli. Coż tu robić, myślę. No i na moment się zmieniłem w starucha, obleśnego żebraka z czasów, kurwa, średniowiecznych. Wągry na ryju, siwa broda, kępki włosów do pasa. Łysina do pasa. Łachmany. Dotykam ją, wkładam paluchy, a palce wtedy u mnie z o — takimi pazurami…
— Przestań… — nie wytrzymuję w końcu tych… bredni? Fantasmagoriad, które sama sobie oplatam? To, co widze, co gada, bredzi, majaczy, jest nietoperzem. Wykluł się z niedoleczonego haju i trzepocze, wali mnie skrzydłami w gały. Chce je wybić, oślepić mnie, sprawić, że będę jeszcze bardziej okaleczona…
— …aż jej się puściła krew. Cieknie, cieknie tak z góry na dół, do ust, po torsie, cyckach — a ona nic. Całą twarz ma okapaną — i nadal nie widać, by jakkolwiek to wpłynęło. Normalnie — stoiczka, mniszka buddyjska, bhikkhuni zamedytowana na śmierć, że kontaktu nie nawiązać…
Nie patrzę na piotrowidziadło, nie słucham go. Kieruję wzrok na okno. Swoje odbicie w szybie. Przypominam sobie słowa babci, która ostrzegała mnie — małą dziewczynkę, by nie wpatrywać się za długo, zbyt intensywnie w okno, zwłaszcza w nocy. Bo odbicie może się zmienić (staruszka nie znała najpewniej słowa „zmutować”), zamiast siebie, słodkiej parolatki, możesz zobaczyć, dziecko, najprawdziwszego diabła. „Tak, on wylizie z czarnego nieba, którego nie widzisz, bo go słońce nie oświetla, z nieba księżycowego… Ono ci przestawi całą twarz. Na diabelską…”.

Potem przyszły czasy nastoletniośi, pierwszych obejrzanych w telewizji, przaśnych i kiczowatych horrorów, jakichś w ogóle nie straszych Wilczyc… Ale ciągle, gdzieś w podświadomości nosiłam i noszę tę rozczulającą przestrogę dawno już zmarłej babci. Do dziś trochę boję się… może nie tyle samej ciemności, co tego, co mogłoby z niej wyleźć, wszelakich kosmatych, albo łuskowatych, pokrytych wrzodami, pazurzastych łapsk, tępego, zwierzęcego zła, z którym nie szłoby się porozumieć, ani go udobruchać, zła nieracjonalnego, drapieżnej, potwornej chęci rozszarpania mnie na kawałki, rzecz jasna — w męczarniach, wszystkich mutantów, deformantów, oślizgłych gremlinów, wampirzysk, maszkaronów, widziadeł…
Seryjni mordercy z horrorów nigdy nie działali na moją wyobraźnię, jak właśnie lepkie, kleiste, animalne, żywe gargulce. Zabójcy z piłami motorowymi, czy maczetami najzwyczajniej byli zbyt ludzcy, za bardzo człekokształtni, by budzić strach strachów.
...do tej pory, mimo, że jestem po czterdziestce mi nie przeszło, kompletna ciemność wywołuje ciary na grzbiecie, co najmniej poczucie niepewności. I choć oj dana, oj dana, nie ma szatana, a świat realny jest poznawalny — pewna cząstka mnie ciągle boi się produkowanych hurtowo przez wybujałą fantazję gadzin, krwiopijczych bestii, czających się w mroku kuriozadeł o czerwonych ślepiach, głowach koguta i żabich tułowiach.
Gdy schodzę do piwnicy, albo wynoszę po zmroku śmieci — jestem najlepszą współczesną bajkopisarką, mimowolnie tworzę takie opowiesciuchy, że Lars von Trier wymięka.
Teraz też — zawieszam się, próbuję skoncentrować na odbiciu, lustrzanej mnie. Wydobyć z niej rogi, spiczastą bródkę, małe wąsiki, płonówki, czy jakie tam jeszcze atrybuty ma morda pana Lucypra.
I jest, wyłania się, bestia spod ciemnej gwiazdy. Zwyrodnialec, gęba monstrum przenikająca moje rysy. Coraz wyraźniejsza. Edmund Kemper i Charles Manson w jednej osobie.
