literacki serwis recenzencki e-poezja
(wersja serwisu: 0.10.21 z dnia: 06-05-2016)
(c) 1996-2019 by SOKARIS, http://www.sokaris.pl
Załóż konto
lub
Zaloguj się


Do przeglądania polecamy:


FireFox Web Browser
Wiersz z listy autora o pseudonimie floriankonrad
<< Poprzedni wiersz tego autora Następny wiersz tego autora >>
Pokaż wszystkie wiersze tego autora Dodaj do ulubionych
Bezstratne cz. 12.
Tylko ja znam najpierwsze, najwłaściwsze teksty. Zrosłam się z ojcem-twórcą, przejęłam jego niewdzięczną rolę.
Autoniomia to de facto ucieczka w niemożebnie gęstą, za ciężką, zbyt przytłaczającą wolność. Władza nad dawną formą, możliwość stworzenia nowych, papierowych odmian. To kaftan cnoty, do którego zgubiłem, zgubiłam kluczyk.
Literatura rozdrobnień: ja, męska, w maszynce do mięcha, żywcem wyjętej z klipu „Another brick in the wall”. Ja deliberująca (ale słowo! Skąd je w ogóle znam?) z tym, co mnie szatkuje, kroi, dzieli na niespójne fragmenty.
Mam, za sprawą Florka, którym na nieszczęście jestem, skłonność do nałogów: użalania się, depresyjniactwa, samobójczceństw. I nie uważam tego za złe.
Bawię się, testuję nowonabyte umiejętności, odblokowane funkcje drugiego mózgu… (cholernie eufemistyczne określenie zwykłej masturbacji).
Nastaje czas krótkich, zbyt osobistych, egotycznych wręcz rozdzialąt, czytaj: jeszcze większego brandzlu.

XXII. SKRZYDLACI, BEZ OCZU

Nie stawiajmy sprawy jasno. Przenigdy. To grozi wpadnięciem w szczerość, wychyleniem się za mocno za burtę statku duranków — i pluuuusk! — w spienioną toń.
Kłammy na całego i tym samym szydźmy z siebie. Wyciągajmy mylne wnioski, szukajmy drugiego dna w nocniku. Czytajmy naklejki na szybach i tylnych klapach samochodów zaparkowanych pod supermakretami. Na szczytach skał, w załomach, przytulnych pieczarach siedzą mędrcy i mają nas głęboko w swoich oświeconych dupach. Śmiejmy się z ich mrzonek, z korporacji ascetów, biurw pracujących w urzędach do spraw wyrzeczeń.
W klimatyzowanych grotach, gabinetach prezesów siedzą tresowane komputery (clelowo nie użyłam słowa „zaprogramowane”). Klaszczą w klawiatury, gdy na świecie wybucha nowa wojna. Smucą się, składają sobie zerojedynkowe kondolencje, gdy następuje zawieszenie broni.
Kim w tym całym cudacznym zamieszaniu jestem ja — przedefiniowany, hiperdookreślony, rozwarstwiony na formę męską i kobiecą? Ja kochający pisać na własny temat, wałkujący to niestrawne ciasto na posypanej mąką stolnicy, od rana do wieczora, to w prawo, to w lewo; ja obrastający określeniami, doczepiający je sobie do włosów, ciuchów? Metaforyzujący się własną prawicą.
Ja w płaszczu? Nie, w lichej kapocie z przenośni. Ja w kożuchu z lumpeksu.
No sorry, ale w pisaninie, pisarskości obdarzyłem swoje nieszczęsne, grafomańsko-kłujące, pokryte tanimi piórami (coś koło 19,90 za sztukę) JA tyloma przydomkami (sic!), że starczyłoby ich dla paru dziesiątek bohaterów. Ale po co skurwiały egoista miałby pisać o kimkolwiek poza sobą, Konradem o imieniu Florek?
Dajmy sobie więc spokój ze mną, zajmijmy się inną, równie spaczoną, niepoznaną, ale absolutnie tajemniczą, prostą i codzienną, jeśli można to tak określić, potoczną i zwykłą osobą: mną.
