literacki serwis recenzencki e-poezja
(wersja serwisu: 0.10.21 z dnia: 06-05-2016)
(c) 1996-2019 by SOKARIS, http://www.sokaris.pl
Załóż konto
lub
Zaloguj się


Do przeglądania polecamy:


FireFox Web Browser
Wiersz z listy autora o pseudonimie floriankonrad
<< Poprzedni wiersz tego autora Następny wiersz tego autora >>
Pokaż wszystkie wiersze tego autora Dodaj do ulubionych
Bezstratne cz. 11.
Żują nas powolutku, nie spieszą się, by przelknąć. Tortura ma się przedłużać w nieskończoność, do oporu. Aż zostanie z nas miazga. Czyli — być może — nigdy. Kara śmierci orzeczona przez ratowników medycznych została nam zamieniona na dożywocie bez prawa do apelacji.
W emaliowanych talerzach kiśnie i tak kwaśna pomidorówka. Nieliczne muchy kończą swój lot w plastikowych kubkach z cienką herbatą. Absolutny brak cukru, zresztą — w naszej sytuacji to i lepiej. Po kiego osładzać sobie czymkolwiek pobyt w Piekle? Tu musi być twardo, ostro, bez jakichkolwiek udogodnień… W zasadzie dziwię się, że nie dano nas na gole dechy, albo nie leżymy na madejowych łożach przywiązani drutrem kolczastym. Że mimo wszystko karmią nas, oprawcy, poją.
...naprawdę są aż takimi bestiami że chcą, abyśmy tu cierpieli przez lata? Zgroza.
Pełna izolacja od świata zewnętrznego: nie widać, nie słychać, co się dzieje w wielkim Poza. Może nadeszła słotna polska jesień i mrzy pieprzony bury deszcz, może jest już zima?
Cud, że nie pozabierali nam komórek… Mimo to nie dzwonią nigdzie, otępasy otępiałe, jakby pogodzili się z losem, przyjęli ze spokojem zwierzęcia potulnie prowadzonego na rzeź, niesłuszny — jak się domyślam — wyrok…
Nadal nie mogę się poruszać, o wstawaniu… ech… przesadzilem w rozmowie z Natalią, podkoloryzowałem ciuteńkę. Kocisko nie wyjadło mi jednej trzeciej nogi, no ludzież — bez przesadyzmu!
Gira — może się wygoi, mordercy-eksperymentarorzy w kitlach wstawią mi nowy kręgosłup, przeszczepią od jakiegoś umarlaka, albo zwierzęcia i zmienię się w istotę niedwunożną, będę się poruszać na czworaka…
Psisko ogrodnika od telefonu — chyba zasnął odwrócony twarzą do poduszki. Może planuje w ten spodób uciec, udusić się i wybrać ostateczną, nieodwracalną wolność od zasuw, krat, cel? Heh, nie wyglądał na aż takiego desperata, ale ostatnio niczego nie można być pewnym… Oddycha, więc chyba (jeszcze!) żyje. A może to już agonia…

***

— Nie ogarniam… To wreszcie — chcesz być moją dziewczyną, czy nie?
Mała, wódczana Natalia nie odpowiada. Uśmiecha się głupkowato, zabocianowana na amen. Gorzała sprawiła, że jej mózg odleciał do ciepłych krajów i wszystko wskazuje, że nie ma najmniejszego zamiaru wracać. Właścicielka-nosicielka pozostała niczym porzucone gniazdo. Dziewczyna o niezasiedlonym umyśle, laska, której łeb to pustostan, tak zdewastowany i zagrzybiony, że nie chcą w nim nawet koczować bezdomni. Nikt tu nie przychodzi, by mazać graffiti na ścianach. Głowa nie jest nośnikiem jakichkolwiek informacji, tagów, rysunków. Jakoś to się nazywa… „kart blansz”?
Próbowałem zczłapać z drabiny, ale sam nie czuję się pewnie, jeszcze, kuźwa, zlecę po stromiźnie, ta — umrze z przepicia i znajdą nas za miesiąc, na węch, psy do szukania rozkładających się zwłok.
Trzeci raz liżę. Całuję. Macam. Gumowo. Nati ma to kompletnie gdzieś. Autonomia i anatomia — pieprzy od rzeczy. Jej stary przewidział… raz — koniec świata, dwa — zrobił listę tych, którzy go przeżyją… Oddzielił sprawiedliwych od kainowego plemienia…
Matka wpieprzyła siłym popierdoleńcem. Piter i spółka — to jakaś sekta eshatolog… no, naciągająca ludzi na bajki o zbliżającym się potopie, czy komecie… Skurwiele wyłudzający ostatni grosz od przerażonych ciołów.
…taaa, spadnie na nas, ale, kuźwa, latający spodek, z którego wybiegnie szwadron Jezusów z blasterami. I będzie armageddon, jak w filmach.
Krzysiek ma rację — Boga, jakiegokolwiek — nie ma. Chyba. My, ludzie ich stworzyliśmy, powymyślaliśmy. Żeby nas żarły, torturowały. Aby było na kogo zwalić winę za cały ten ziemski syf, choroby, wypadki, nieszczęścia… Naiwność — to dopiero kataklizm… A matka, jak durna owca, wiąże się z oszustem. Obgoli ją do gołej skóry, co do zeta. W najgorszym razie — stracimy dom, wylądujemy z długami pod mostem.
...no jak, Nati — zaleje nas Eufrat, Jordan, Tygrys, Ganges? Ale spoko, nie ma się co martwić, twój tatuś-cudotwórca na pewno przysupermeni, przebierze sie w czerwoną pelerynę i uratuje cały świat… Za drobną opłatą, oczywiście. Jedyne trzysta tysięcy złotych, może więcej. Co to jest? Grosze, drobniaki na piwo, a nie godziwa zapłata za taką akcję…
Rozbieram półprzytomną, niedoszłą dziewczynę. Nigdzie nie pójdziesz, dopóki…
Rozpinam rozporek.
— No przecież chcesz…
— …zmiefrzające ku nam… Fszyscy utoniemy w Auto…
— Possij go. Tak, jak lubisz.
Dotykam nim do warg. A tylko spróbuj ugryźć!
Przesuwam czubeczkiem po podbródku, szyi dziewczyny. Zajebiście podnieca mnie, że jest jak manekin, w zasadzie nie kontaktuje. Mogę z nią zrobić cokolwiek, upokorzyć na sto sposobów, wepchnąć butelkę, aż po samo denko, włożyć pięść, albo nawet dwie, rozepchać… Aż by pękła, mała, zakłamana suczka.