W lustrze-szybie odbijam się ja podszyta… Piotrem. Królem kier. Karo. Kartą „Kot” z talii-parodii kart tarota
Nigdy nie czytałam „Mistrza i Małgorzaty” więc nie wiem, co chcesz mi przekazać, sukinsynu. Lubisz zagadki? Dobra, teraz moja kolej. Jak ci zadam — to się nie pozbierasz.

Przenikanie się światła i sznurów — z czym to poWIĄŻESZ? Wyobrażasz sobie pętlę zrobioną z czarnej, nierozświetlalnej materii? W jaki sposób móglbyś się na niej powiesić? Spróbuj nakręcić o tym eksperymentalny film, najlepiej horror popularnonaukowy. Pracownik wod-kan objaśniający rzeczowo, spokojnym tonem, metody samobójstwa przy użyciu energii kosmicznej, edukujący widzów, jak najefektywniej przeciąć żyły kocimi pazurami.
Ty walczący z całym światem, ja — dzielna pani detektyw na tropie kryjących się w ciemności zjaw.
Ostatnia scena: my dwoje, w łóżku. Martwi, broczący czerwoną farbą. Fabian oblizujący sie ze smakiem.
No jak — wchodzisz w to?
„Opowieści z Purecrapii: nim rozblysnie świt”. Część pierwsza dziesięcioodcinkowej sagi. Budżet całej: osiem dwadzieścia plus VAT.


XIX. INWENTURA

Zielone pióro jest kapryśne, poznać jego zamiarów — nie sposób. Ale staram się, ciągle wygrywam walkę o kolejne słowo, centymetr, kroplę, obraz. Odsłaniam literkę i odgaduję hasło: TORTURY. Nowy prowadzący Koło fortuny, K.A.S.A., mruga porozumiewawczo do hostessy. Ładna, choć nieco zezowata Izabela Krzan otwiera kopertę z nagrodą. Wygrałem, jak się okazuje, bilet do opery na trwające jedenaście godzin, ostatnie dzielo Pendereckiego — „Dziewczyny są, aha, aha, gorące” (libretto, jak się nietrudno domyślić, napisał kolega po fachu pana prezentera, niejaki Norbi).
Zielone pióro pragnie doprowadzić mnie do końca książki/ na skraj wytrzymałości.
Jestem tu, gdzie byłem na początku. Od czasu prologu nie zmieniło się kompletnie nic: wentylator nadal międli swą obrotową mantrę, starą spiewkę bez słów i bez sensu, muchy latają w gestym jak miód powietrzu. Zaduch nie do zniesienia.
Stygmatoryka, najnudniejsza ze sztuk oświeconych, powinna być wykładana na uniwersytetach; obowiązkowo, dla kontrastu — przez ześwirowanych gostków z metalowymi płytkami wstawionymi, ZASTĘPUJĄCYMI połowę czaszki, pociesznych zabójców w stylu Chop Topa z drugiej części Teksańskiej masakry piłą mechaniczną.
Robię spis z natury, zbieram na kartce kompletne barachło: stare komputery, rzeczywistości, których się boję i za bardzo brzydzę, by umieścić w tej książce, fałszywych, ukrywających sie za żelaznymi marginesami przyjaciół od ognia, kieliszka, wrogów po piórze, zinfantylizowanych na maksa krytyków, krytykantów, ludzi-muchy zapieczone w chlebie, moich zaprzysięgłych czytelników, jak i tych, którzy przez cały swój żywot nie mieli kontaktu ze słowem pisanym, ludasów wyglądających na selfikach, podczas prób uśmiechnięcia się, jak napuchłe, wyciągnięte z wody trupiszcza, eseistów zmielonych śrubami motorówek, ich dziela zmielone wraz z makulaturą na papier toaletowy; niedojedzone gałęzie, wyrzygane wiosny, wypocone ze zmęczenia, pełne kaca, nabrzmiałe i skisłe jesienie, piosenki zespołu Psí vojáci, żyletki na ciele, żyletki w ciele, w piórze, w kociej sierści.