Jeśli to czytasz — wiedz — trafiłeś w próżnię. Może te wycharczeliny jakimś cudem zostały wydane, lub też wygrzebałeś z poludzkich, pomoich szpargałów pamiętnisio-rękopisio. Mniejsza o to.
Musisz wiedzieć, że znalazłeś coś bezsensownego, jak tytuł niniejszego rozdziału, kamyk, z którego, mimo, że chuchają na niego całe pokolenia dzikusów, a dziesiątki kobiet wkładają go do wagin, trzymają w cieple tych specyficznych szklarni — jak na złość nie chce wykiełkować potwór.
Wrzuć mnie do studni, a zaczną w niej wyrastać utopione koty, żabby-topielicec, woda przybierze kolor złota, potem — stanie się błotnistym szampanem.
Pozwól mi skazić cokolwiek — zatruć tym tekstem, Natalko, Piotrku, Mareczku. Ty, czytelniku z drugiej strony lustra.
Potraktuj go jako list pożegnalny (tych napisałam w swojo-florskim życiu ze trzy, wszystkie włączyłam później do nowych niedotekstów).
Powstałam z martwych, ze zgniłych. Cuchnę trupio i patrzę z uśmiechem jak miasta, Restliwe Góry walą się w gruzy, szkło przecina tętnice zwierząt w sutannach i togach.
Tworzę kolejną psychodelę i zawieram w niej mięso, tłuszcz, drzazgi ze zburzonych metropolii literatury autoorgazmicznej, książkowych księstw.
Nie żyję (jako Natalia, niedoszła macocha Natalii), a ciągle kocham udawać, mylić tropy, zacierać zbyt długim jęzorem ślady. Wyprowadzać na manowce siebie-bohaterów, gapić się na ich rozszarpywane przez wilki ciała.
Jednocześnie jestem łagodna jak (bezgłowy!) baranek, leżę spokojniuśko pod ziemką i patrzę, jak wszystko naokoło bierze mnilusi szlag, domy zmieniają się w mgłę i rozwiewają nad fikcyjnymi wsiami, stodoły, spichrze i obory karleją, teraz to ledwie psie budy. Pudła robiące za kuwety dla wściekłych Fabianisk.
W miastach rośnie deszcz. Kiełkuje. Dorodny, zobaczcie, jakie grube kłosy. W tym roku będą obfite zbiory.
W miastach rośnie smog, odurzające perfumy zywilizacji, według niektórych — woń zdecydowanie milsza, niż nudne Chanelisko no. 5.
Żniwiarze w maskach p-gaz łapią w dłonie kosy — i hajda! — ruszają szpalerami na betonowe pola. Na moich oczach kombinaty zmieniają się w szklarnie, potem — w słoiki po pasztecie z rosnącą i zarazem gnijącą w środku cebulą.
Przelewając się z jednej formy w drugą byłam, nie oszukujmy się, komediantką. A i ta rola wyjątkowo mi ciążyła, żarty okazywały się gorzej, niż słabe. Kochałam się przedzierzgać, chodzić w cudzej skórze. Najczęściej pożyczałam ją od mieszkającego w Żuchalinie Florka K., swojego ojca/ alter-ego i zarazem zaprzysięgłego wroga.
Ale byłem-byłam szczera. Przezawsze. Plagiatorstwo, epigonizm? Za chuja i to końskiego, tak — za wała wałacha z nieuleczalną impotencją!
Byłabym skończoną debilką, kurwą i przegrańcem, gdybym zasysała style nie mogąc pisać własnym, potrzebowała kradzionych protez, bez nich nie mogła zrobić kroku, wersu, zdania.
To jak posługiwanie się nie swoim kutasem, nawet nie dildo, strap-onem, lub czymś w ten deseń, ale najzwyczajniej zapieprzonym, wyrwanym wyrwany jakiemuś bezdomnemu żulowi, albo i psu, fiutem. To poddanie się, walkower, uznanie, że toczy mnie wszechniemożność, indolencja sięgająca najgłębszych warstw świadomości, jestestwa.