Bierze ostrożnie do ust. Najpierw główkę. Ciągle nie mogę uwierzyć, że to się odpierdala naprawdę, nie jest siną kreskówką oglądaną na sinym kompie w domu babki…

***

Osowiałe gmaszysko. Smutny, wiecznie znudzony mops — tak można w skrócie opisać bryłę szpitala imienia dra F. Ryfenmeyera.
Półprzymknięte powieki-rolety, obwisłe schodziska-wąsiska o zardzewiałych poręczach, zdezelowany pseudopodjazd dla wózków, ubytki w kostce brukowej, dziura na dziurze, przepaść, rozpadlina finansowa, zapaść polskiej służby zdrowia… Budynek, któremu nie pomogłaby chyba reanimacja. Kulkę w łeb, wyburzyć i na jego miejscu zbudować coś na miarę choćby dwudziestego wieku… Unia Europejska, niby, a na wschodzie Polski, jakby nigdy nic, stoi sobie koślawa, dobrze jeszcze, że nie podparta stęplami, ale chyba na to się zanosi w niedalekiej przyszłości, pokancerowana przez czas biedaszpitalina. Równie piękna i nowoczesna, jak nasze drogi. Przedmiot dumy, ozdoba całego kraju, ba — kontynentu! Patrzcie, durne Francuzy, Pepiki, Niemiaszki — nie macie takich autostrad, centrów medycznych, poliklinik, jak my!
… — biorą mnie mdłości, dopada ciężki rozstrój żołądka jak widzę takie „kfioty”. Gdy zawieszenie w micruli znowu ledwie zipie, wytłuczone na lejach, wyrwach, hopach. Gdy każda dłuższa podróż jest jak rajd po bezdrożach, na dodatek — miejskim toczydełkiem, a nie terenówką. Z pododu stanu dróg powinniśmy dostawać zniżki na naprawę zawiechy, rząd — partycypować w kosztach… Albo chociaż darmowe OC, czy inne ulgi, na przykład nie płacić mandatów za przekroczenie prędkości, bo to przecież zabójstwo dla naszych samochodów, po co dodatkowo karać tych, co świadomie rozpieprzają swoje auta? I tak bekną, i tak zabulą za swoją głupotę, w warsztacie.
Chcesz jeździć szybko po takim serze szwajcarskim? To auto ci się stanie skarbonką bez dna, durniu, sam siebie ukarzesz.
Parking — zatłoczony, że szpilki nie wbić. Korci mnie, by zaparkować na miejscu dla inwalidów, ale się powstrzymuję. Objeżdżam kolejny raz, krążę, kluczę, czaję się. Wreszcie — wyjeżdża babsko w megance. Staję między golfem, a jakimś japończykiem.
Pogoda — coraz gorsza, wygląda, jakby miał spaść deszcz, grad, żaby, szarańcze, zbrylone, zlodowaciałe chmury, pokruszone tęcze, jakby kredowo białe, sterylne niebo szykowało się do upadku, drżało, kołysało się w posadach.
Odruchowo stawiam kołnierz i kulę się, chowam głowę w ramionach. Niby nie ma się czego bać, ale… jesień bywa zwodnicza. To w zasadzie zima w zbyt ostrym makijażu, trup udający kogoś, kto ma przed sobą długie, owocne życie, zaczął nowy etap, odkrył w sobie talent, albo nową pasję, zapisał się na kurs garncarstwa, kreatywnego pisania, czy origami, uczy się układania kwiatów w wymyślne bukiety, ikebanozy.
Jesień to najbardziej fałszywa ze wszystkich pór roku. Kłamie że ma puls, nieudolnie maskuje plamy opadowe.
Młody wspominał o starych samochodach, ale nie słuchałam. Może coś w tym jest… Niedurne porównanie…
Antyaparysyjny robot pielęgniarski wklepuje do komputera dane Krzyśka.- Jest taki — oświadcza głosem jak z waty cukrowej — ale to najpierw trzeba się skontaktować z panem ordynatorem. Bez tego nie mogę wydać przepustki.
— Jakiej…?
No chyba śnię. Majaczę ponad dobę. Gdzie oni go trzymają… Miał chyba rację…
— Doktor Staszewski, ma pani szczęście, dziś będzie. Po siedemnastej trzydzieści. W praktyce — gdzieś około ósmej wieczorem — pielęgniarka o wyglądzie machiny próuje się uśmiechnąć. Machinalnie, rzecz jasna.
Znowuż kamienieję i dębieję na raz. Skamieniała i zdębiała, jak drzewo-głaz, lodowatym tonem cedzę, że nie po to tłukłam się taki kawał, by odbić się od zamkniętych drzwi, albo wysiadywać na korytarzu nie wiadomo ile godzin, mam matke obłożnie chorą, do tego z zaawansowaną demencją, zostawiłam ją zamkniętą, rozumie pani — samą w domu, to podbramkowa sytuacja, do cholery, proszę że o choć odrobinę wyrozumiałości, ludzkiego, kurwa, podejścia, iem — co pani może, jak pani nie lekarz, to choć mnie proszę skierować do kogoś kompetentniejszego, no nie wiem — praktykanta, rezydenta, studentki medycyny, która by była uprawniona do wglądu w karty choroby mojego partnera… konkubenta, to jest — narzeczonego. Nie jestem osobą obcą, proszę go spytać; prawo prawem, przepisy swoją drogą, ale nie ma co być nieludzkim, zasłaniać się paragrafami, jak on może, NA PEWNO jest w ciężkim stanie, podobno dwa samochody przejechały mu po twarzoczaszce, klatce piersiowej, może kończy się, nie ma komu podyktować ostatniej woli; co do jasnej żesz choroby — ofiara wypadku jest pod kluczem, przechodzi kwarantannę? Z kim on się zderzył — z ciężarówką przewożącą próbki nowych odmian czarnej ospy, kiły mózgowej, nowych broni biologicznych? Co się na niego wylało — cysterna odpadów radioaktywnych? Nie? To proszę mnie do niego zaprowadzić, jestem prawie żoną, na dniach miał się oświadczać, sam przyzna, o ile nie jest w stanie wegetatywnym, może się kontaktować choćby ruchem gałek ocznych; no co z nim, do kurwy, jest tu jakiś lekarz, podordynator, w czym rzecz, babo, gadaj — błąd w sztuce? Mieliście opatrzyć rany, a przez pomyłkę wycięliście nerkę, zaszyliście mu w brzuchu skalpel, dwa, chustę chirurgiczną? Żyje w ogóle?! — nakręcam się, z każdą chwilą perory jestem bardziej rozdygotana. Emocje biorą górę nad zdrowym rozsądkiem. Potęguje je kamienny spokój drętwicy, jej ospała, wręcz flegmatyczna artykulacja, niemrawość ruchów. Jakby nażarła się tabletek uspokajających, przedawkowała je czterdziesty dzień z rzędu.