Słucham czeskiego rocka, a tymczasem Natalia, dorosła, budzi się z… rozlewiska. Tak — ocyka się z wizji-kałuży, najmniej logicznego snu, jaki można sobie wyobrazić.
Znowu kuchnia, banał, niedokończone żarcie. Zimno, bo matka wstała i, choć sama jest ciepłoluba — wyłączyła farelkę. Ma prawo, w końcu to jej siny dom, ona płaci sine rachunki, w tym — za granatowy prąd.
Telefon dzwoni. Boże — znowu Piotr? Nie dam się zastraszyć bydlakowi!
...nieznany numer. Kto może…?
Po drugiej stronie — placz. Z szarej lkalni, piwnicy, gdzie schodzi się, aby się wybeczeć, wywyć, dzwoni wielki nieobecny, Krzysiek. Wrzesczy dychawicznie (!!), że został porwany przez sektę łapiduchow i ich pomagierów — pielęgniarek, przetrzymywali go najpierw w kantorku na szczotki, gdzie kot, chyba Fabian, wyjadł mu dwie trzecie nogi, może uratował tym samym życie, bo już się wdawała martwica; teraz — zbytek laski, doprawdy, aż nie wiadomo kogo, gdzie i w co całować — przeniesiono go na prawie normalną, wieloosobową salę; pacjent z łóżka obok zlitował się nad bezkomórkowcem i pożyczyl na moment smartfona… Mam, MU-SZĘ przyjechać — apeluje chrypliwym błago — płaczem mój były-obecny facet.
Odpalaj drezynę — skomli — i przyjeżdżaj. Jak najszybciej, póki mnie tu nie wykończyli, krwiopijcy…
— Co wziąłeś? — pytam twardo.
— Nic, żeszkurwamaćbłagamuwierz… — jęczy głosem jak z second handu, wymiętym i niedopranym. Głosem kruszącym się, za bardzo odkażonym, przesterylnym.
— Dobra, dobra. Gdzie leżysz?
— (murmurando lzawe, połykanie smarków, siąkanie nosem)
— Nie pytam, na jakiej sali, debilu! W którym szpitalu…?
— Taki duży, zatłoczony… — kwili mój maly lobotomik.
Sprzeczamy sie przez chwilę, zarzucam Krzyśkowi, że jest nieodpowiedzialnym gówniarzem, kpię z jego nałożysk, w odpowiedzi zostaję nazwana — całkiem zabawnie zresztą — sardopsitką.
Próbuję sie poprzekomarzać, obrócić całą sytuację w żart, ale po ciągle rozpaczliwym tonie Krzycha słyszę, że zwyczajnie się nie da. On naprawdę jest przerażony i załamany.
Kolega ze „szpitalnej celi” upomina się o telefon, w tle słyszę podniesiony męski głos, prawie wyzwiska. Kończymy rozmowę dość gwałtownie, bez czułostek.
Cholera, trzeba otrząsnąć się ze snu i jechać na poszukiwania nieboraczyska. Mówiłam debilowi, prosilam, ostrzegałam, błagałam, by nie pił niczego na koncercie, kurwa — to tylko półtorej góra, godziny — a będzie musiał wracać ciemną nocą piętnaście kilometrów… Chyba nie jest aż takim maczałą, by nie móc się powstrzymać tych kilkadziesiąt minut przed kupieniem sobie kubeczka drogiego piwa, oprzeć sie pokusie wybulenia siedmiu — ośmiu zeta na dwieście mililitrów rozwodnionego wojaka, czy warki?
…jak się okazuje — niestety — jest.
Pospiesznie kończę robienie żarcia (Mareczek mógłby pomóc, ale skąd — znowu się gdzieś szlaja), zostawiam matkę samą, przed włączonym telewizorem. Mamę i Ibisza prowadzącego Czar par. Mamę gadającą do plastikowego ekranu. Plastikowego celebryty.