Ja i złodziejstwo stylu? Prędzej dewocjonalia jakieś podpieprzę, drewniany krzyżyk na kurzej nóżce, coby modlić się do niego, pardon — za jego pomocą — do bozi o łaske nawrócenia i zerwania okowów ateizmu (sic siców!), niż odpierdzielę taki numer. Nie zamierzam włazić w czyjąś przyciasną, albo za dużą skórę, zakładać pijących butów, rżnących w boki majciochów, gadać nie swoim głosem. Jestem Florian Konrad, choć czasowo/ na stałe zastępuje mnie niejaka Natalia Jurczuk. W moim gardle nie znajdzie się cudze, sfiuciałe pióro. Jestem Autonomią, grubaśny jak książka telefoniczna, obszerny jak Rosja, bielizna dwustukilowego tłuścioszyska, jego sto razy łatane na dupsku kalesony.
Jestem Markiem, do którego jeszcze nie dotarło, że miłe chwile z Nati więcej się nie powtórzą, było miło, ale się zwęgliło.
Postacie we mnie gryzą się, szarpią, szamoczą w narządach wewnętrznych. Coś się kluje, wyłazi z porów, wycieka przez skórę.
To rozdział do użytku wewnętrznego, epistoła presuicydialna, liścik, gdzie plotę całą prawdę i tylko prawdę, wyrzyguję wraz z tuszem to, co leży na wątrobie, krzyczę, co jad na język przyniesie, żyję i zrastam się z glebą, niepostawionym jeszcze pomniczyną, pod którym przyjdzie się rozkładać (oby był bez krzyża!)
Wybzdurzcie się razem ze mną, chodźcie — pobiegniemy w świat szeroki jak kartka, wyjrzymy poza margines, czerwony mur. Zobaczymy, że sami jesteśmy z marginesu. Społecznego.
Gdzieś w bliżej nieokreślonym niebycie, głębokim, albo płyciuchnym, trudno dociec — kręci się mój wymarzony film, zmartwychwstała słodka idiotka Mary Pickford wzdycha tęskno, powółczy wzrokiem, zarzucając na ramię warkocz z włóczki, wypatruje ukochanego. Zza kartonowego horyzontu, w tekturowych spodniach, śmiesznym krokiem drobię-maszeruję ja — komediowy amant, parodia donżuana, lowelas w spadającym na oczy meloniku. Ja jedzący buty, którymi pogardził Chaplin, ja — ostatni (abortowany!) z braci Marx.
Uśmiecham się głupkowato, patrzcie — jestem slapstickowy, durnyj Florko!
W ostatniej scenie biorę ślub z bogdanką, moją wymarzoną liliją. Rozdziewiczam poza kadrem.
Nie ma nikogo, kto mógłby mi stanąć na (papierowej!) drodze; Rudolf Valentino i Douglas Fairbanks od dawna nie żyją, współcześni, pięknolicy aktorzy jeszcze się nie urodzili. Żaden przypudrowany jebaka z Hollywood nie może pokrzyżować mi planów.
Lecz co to? Nagła zmiana dekoracji, czas zrzucił kantar, cwałuje jak oszalały, tratuje nas.
Jest wczesna jesień dwa tysiące siedemset trzydziestego dziewiątego roku, pół godziny temu skończył się koncert Lady pank, my — dwoje poatomowych, ćwierćapokaliptycznych robotów z wyżartymi przez technologiczną gangrenę mózgami, stoimy naprzeciw siebie i nie wiemy, którym drutem zagadać. Tyle blach by się chciało powiedzieć, tyloma procesorami rzygnąć — a tu klops, afazja, nie można wydobyć z siebie ni blaszki. Dawno wybrzmiało słowo pisane, umilkły liutery, w ogniu przestał krzyczeć papier. A mowa cybernetyczna cofnęła nam się do krzemowych gardeł, po czym spadła niżej, niczym flegma, rozsiane po organixmie zapalenia: zaczyna się od oskrzeli, a kończy na zgorzeli pośladków i odleżynach dziąseł, takich, jakie miewa się od źle dopasowanej protezy zębowej. Albo na odleżynach myśli, które ma zdecydowanie więcej osób, od fatalnie dobranej idei, poglądów z samego dna dupy. Dna Piekła.