Gdybym trafiła na wrzaskliwą harpię w typie przekupy — już dawno pyskówa przeszłaby na wyższy level, skończyłoby się na rękoczynach, od paru chwil tarzałybyśmy się po podłodze wyrywając jedna drugiej włosy, garściami.
— Zo-ba-czę-mo-że-dok-tor-Saw-czuk-pa-nią-przyj-mie — skanduje wręcz, duka, jakby czytałą z kartki tekst napisany w języku, którym średnio włada, robo-siostra robo-miłosierdzia.
Podnosi od niechcenia słuchawkę, łączy się. Mruczy coś konspiracyjnie, jak najmniej wyraźnie, żebym, nie daj Panie, nie zrozumiała chociaż słowa.
— Pro-szę-po-cze-kać-na-ko-ry-ta-rzu — ożywia się nieco — u-siąść.
Z nozdrzy lecą mi iskry, w oczach gotuje się rtęć i płynna guma. Zamiast zębów mam strzałki popiorunowe. Siadam. Studzę się. Tak niewiele dzieli mnie od eksplozji, totalnego wybuchu, od wysunięcia kłów jadowych i zatopienia ich w szyi wielkiej, mruczącej konspiratywy, lalki.
Sznur ludzi (grubości cumy do przywiązywania tankowców pod supermarketem — próbuje mi się śmieszkować, w rozpaczliwy sposób staram się rozweselić, spuścić z siebie gorącą parę, ochłonąć z megawkurwu) kolei się w kolejce do wodpopju. Najzwyklejszy automat z mineralką jest na tej pustyni traktowany jak zdrój wszystkoleczącej Wody Żywej.
Za oknem — kasztany z gałęzi zwiewa lodowaty wiatr, szaruga jak sto czortów, a tu — duszno, wręcz nie ma czym oddychać. Nachuchane przez ludzi, nakasłane. Zasmarkany klimat, w powietrzu tańcują hordy zarazków, wirusy wywijają obertasy.
Człowiek prawie włazi człowiekowi na plecy, ramiona, taki tłok. Złamania, zwichnięcia, poparzenia, wszelakiej maści egzemy, obrzęki, opuchlizny, skoliozy, kifozy, retinopatie wcześniacze, późniacze, całe stada wnoszonych na rękach przez żony, zięciów, córki paralityków, powylewowców.
Okropne miejsce. Od patrzenia na ogrom nieszczęść nastrój znowu zaczyna mi siadać, parszywieję zarażona wizualną grzybicą. Obłażą mnie wszy, mendeweszki, czarne, depresjogenne mrówki-gryzoludki.
Wyobrażam sobie terrorystę-czyściciela, młodego adepta bomberstwa, może fana Brunona Kwietnia, eleganckiego gościa, co swego czasu zamiarował wysadzić Sejm, chłopaka, który naoglądał się za dużo Leona Zawodowca i postanowił — zbyt dosłownie — oczyszczać świat. Nie z parchów, gangusów, dilerów, narkotykowych baronów, ale z chorób, wypalać je żywym ogniem.
Idzie w tłum, wielbiciel fajerwerków, nie rewidowany przy wejściu, nie zatrzymywany przez nikogo. Wtapia się, wlepia w błocko, wkleja w dziurawy (jak niemal wszystko tutaj) mur pleców, głów. Wkłada rękę pod sweter i wciska guziczek. Bęęęęęęęę! — setki chorób rozlatują się, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, następuje superanihilacja wirusów, kolonii pleśni, bakterzysk E. coli, anemic, laseczek odmy wątrobowej, motylic bezskrzydłych. Odkażanie ran goracym żelazem, wypalanie śmierci, aż po kość. Zwęglenie szpiku, zmiana kwi w popiół, zastygłe, lawowe błoto.
Rejwaszek nagle; ni z gruchy, ni z pietruchy, rozstępuje się Morze Niedognite. Ludzie rozchodzą się na boki, wręcz wciskają w ściany.
Król, bóstwo, albo choć bożyc, syn jakiegoś stwórczyska, cysorz, co ma klawe życie, raczył zstąpić pomiędzy ziemiany i idzie po korytarzu zadupnej szpitaliny.
Gangrenostrefa, gdzie zwyczajnie nie można, nie da rady się nie rozpadać, być żywym, albo chociaż strwarzać takie wrażenie, pozory niestrupieszczenia, nie zeschnięcia się, nie rozpływania w strużkach czarnej mazi.
Ludzie, w jednej chwili skarlali i zlilipuciali, przeistoczeni w ćwierćkrasnoludki, zginają się wpół przed majestatem. Facet jest młody i w jego wyglądzie nie ma nic z dostojności i powagi, gdyby nie kitlo-peleryna, za nic nie wzięłabym go za lekarza. Ubrany w młodzieżowe, luźne, rozwlekłe, skejtowskie ciuchy sprawia wrażenie ósmoklasisty — wiecznego imprezowicza, ciołko-kretyna-duszy towarzystwa, zblantowanego brata-łaty, kumpla każdego po trochu.
Fizjognomia pana podłapiduszyny, starszego receptowego — pełna sprzeczności: niby kruczoczarny brunet, jednak z paskudnymi przebłyskami rudości, rysy — niby ładne, przystojny sukinkot, jednak żeby mógł być fotomodelem, trzeba by każde jego zdjęcie tęgo obrabiać w fotoszpie, bo cera siakaś nie teges, cętkowaty gnojek, piegowaty, opieprzykowany ponadnormatywnie, z jednej strony — jest wysoki, postawny, metr dziewięćdziesiąt parę jak nic, z drugiej — utyka, jedną noge ma, albo udaje, że ma prawie sztywną (stylizuje się na doktora House’a, czy co?).
Medyk nad medyków, darzony czcią nabożną, estymą przez nieoświecone hałastry profanów, niemal przyklękających na jedno kolano i żegnających się, jakby doznali właśnie objawienia, sam archanioł Gabryjel zwiastował im, że wszelakie grzechy i choroby zostaną im odpuszczone, porodzą w bólach synów, córki, kamienie nerkowe, a kiły, pląsawice i stwardnienia zanikowe boczne na które cierpią miną w jednej chwili; ten nie tyle lekarz, nawet nie cudotwórca, co władca czasu, materii, przestrzeni, wszystkiego, co żyje albo i nie, podkuśtykuje do mnie, niegodnej, bo czekającej na swą kolej żałośnie krótko. Mija wystających od rana paralityków, trędowatych, leżących na marach mięsakowców w ostatnim stadium AIDS i, cienkim, mało męskim głosem pyta:
— Pani od tego Krzysztofa?