Zamykam oboje na klucz. Niebiesina za bardzo rzuca się w oczy, jakby prosiła się o kłopoty, wrzeszczała: „wejdź, zobacz, kto we mnie mieszka”. Tak dziwacznie oczojebny dom nie uszedłby uwadze nawet półślepym złodziejom, oszustom, fałszywym monterom nowych liczników prądowych, wodomierzy, przebranym za Cyganki, wróżącym z dloni i numerów seryjnych oszczędności naciągaczkom, polskim kurwom, które najchętniej, gdyby tylko leżało to w mojej gestii, skazywałbym na dożywotnie roboty w kamieniołomach.
Mikrula pyrka niespieszniutko, w radiu smęci Połomski, a mnie bierze na rozkminy egzystencjalne. Zmieniam się w Krzyśka (nie Ibisza, rzecz jasna!) — domorosłego filozofa.
Naszą cywilizację stworzyły inteligentne, dwunożne, bezwłose małpy, tak? A jak wyglądałby, dajmy na to, świat według żuków-gnojotoczków?
Próbuję sobie wyobrazić te miasta z nieczystości, wieże Babel, drapacze chmur sklecone z ekskrementów… sztuczne satelity wysyłane w przestrzeń kosmiczną przez rozumne, koprofilskie owady. Gnowowy kosmodrom.
Prowadzę mechanicznie, zatopiona w durnych myślach. Mój idiota znowu coę go ratować, robić za mamuśkę. Biedny, pocieszny pajac.

***

Myśli od anonimowego dawcy, obrazki pozbawione logiki, które czuję, że mam obowiązek rozumieć.
Niesklejalność, wymuszone ćwiczenia z nieprzystosowania społecznego. Szamotanie sie z rzeczywistością, nie tyle bunt przeciw niej, co… ech, czort by to.
Nie dalej, jak cztery godziny temu dwóch rosłych sanitariuszy wyciągneło mnie razem z materacem (!!) z klitki, powleklo korytarzami przeciskając się przez tłumy pacjentów, do sześcioosobowej sali-bunkra, może laboratoryjnej komory doświadczalnej. Zamknięto pancerne (!!) drzwi. Zaryglowano na siedemdziesiąt spustów.
Przedostatni seans w grożącym zawaleniem niemym kinie: ja, arogancki i krzykliwy zmarszczak, który raczyl mi pożyczyć komórkę, a parę sekund później, kipiąc z wścieklości domagał się jej zwrotu, trzęsąc się, jakbym mial zamiar ją zjeść, albo wepchnąć sobie w tyłek (teraz śpi, chamidło), chudeusz z łóżka pod oknem, młody i z wyglądu średnio sympatyczny typek, krętacz-nie krętacz, coś jakby polączenie cwaniaka z gamoniem, taki oszust, który zawsze wpada, złodziej zatrzymywany na gorącym uczynku, pryszczaty pyzatek o kartoflanym nosie i jedno wolne, czekające na kolejnego więźnia łóżko.
Smutno i parszywie w naszym parterowym lochu, od każdego bije chłód emocjonalny (ode mnie r?). Cisza tak wielka, że slyszymy bicie swoich od dawna martwych serc, prąd przepływający przez wylączone neurony. Iskry w martwych pecetach.
Mam wrażenie, żo odbywamy karę dożywotniego pozbawienia. Wolności, rozumu, wszystkiego po trochu. Właśnie, poprzez umieszczenie nas w szpitalnym mamrze, obrano nas niejako, niczym owoce ze skórki. Wgryzły sie w miąższ, esencję, spróchnialymi zębiskami, łapiduskie kurwisyny.
Opublikowany: 22-09-2019 12:37 przez: floriankonrad
Dodaj komentarz
Właściciele serwisu nie odpowiadają za treść umieszczanych utworów i komentarzy. Wszelkie uwagi prosimy kierować bezpośrednio do ich autorów. Wszystkie utwory i komentarze zamieszczone na stronie podlegają ochronie. Zabrania się ich kopiowania, przetwarzania lub rozpowszechniania bez zgody autorów.
Komentarze (1)
Natalka mnie zmęczyła, nie doczytałam do końca.
11-10-2019 19:37 wre... [Link do komentarza]
(c) 1996-2019 by SOKARIS, http://www.sokaris.pl
Strona wygenerowana w: {_Chrono} s