Podchodzę na chwiejnych, chrzęszczących postnogach, wyciągam postrękę.
Nie rozumiesz tego gestu, kompletnie nie jarzysz, o co chodzi śmiesznemu robocikowi w za dużym hełmofonie, co chce przekazać, jakie mało światłe niewzniosłe postidee, ćwierćmyśli kłębią mu się w radioaktywnej główce.
Przez wszystkie wieki, ery, rozdziały pozostałaś, Mary, Natalko, tą samą bezczelną i głupią kozą, co na ątku bajki, w zasadzie jesteś tylko dodatkiem do poliuretanowej waginy, poza nią — prawdę mówiąc — nie istniejesz. Można cię tylko reinformatyzować, najlepiej — w usta, przelewać w nie pentaflopsy lepkich danych. Kazać przełknąć.
Gwałt, Nat? Przecież w głębi duszy uwielbiasz to, chcesz być brana na żywca, jak śmiertelniczka!
Myślisz — masz! — tryskam ci w prosto otwór gębowy strumieniem najczystszych danych (kto to widział, by na kartkach powieści uprawiać takie rzeczy, w dodatku z samym-samą sobą! Wstydzić mi się, Florku, ale już!).
I zmiata nas, dwie kukły przeżarte danymi, tak mądre, że aż nie mogące z tej mądrości się wysłowić, wicher historii. Drugi raz lecimy przez karty dziejów, kroniki poszatkowane zębami myszy i wygłodniałych benedyktynów, fruniemy między ciężkimi okładkami Codexu Gigas. Diabeł ze słynnej ilustracji, pocieszna morda, majtoli radośnie językiem, macha pazurami w naszą stronę.
— Czeeeeść, elooo, zioooom!
Nagle — znów dopada nas paskudna zmora — teraźniejszość (ktoś wie, jak utłuc tę gadzinę? I czy woda święcona pomoże?); siedzimy w celach, choć nie zrobiliśmy nic złego. Może zgarnęli (kto? Da się ustalić?) za bycie martwym, co w świetle prawa może i nie jest karalne, ale ja, proszę ciebie, za umarlaka, będąc Natalką w męskim ciele — odzywałam się, wzięło mnie na rozhowory kostniczne, co już samo w sobie jest mocno podejrzane.
Ty siedzisz, żeński Piotrusiu, z krańcowo odmiennego paragrafu — za milczenie w nieodpowiednim momencie, uchylanie się od odpowiedzialności za słowo mówione, za skrajne asekuranctwo.
Ateistyczny Ośrodek Odosobnienia, do którego trafiłam po uprzednim podpisaniu zgody, wykaligrafowaniu zielonym piórem w kształcie węża-nie węża, prośby o przyjęcie (że niby dobrowolnie, że sama chciałam!) to całkiem przytulny… yyy… no dobra, przyznaje — zamknęłam się w pokoju i rozgryzłam czarną tabletkę, półkilogrammowego Placebusa. Popijam syropem odsamobójczym.
Spoko, jeszcze żyję, złego, na chwilę obecną, papierowe diabły nie biorą i nie wiem, kiedy wezmą. Suicydialna komedia pomyłek trwa w najlepsze.
e siedzę? Heh, jakby to ująć… w wielu miejscach. Rozmywam się na twarze, usta, piersi, waginy, języki, palce innych kobiet. Wszystkich, o których zdarzyło się Florkowi kiedykolwiek pomarzyć, przyfantazjować. Jestem w cieniach-dobiciach, którymi się zaspokajał. Duchowo. Psychopatologicznie. Które były dla niego słodkim…
— Zamknij mordę! — ryczy reżyser. Aż podnosi się z krzesełka, na oparcu którego puszą się dumne i cwaniackie, złote litery: „F. Konrad — DIRECTOR”.