Podnoszę wzrok, trochę zatopiona w myślach. Ogień mi w oczach krzepnie, ich blask — ciemnieje.
— T… tak… — dukam po przedszkolnemu.
— Chodźmy zatem.
Idziemy zatem. Przedzieramy się przez dżunglę torsów, rąk, ud, bioder, rozpychamy pomiędzy cierpiętnikami, którzy, chyba ze złości, że to nie ich raczył zaszczycić rozmową pomazaniec Eskulapa, ścieśniają się, zbijają w ciżbę, tworzą sztuczny tłok. W tłoku.
— Gdzie on jest? Mogę go zobaczyć? — niepokojąc, że nie idziemy na oddział, młody potomek Hipokratesa kieruje się do drzwi, na których widnieje tabliczka z zawijasowatymi, mało czytelnymi literkami „POKÓJ LEKARSKI”.
— Zaraz, zaraz. Nie tak hop, hop. To nie takie proste, jak się może wydawać.
— Taaa? Niby czemu? Tak źle z nim? No co — zmarł, jest na OIOMie, w prosektorium, studenci ćwiczą na nim sekcję zwłok, umiera, dogorywa, już został skremowany?
— Bez nerwów. Żyje pani brat, żyje.
— To nie jest mój… Za miesiąc mieliśmy brać ślub…
— Nie wnikam, wasza sprawa.
Puszcza mnie przodem. Wchodzimy do przestronnej „sali konferencyjnej”. Długi, szeroki stół, obite czerwonym gąbko-pluszem, dość zniszczone krzesła. Niewiele więcej: pod ścianą — stolik kawowy, na nim — otwarta paczka Sati melange rouge, szklanki, elektryczny czajnik. I tyle, całe wyposażenie pokoju lekarskiego.
Siadam najbliżej — jak czytam z plakietki — Mariusza Sawczuka, neuro-coś-tam-chirurga.
— Powiem tak: sytuacja jest niezwykle poważna — zaczyna kumpel po fachu Galena zatapiając nos w kartach choroby. Wertuje, czyta, zadaje się — wnikliwie, drapie się w policzek.
— Pani syn, przepraszam — brat — doznał skomplikowanego złamania podstawy czaszki. Z przemieszczeniem. Kolokwialnie mnówiąc:: prawie mu ta czaszka wypadła z zawiasów przykarkowych; niewiele brakowało, a zupełnie oddzieliłaby się od reszty ciała. Do tego, jak widzę — trzy krwiaki podhipokampowe, stłuczenie płatów czołowych, bruzdy S-trzydzieste — pogłębione, niezauważalnie, ale to zawsze zły prognostyk, może zwiastować łe problemy z wysławianiem się, na razie z pacjentem jest zachowany kontakt logiczny, słowny… Taaak… — głaska się, mistrz skalpela, po koziej bródce — Żebra — w porządku, nastawione, z trzecim były problemy, konieczne było użycie naciągów, ale naskoczyło… taaak… naskoczyło… Tomografia komputerowa nie wykazała istotnych zmian w obrębie kopii zapasowej, tam wszystko w najlepszym porządku, w razie zwarcia będzie z czego odzyskiwać wspomnienia, bez obaw — demencja w żadnym razie mu nie grozi.
— Czego, przepraszam?
— A, nieważne, nieważne… — wyraźnie peszy się neurochirurdżyna.
— Co on ma — drugi mózg?! — nie ustępuję.
— Powiedziałem: nieważne. Każdy ma. Mniejsza o to. Najistotniejsze — najbliższe dni pokażą, w jakim stopniu doszło do uszkodzenia kręgosłupa. Czy rdzeń kręgowy nie przerwany. Na razie jest za wcześnie, by wyrokować. Klamry muszą wrosnąć na stałe, niejako ukorzenić się, narządy wewnętrzne — osiąść na nich, bo w dalszym ciągu są niestabilne, półprzemieszczalne. Ustabilizowaliśmy je w takim stopniu, w jakim to było tylko możliwe, operacja — jak czytam — trwała od dwudziestej pierwszej do szóstej siedemnaście rano, wie pani, ile jednostek krwi trzeba było…? Ale przeżył, taaak, przeżył… Unieruchomiony, w pasach, aby się nie rozruszał, heh, za bardzo, bo całą robotę by popsuł. Zwykle takich daje się w śpiączkę farmakologiczną na co najmniej tydzień, czemu ten nie poszedł — przyznaję — nie wiem, taaak, niejasne jakieś… Środków uspokajających — cała masa, samej Nehocyny — ponad piętnaście koma dziewięć… Serce mu jeszcze wysiądzie i trzeba będzie z nowego zestawu dobierać… To był naprawdę ciężki wypadek, musi mieć pani świadomość, że mało kto przeżywa czołową kolizję z kombajnem, by nie powiedzieć — przejechanie przez niego. Zwłaszcza jako pieszy. Pan Krzysztof może mówić o olbrzymim szczęściu, wręcz cudzie.
— Ja… kim… kombaj…?
— Chce go pani zobaczyć, jak rozumiem? Obawiam się, że to nie jest najlepszy moment na wizytę. W ciągu najbliższych dni pacjent będzie pod działaniem silnych lekarstw, możecie się państwo nie porozumieć… Będzie majaczył, opowiadał niestworzone historie, albo i w ogóle pani nie pozna, lub weźmie, dajmy na to, za zmarłą matkę. Może mieć pani pewność — robimy wszystko, co w naszej mocy, by…
Z nerwów zaczyna mi huczeć w głowie, przed oczami kolorowe świetliki, owadzi zespół ludowy tańczy mazura. Mroczki. I znów błyskooberki.
— ...ma zapewnioną najlepszą możliwą opiekę… Przepraszam — doktorzyna odbiera komórkę. Przez chwilę biję się z myślami. Gonią jedna za drugą, zderzają się. Co ten idiota wygadywał?!
— ...idę już. Sekunda. Proszę tu zaczekać — zrywa się, prawie wybiega, informatyk podczaszkowy, tracheo-Bill Gates, koleś od włączania ludziom drugich, utajonych mózgów, odczytywania z nich kopii zapasowych. Albo się przesłyszałam, albo…
Wgapiam się w wiszący naprzeciwko mnie portret. Czarno-białe zdjęcie w oszklonej, ozdobnej ramce. „Profesor Bogusław Zinn-Krajewski (1906 — 1978)” — głosi podpis.
Patrzę w zmętniałe oczy od dawna nie żyjącego mężczyzny. Sama mętnieję. Szpital czubków, czy co? Chyba zaraz dostanę ataku migreny, migotania komór, albo czwarty, ósmy mózg wypadną mi z zawiasów i wytoczą się przez nozdrza.
…a mówiłam — Krzysiek — uważaj na siebie!

XX. DEMENCJATYWY

— Ale piździ! — ledwie wychodzę z rudery — dostaję prawy sierpowy w twarz. Od wiatru. Wygwizdówa straszna.
— Nom — Nati przytula się. Też się trzęsie. Ciągle czuję od niej sól, teraz — jakby cięższą, bardziej lepką. Zmieszaną z moją śliną i spermą. Sól z oddechem, z pocałunkami.
Spaskudziłem ją, otagowałem. Podpisałem swoją laskę, zapachem. Jak zwierzę. I zajebiście dobrze.
Z trudem zleźliśmy ze strychu, nie pozabijaliśmy się. Idziemy jak dwa pojebane pajace, na ukos. Wężykiem.
— Gdzie cię odprowadzić?
— Zostafff… Na przystanek. Za piętnaście trzecia będzie autobus do… Będzie, zobaczysz.
— Kierowca cię nie weźmie w takim stanie.
— Łaskę, kurwa, robi? Pekaesy plajtują, nikt nie chce jeździć w smrodzie ropy i spalin trzydziestoletnimi autosanami, ludzie pokupowali samochody. Niech mnie cmoknie — o! Niech mi wyliże, błaga, żebym wsiadła! …będę chyba rzygać. Albo nie. Czekaj, stop, no!
Zgina się w pałąk, moje bejbe. Pawiuje w krzaczorach. Sprejuje gałęzie na bladoróżowo.
— Musi wziąć, dzięko — khe! ...dziękować, że ktokolwiek chce wyjebać choćby dwa zeta na bilet. A jak nie — to złapię stopa.
— Stary by nie przyjechał?
— Dzisiaj w robicie do późna. Zwiedza katakumby Restliwej Góry. Jakaś większa awaria kolektora, chyba coś wywaliło aż na Zapoharzu… I myślisz że co — pokażę mu się w tym stanie na oczy? Zabiłby… „Muszę to przespać, przeczekać, przeczekać trzeba mi…”
— „A jutro znowu — pójdziemy na strych…” — podejmuję melodię.
— Zapomnij.
— Czego?
— Muszę czekać. Jest coraz bliżej.
— Co? Ciotę bedziesz miała?
— No debil, kurwa! Au-to-nom-ia!
…a ta znowu swoje, pijacką śpiewkę… Bocian zasrał jej pół łba.
— ...chwila. Matka.
Odbieram telefon. Najnowsze info z kraju i ze świata: opierdolek, gdzie się szlajam do tej pory, mam w tej chwili wracać do domu, babcia sama została, z Krzyśkiem źle, miał wypadek, lekarz — hydrocefał totalny, naściemniał bzdur, może myślał, że ma do czynienia z kompletną ignorantką, której jest w stanie wmówić największe kretynizmy, by było z czego się potem pośmiać z kolegami; mam iść na zakupy, pieniądze — wiem, gdzie są. Prawie wszystko się pokończyło, w lodówce — puchy, jak u starego kawalera, a niech tylko spróbuję wydać więcej, jak trzydzieści zeta… Nie wie, kiedy wróci, czeka na lekarza-chama, by się pokłócić, nie da z siebie robić idiotki, okłamywać w żywe oczy to może swoją matkę, a nie bliskich pacjentów, dostanie, no co za buc, taki opeer, że się odechce żartów, co ona — jego kumpela od kieliszka; za takie dowcipasy sąd koleżeński powinien przykrochmalić…
Wysłuchuję wykładu. Rozłączam się. Nagadała, natrukała pełne ucho. Pół minuty rozmowy, a jakby się wracało z godzinnego koncertu, albo występu nieśmiesznego stand-upera, co myśli, że jak szybko, agresywnie ponawija — będzie jak Dave Chapelle.
Nati się rozmywa. Dosłownie: nagle jestem sam na ulicy. Przy obrzyganych krzakach. Nawet nie zdążyłem pożegnać się w miarę kulturalnie.
Kutas mnie boli. Z przepracowania, he, he. Pierwszy raz ever.
Jesień, wrak opla kapitäna prowadzony przez szkielet, karawan pogrzebowy na bazie smarta, truchłowóz do przewożenia psów, kotów, papug, świnek morskich i chomików na cmentarze, mały złom z dosztukowaną budą na padlinę. Piękna pora roku.
Kończy się walentynkowy sierpień, miesiąc zakochanych, za dwa tygodnie spadnie pierwszy śnieg. Pogoda nie pierdoli się ostatnio, arktyzuje się. Do szkoły, jak tak dalej pójdzie, będzie się jeździć saężonymi w renifery…
Straciłem cnotę z przyszywaną siostrą-szwagierką na dachu audicy osiemdziesiątki, bez kół i szyb.
Pękają łupiny kasztanów. Małej Natalii nie miało już co pęknąć.

***

Zamiast bezmózgowca Sawczuka, do pokoju, agresywnie, jakby miał zamiar kogoś tu pobić, może mnie, może oklepać Zinna-Krajewskiego, stłuc mu z gęby starczy i pomarszczony, szklany uśmiech, połamać ramkę okalającą głowę, wchodzi kolejny lekarz. Nastepny świrus-zgrywus?
Chyba nie, na wstępie przeprasza, że musiałam czekać, taki tu kocioł od rana, że nie wiadomo, za co się złapać, nagły atak jesieni, więc jak co roku — istne pandemonium, eksplozja chorób, widziałam zresztą sama, co się na korytarzu dzieje…
— Do rzeczy — cedzę. Wzbiera we mnie, gotuje się, zaraz wykipi czarna, wrząca energia, rozpacz z bezsilności pomieszana z największym wkurwieniem, jakie jest sobie w stanie wyobrazić człowiek. Z nieartykuowalnym wrzaskiem, chęcią rozszarpania gołymi rękami kitlastych dowcipnisiów, wpakowania im stetoskopów głęboko, zrobienia kolonoskopii na siłę i bez znieczulenia. Spróbuj szczęścia, panie kawalarz, powygłupiaj się, zadrwij z narzeczonej Frankensteina, pacjenta, którego pewnie dobiłeś, aby starać się ożywić — a zobaczysz, do czego jestem zdolna, kurwo recepciarska.