No — znowu! zagadało mi się sztucznie, melodramatycznie, telenowelowatym tekstem z kanału Romantica. Tak odzywa się papier, tak nawija pióro scenarzysty, a nie realny człowiek, zwłaszcza po śmierci.
— Mea maxima, kurwa, culpa. Postaram się poudawać żywą…
Jestem tyloma kobietami. Wszystkich od dawna nienawidzę.
O — zlatujecie się, nieźle już obgnite z mięsa, zmienione w facetów, zombiaczyce, ewidentnie męskie, dorodne, muskularne truchladła. Ogryzacie mnie do kości z resztek ścięgien. Żrecie nawet zetlałe resztki garnituru, w który ubrano moje padlissimo.
Chichoczę. To doprawdy zabawne widzieć wyłaniające się spod pióra tyle niewyżytych i nienażartych samic, które zlatują się tylko dla mnie!
Tylu samców wykastrowanych przez jakiś durny zabobon, obrzęd przejścia, po którym zostaje się trwale okaleczonym, ma się nową, ułomną, indolencką niedopłeć.
Durny rytuał o nazwie śmierć — może ktoś słyszał?

XXIII. WYKLUCZAJĄCE SIĘ MITY ZAŁOŻYCIELSKIE

Znów kłamię, że jestem w dwóch, albo więcej postaciach, pierniczę nie swoim głosem. Jak tak dalej pójdzie — zacznę udawać Koziołka Matołka, Ignacego Karpowicza, wskoczę na plecy smutnego posągu przedstawiającego Bruno Shulza, lub wcielę się w któregoś z zapomnianych klasyków: Żwikiewicza, Eklezjastę, czy Małgorzatę Rozenek (za którą bestsellerów wcale a wcale nie pisał sztab ghost writerskich, szarych eminencji, gdzieżbym śmiał posądzać mistrzynię pióra! …kolibrzego).
Najchętniej stwierdziłbym, że mam ochotę się zabić, bo mnie o to proszono, nalegano, wręcz błagano w listach, mailach, faksach, teleksach.
Zapłakane, jeszcze nierozdziewiczone („czekamy, aż ty to zrobisz, Flo!”) fanki dobłagują się o moją śmierć. Gołębie pocztowe przynoszą naperfumowane czystą solą prosto z ich młodych i panieńskich kroczy, kopertusie z równie aromatyczną zawartością.

Stare i poprodukcyjne, przechodzone babska ślą mi antywonności, na wspomnienie których żołąd wywraca się podszewką na wierzch, w człowieku budzi się chęć wyjścia z własnej (co za durne powiedzenie! A ktoś kiedyś — nie licząc seksu i operacji — wyszedł z czyjejś?), na wskroś przegniłej skóry.
Nawet mężczyźni czynią starania, bym podjął jedynie słuszną decyzję, sprzątnął się ze świata, wraz ze wszystkimi odnogami.
Aranżują nieudolne zamachy, zastawiają pułapki, dają mi do ręki wszelką możliwą broń: scyzoryk, pistolet gazowy, wiatrówkę, dziesiątki nieostrych noży kuchennych, tasaki jakieś radzieckie, siekier tyle, że nie zliczę, młotki, cobym się utłukł w łeb, a nawet… kosę.
Mam zostać własną kostuchą, a raczej TYM kostuchem, zamachnąć się raz a dobrze i patrzeć z wysokości, jak moja głowa toczy się po podwórku między kretowiskami.
Jako prawdziwy artysta, a za takiego się oczywiście uważałem, nie mogłem pozostać głuchy na prośby fanów, zignorować jak kompletnie zapatrzony w siebie buc, żyć, jakby nigdy nic. Fan każe — pisarz musi!