Mężczyzna pochmurnieje, ściąga brwi. Ło — obraziłam majestat. Zanim zdąża się rozwarczeć, spróbować mnie obsztorcować, przechodzę do ofensywy:
— Nazywasz się pan jakoś? Nie widzę plakietki. Doktor Staszewski?
— Nie. Ale to ja prowadzę pani męża. Staszewski się nie zajmuje takim gównem. Nie przesłyszałaś się — gównem — warczy światły medyk.
— Zbyszek jest od pisania poważniejszych tekstów, można rzec — filozoficznych. Omyłkowo został mu przydzielony ten nieudacznik od Lady Pank. Ale pomyłka szybko się wyjaśniła. Teraz ja odpowiadam za koniec; muszę dopchać, dociągnąć do niego tę farsę. Kuriozum. Ten zlepek nielogicznych miraży, delirek, gówniarskich bajek. No, chyba, że chce pani się pobawić… — celuje we mnie zielonym piórem.
Nie wiem, co tu się odpierdala, ale mam na to jedyne remedium: wrzask. Wbiegam z nim, jak z papierową torbą pełną konfetti, w tłum i rozsypuję. To gorące, słoneczne strzępki gazety wydawanej w Piekle. Kto dotknie, kogo dotknie — umrze od poparzeń stu procent powierzchni ciała.
Wysypuję wariatowi na głowę dobre pół kilo oddarcin, wywrzaskuję artykuły o śmierci, wyzwiska, lawowe nagłówki, wylewam całe kadzie płynnego żaru. Na łamach mojego krzyku ukazują się recenzje horrorów i melodramatów erotycznych, pseudoteatralnych pseudosztuk wystawianych w barach, na deptakach i po piwnicach przez półosobowe trupy, polemiki intelektualistów spod trzepaka, pryszczatych znawców gier komputerowych, reportaże z Sejmów i melin, lupanaró otwieranych na zapleczach sklepów meblowych, plebanii i porodówek, wspomnienia zasłużonych działaczy podziemia antydemokratycznego, bojowników walczących z solidaruchami, tajnych współpracowników Służby Bezpieczeństwa PRL, porady kulinarne, ogłoszenia towarzyskie (wyłącznie „Pan pozna pana”), mało śmieszne kawały ze zrudziałą od fajek, niczym wąsy Szymona Kobylińskiego, brodą.
Bluzgam o wszystkim na raz, rzucam klątwy na Wszechrzecz. Jestem Wszechzjebą. Bój się, drżyj przede mną, łapiduchu! Przeproś, zawołaj kolegę, palanta, co tu był — i kajać się na kolanach!
Facet patrzy z politowaniem jak gardłuję, gotująca się w nozdrzach ślina wypienia mi się na brodę, szyję, tors. Nie mówi nic, nie próbuje spacyfikować, ugasić śliną mojej, rozognionej, co jeszcze bardziej mnie prowokuje. Co wnerwia, sprawia, że z bestii staję się… planetą, albo gwiazdozbiorem składającym się wyłącznie z krzyku — aż tak górnolotne porównanie kołacze się po głowie.
Tnę gościa strunami głosowymi, jak piłą ręczną „twoja-moja”. Metodycznie, kawałek po kawalątku. Na ochłapy.
Faciu, nadal bezimienny, zdejmuje skuwkę z zielonego „oręża”. Drapie się piórem w policzek. Coraz intensywniej, jakby miał pod skórą roje dzikich, afrykańskich pszczół, termitów-tyranozaurów, przechodził katusze, cierpiał na hiperświąd, pokrzywkę, w głębi mordziaki wyrosła mu plantacja barszczu Sosnowskiego.
I, gdy jeszcze rzucam obelgi, celuję prosto między oczy ordynato… ciul wie, kogo — ten, jakby nigdy nic… zdziera sobie twarz. Piórem, takim do pisania. Goli się nim, aż po mięso.
Mój wrzask gwałtownie zastyga na ustach. Język — nadal wiruje. Przypomina to wypadek: motocrossowiec spada z rumaka marki KTM. Leży bezwładny. Koła maszyny ciągle się kręcą, silnik wciąż pracuje.
Pod zewnętrzem kryją się drugie, o wiele młodsze rysy, prestidigitator-kameleon, cyrulik i chirurg plastyczny zmienia się w około trzydziestoparoletniego gościa z długimi włosami, o capiej bródce, jak Sawczuk.
Plec! Plec! Chfplec! — ochłapy mięsa z lepkim, obleśnym plaśnięciem padają na podłogę.
— No cześć. Co, nie poznajesz? No pewnie… Chcesz? — wymyśl mi imię. Jak na razie nie mam żadnego. Nie wiesz, co powiedzieć? Słuchaj… Dajmy na to nazywam się Florian Konrad. Człowiek imion dwojga, za to bez nazwiska. Może być?
Resztki języka kurczą się z sykiem, Milknę, dusze się w sobie. Dopycham się kolanem, zamykam w zbyt ciasnej skrzyni. We własnym gardle.
— W każdym z nas jest część, he, he, „boska cząstka” autora. Tak się składa, że we mnie — najwięcej. Przychodzę jak jakiś, kurwa, anioł, by ci zwiastować, oznajmić, że chyba dobrnęliśmy do ostatniej prostej, ten, co nas tworzy naprawdę planuje samobójstwo. Chce nas dokończyć, a więc niejako pochować, postawić kropkę na końcu ostatniego zdania, zamknąć rękopis, wyłączyć wentylator. Umrzeć z powodu zaduchu, zagotować się z manii samobójczej, na którą od lat cierpi. To straszny dzieciuch, histeryk i maminsynek, aż wstyd się przyznać, że zlepiło nas takie czort wie, co, ni do Boga, ni do ludzi. Nierób z osobowością unikającą. No nie patrz tak. My… on jeszcze nie zwariował. Pozbijał nas z desek, jesteśmy statiem głupców, pływającą Wieżą Babel. Dryfujemy do bezcelu. Naszym jedynym zadaniem było… hmm… naprawdę, aż głupio przyznać… zapewnienie rozrywki, zajęcie Autora. Stworzył nas, ledwie nakreślonych ludzi w zasadzie bez przeszłości, ledwie muśniętych tym — tak, tym piórem, aż do bólu dzisiejszych, teraźniejszych, żyjących mniej, niż godzinę, no góra urodzonych wczoraj, spadłych z Księżyca, urwanych z choinki, żeby oddalić nieuniknione. Pobyć kreatywnym. Jakimkolwiek w ogóle pobyć, przeistnieć następne okrążenie sekundnika, i jeszcze kilka, potrwać minutę, dwie, dokulać się do rana za przewodnika mając bezmarkowe pióro za dziewiętnaście dziewięćdziesiąt zeta (ciebie też wkurwiają niepełne ceny, takie kalekie kwoty do zapłacenia?). Ty, ja, Marek, Krzysiek, pani Krysia, Chomiukowa, niech jej słoma lekką będzie… Jesteśmy pacynkami. Graj nami, Flo, a zajmiesz czas, może przeczekasz kryzys, nie wbijesz sobie w brzuch kuchennego noża aż po plastikową rękojeść, wariacie. „Czasem się ciebie boję” — przeczytałeś niedawno wiadomość od pewnej osoby, której zwierzyłeś się z samobójstwawych samobójbredni. Jezu — wyobrażasz sobie — on to naprawdę napisał! — zdzierca (!!) uśmiecha się. Czuję, że choć mówi do mnie, kontaktuje się z kimś wyższym, mocniejszym, że gada bezpośrednio do Stwórcy, a ja jestem tylko przekaźnikiem, starym aparatem telefonicznym w bakelitowej obudowie.
— Im dłużej leci ta baja, tym dłużej… leci. Bo żyje pan spisywaciel. Ale — może nie zauważyłaś — nudzimy mu się. Historia chyba miała się trochę inaczej potoczyć, a tu trach, bach — wyoleiła się, wypadła z torów. Stała się dziwna i przez to parszywa, zmutowana i raczej nienaprawialna. No więc mnie przysłał. Archanioła Floriela, by objawił Autonomię, jej rdzeń, meritum. Początkowo miał przyjść Piotr, ale jego obecność wzbudziłaby podejrzenia, za szybko domyśliłabyś się, że coś jest bardzo nie halo, ta drezyna jedzie w przeciwnym do zamierzonego kierunku, ten samolot leci, choć nie ma skrzydeł ani połowy kadłuba, a w kokpicie, w wiklinowym koszu, na podusi śpi kot. Fabian. Dobra, sorry, nie przedłużam już. Zegar tyka, śmigła wentylatora obracają się monotonnie dookoła cyferblatu. Czas zaczyna tak jakby naglić. Życie się sprzykrzyło. Dojadanie zepsutej konserwy tłuszczowej z potłuczonego słoika. Razem ze szkłem. Masz w sobie trochę z Twórcy, ja mam. To krzesło, stół, Zinn-Krajewski, założyciel szpitala, albo najznamienitszy neurochirurg w jego dziejach, chmury, rosomaki, martwe lisy o wyjedzonych oczach… O czymkolwiek pomyślisz — będzie, daję słowo, przesycone Nim. Spisane zielonym… o — czarodziejską różdżką. Marek właśnie przeżył swój pierwszy raz. Z Natalką, córką Piotra, ale tak jakby ze sobą. Wszyscy jesteśmy owocami jednego drzewa. Tfu, znowu się pieprzy, metafora… — faciu wyciera rękawem nowe usta.
— Każdy seks tutaj de facto jest masturbacją, pobicie kogoś — samookaleczeniem. Włóż mi palec do ust, wbij nóż pod żebro — a wbijesz sobie. Cholera, przypadła mi durna rola — nadętego moralisty co oświeca, uświadamia, egzystencjonalnego pierdolarza, filozofa o siwej brodzie, siwych włosach na jajach. Mam iść na przedzie z pochodnią. W mrok, w czarne dupsko, jak szczur-speleolog z batarejką na łbie. Wszystko zmierza do Autonomii. Chcesz jej? Musisz chcieć. Pójdziesz w nią, zostaniesz wciągnięta i już. Zajmujesz, Natalka, miejsce Flora. Będziesz jak Bruce Wszechmogący z filmu, swoją drogą — żenującego, poniżej krytyki, jak wszystko z nieśmiesznym Carreyem.
— G… — wyduszam pierwszą głoskę. Przychodzi mi to z nieopisanym trudem, jakbym zmuszała do mówienia pustak żużlowy. Gadam. Obraz przemawia do dziada. Ryjmuję. Po co? Chyba z nerwów…
— Gdzie… — rozwija się język z suporeksu.
— ...jest… — ceglana głośnia zaczyna pracować.
— ...Krzysiek? — kończę najdłuższe we współczesnej literaturze zdanie.
— A gdzie niby ma być? Tam, gdzie go zostawi… liśmy — na sali chorych, za pancernymi drzwiami. Nie ucieknie, kroku nie zrobi bez naszej zgody; jak go nie wprawimy w ruch, nie nakręcimy — będzie leżał po wieki, he, he, do usranej śmierci.
— O… co… ci chodzi?
— Już powiedziałem. Było słuchać. Marek wraca do domu. Czar par dawno się skończył w tiwi. Niebieskie blednie, to znowu staje się intensywniejsze, przechodzi w granat, wręcz w czerń. Zapomniałaś już, czy masz siostrę, dwie, czy brata. Może nigdy nie wiedziałaś. Demencja jest naszą częścią składową, dotyka nie tylko twojej matki. Jesteśmy niedobudowanymi domami. Deweloper uciekł z pieniędzmi za granicę i całe osiedle straszy już sto którąś kartkę, bez szans na dokończenie. Nietoperze wylatują z niezabezpieczonych choćby sklejką otworów okiennych. Złomiarze rozkradli wszystko, co dało się spieniężyć, nóg dostała nawet papa z dachów. Wakacje all inclusive, w nieistnieniu. Pomnik Wielkiego Marnotrawcy postawiony na górze supermarketowych odpadków. Chcesz — oddam ci ten tekst. Całego-całą siebie. Obie płcie, trzy kolejne dorzucę w gratisie. Zbierasz naklejki w Biedronce, wymieniasz je potem na Świeżaki? Bierzesz udział w jakimkolwiek programie lojalnościowymn, umiesz w ogóle oszczędzać? Zaraz się nauczysz, lepiej późno, niż wcale.
— Co ty, pan… pieprzysz…
— Dokończę za ciebie jedną myśl, może wtedy uwierzysz, że to nie ściema, dobrze? Wyobrażasz teraz sobie — nie próbuj się opierać — społeczeństwo kariofagów, cywilizację stworzoną w próchnie padłych, przeolbrzymich drzew. Żucie, rozdrabnianie domów-komór lęgowych, sypkie ulice, ludzie-pędraki, pędracy, pędrakowie; czas przeistoczeń, nie bierne bytowanie, ale cała historia pisana od początku — właśnie w ścierwie drzew, żuta, memłana…
Patrzę na gościa coraz bardziej podejrzliwie. Psycho-czubas ze zdolnościami prekognicyjnymi, przewidywacz przyszłości, czytacz w myślach, mutant, który dzięki tęgiemu pierdolcowi, chorobie psychicznej zyskał nadludzkie umiejętności? Albo odblokował ekstra funkcje, jakie mamy zapisane w drugich, siódmych, szesnastych mózgach? Heh, cholera, włączył jakiś malutki komputerek i dobrał mi się do wspomnień… — dziwię się, że to myślę. Robi mi się autentycznie nieswojo. Kolo przyszedł w mejkapie, jakiego nie powstydziliby się hollywoodzcy makijażyści, albo ci od Twoja morda brzmi znajomo, ucharakteryzowany jak do filmu Spielberga, nie wiem, co tu się odpierdala, to eksperyment, program, jutjuberzy coś kręcą ukrytą kamerą? Kim ta kurwa jest, bo na pewno nie lekarzem…?
— Historyjka, w jakiej siedzimy, urodziliśmy się, jesteśmy zamknięci, trochę zmutowała, zmutanciła się, jak Flo mawiał za dzieciaka. Druga, pierwsza powoła lat dziewięćdziesiątych, mały Florek uwielbia te wszystkie Wojownicze Żółwie Ninia, Motomyszy z Marsa, He-Mana, Batmana, ma pełno zabawek: stwory, przenajróżniejsze wilkołaki, plastikowych Power Rangersów… Do tej pory nosi na wsi przezwisko Mutant, wiedziałaś? Dla nas, heh, jest jakby… Bogiem, ojcem, wyrodnym troszkę, patolskim, ale zawsze…
— A ty se wyobraź, chujcu, cywilizację kardiofagów wyżerających sobie serca jak kanibale z amazońskiej dżungli, nie z głodu, ale w…
— …w religijnej ekstazie, akcie ofiarowania bóstwom… Nie zabijają jeńców, ani przestępców, chorych, dajmy na to umysłowo; nie jest to eleminacja najsłabszych jednostek, rodzaj zrzucania ze skały inwalidów, jak podobno było u Spartan w Starożytności. Pełen wolontariat, mnóstwo chętnych, ludzie pchają się, jeden przez drugiego, na madejowe, nabite kolcami łoże, kładą się, wypinają pierś, jak do orderu… To dla nich zaszczyt, najwyższy honor, być rozpowłowionym przez kata na oczach współplemieńców, męczeńska śmierć równa…
Mam mdłości. Coraz większe. Z każdym słowem psychola w żołądku powiększa mi się błoniasty rzygo-balon. Gadaj, gadaj, palancie, a zaraz go rozerwie, obleję cię…
— Nie oblejesz.
— Co…?
— Za moment będzie pełna Autonomia — facet cecluje mi piórem między oczy.
— Daj rękę.
— Jeszcze, kurwa, czego! — znów język mi się rozdwaja. Krzyczę czterdziestoma gardłami, że dosyć maskarady, dzwonię na policję.
— Dobrze. Ale daj rękę.
…zaraz by mnie ukłuł, sukinsyn, mafiozo, igłą nasączoną paraliżującym narkotykiem, jadem kolorowej żabki, padłabym jak długa i obudziła się po tygodniu z wargami po kolana, rozbita, roztłuczona, rozjechana przez nie wiadomo ilu facetów, albo w haremie podstarzałego szejka, lub młodego, co lubi MILFy, została sprzedana przez handlarzy (pół)żywym towarem…
— Nie grozi. Nie aż taka jesteś zajebista… Znalazła się — seksy lejdej… — uśmiecha się cynicznie… yyy… hipnotyzer? Transodawca?
— Ładny neologizm. No dajżeż łapę! Mam sam podejść? — nadyma się nagle jak kolczasta rybka.
— No — podejdź! — wstaję zacietrzewiona. Agresywna. Zapalczywa. Ja przekarmiona słownikiem wulgaryzmów i mowy potocznej, fajterka na ringu.
Rozdymek wyciąga dłoń. Pustą. I czuję, jakby mnie dotykał, wkładał ją bezceremonialnie w mój krzyk, wrzask, grał na strunach głosowych, traktował mnie jak pierdoloną harfę.
Muszę/ nie mam wyboru, na sekunduchnę tylko, ale po prostu muszę/ jestem skazana/ wiem, że opór na chuj się zda…
— No część. I co?
I czuję, jak rośnie mi broda z wąsami. I fiut. Samczeję z prędkością okołoponaddźwiękową, jednocześnie — przenoszę się w inne pozaświatstany. Pokój tortur/ lekarski rozmywa-rozpływa się, jakby był z masła, szanowny medyk-czarnoksiężnik, który nie raczył się przedstawić — puchnie, to znowu wlepia się w plastynogeniczne ściany, podłogę z bąbelków.
Skupiam się na nich. Liczę je. Skrupulantka, skrupulatorka wrzuca po jednym wodnym ziarenku do glinianej stągwi. Blaszanego wazonu.
Zmieniają się w popiół, Niedługo w urnie złożę z nich całe spalone zwłoki. Własne.

XXI. CIĄGOTY

Wykrzewia się, wypuszcza pęd. Jeden, ale solidny, twardy i poryty kolcami. Kaktusofalliczny narząd wyrastający z mózgu; mojego i Piotra, bo teraz dopiero dochodzi do mnie, że młody transformers, z którym miałam nieprzyjemność rozmawiać, witać się — to wod-kanalista, gdzieś tak w okresie późnolicealnym-wczesnostudenckim (choć w życiu na żadnych studiach nie był).
Połączyłam się w szpitalu Królestwo z łym minionłowiekiem, na miejscu którego wyrósł nowy, brzydszy; zwiedzałam zburzony budynek, choć nie pozostał po nim nawet zarys fundamentów. Uprawiałam seks w bezprzestrzeni. Każdy, kogo znałam był palimpsestem.
Opublikowany: 23-09-2019 23:42 przez: floriankonrad
Dodaj komentarz
Właściciele serwisu nie odpowiadają za treść umieszczanych utworów i komentarzy. Wszelkie uwagi prosimy kierować bezpośrednio do ich autorów. Wszystkie utwory i komentarze zamieszczone na stronie podlegają ochronie. Zabrania się ich kopiowania, przetwarzania lub rozpowszechniania bez zgody autorów.
Komentarze (0)
Ten utwór nie posiada jeszcze żadnych komentarzy
(c) 1996-2019 by SOKARIS, http://www.sokaris.pl
Strona wygenerowana w: {_Chrono} s