Jeśli więc od -nastu tygodni wszystkie drogi prowadzą cię ku linie — tylko ciężkie okaleczenie, odbierająca możliwość samostanowienia choroba, albo wcześniejsza śmierć, dajmy na to w wypadku, może się powstrzymać przed targnięciem się, zrobieniem targu-targu. Swoją drogą — zabawne określenie: „on wziął i się targnął na życie. On się złapał za bary, potrząsnął. Raz, drugi, pięćdziesiąty czwarty, coraz mocniej sobą telepał, aż w końcu wydusił z siebie owo życie, jak w kreskówkach, albo fabularnych filmach dla dzieci — patrzył, jak z ciała wylatuje on-aniołek, jego eteryczna, przezroczysta, świetlista i pożyciowa wersja. Wersja mgielna, ciotowata, pedalska, przegięta. Święta, przez to święta — podśpiewuję głosem Shazzy (ona piała wyłącznie takie!).
…a, kogo próbuję okłamać? Milion pięćsentny raz powtarzam, że od tego nie ma i nie mogło być ucieczki, skoro na całym florkoświecie mam fanów i każdy już nawet nie prosi, ale skomli, bym się zabił — decyzja została podjęta już wcześniej i nie przez mnie…
Gówno. To będzie śmierć — wynik chłodnej kalkulacji. W pełni autonomiczny…
Zawsze taki byłem. Kto nie wyczytał z poprzednich rozdziałów — ten trąba, tego we dwa kije, niech mu mózg wygnije.
Jestem jedną wielką osobnością. Alienacją. Dość bezkompromisowa i buńczuczna, by nie rzec — szczeniacka postawa, jaką zdarza się przejawiać, jest kompletnym przeciwieństwem czegoś tak skurwieńczego, jak podkradanie obcego stylu; plagiat to przecież, poza ewidentnym ośmieszeniem, zblamowaniem, wręcz shańbieniem się — robienie okradanemu autorowi najzwyczajniejszej lachy, na co — delikatnie mówiąc — będąc w męskiej formie — nie miałem i nie mam ochoty.
Powygłupiać się ≠ wygłupić się.
Wszelkim złodziejstwem, dwulicowością i oszustwem, w głębi duszy się brzydzę. Natalia — w zasadzie też. Jeżeli kłamiemy — to na żarty. Albo by zaciemnić obraz, zmylić tropy. Zwieść, wywieść w (nie)szczere pole tych, którzy by chcieli wiedzieć o mnie więcej, niż wszystko.
Wszelkie tricki, sztuczki handlarskie, złodziejskie, byleby tylko objebać bliźniego z kasy, bo ona przecież, według prostaków napędza świat — budzą nasz najszczerszy wstręt. Ukraść coś? Przenigdy. No, chyba, że w sytuacji skrajnej, podbramkowej, na przykład z głodu.
Ale nigdy nie głodowałem, tu, ani będąc Krzyśkiem, czy Kacprem, lub Weroniką.
Kłusować — też nie było mi-nam dane. Jak widać — dobre z nas bydlę, wieloosobowy, oswojony diabeł wypełzły z własnego, ciągle nienapisanego Codexu. Z Biblii Szatana-Floriana.
Podpieprzenie komuś stylu będąc wyposażonym w (nieco bogatą) wyobraźnię to używanie sztucznego fajdfusa, gdy w spodniach wisi dwuipółmetrowe sprzęcicho do zaspokajania najbardziej podstawowej ludzkiej potrzeby. Nie kradnie się sąsiadowi jabłek z sadku, gdy ma się w domu barek pełen jaboli! Wybierać bez powodu cuchnącą gumą protezę? Zastępować seks onanizmem?
„Nie dziś, kochanie, daj mi spokój, wolę pobawić się z Renią” — tak?
Jestem egotykiem i nigdy nie pozwolę zobie na żałosny brandzel czyjąś pisaniną. Żart z niej, parodiowanie? To inna para lakierek. Żartem można kruszyć mury zamków krzyżackich, dewastować zabytki klasy zerowej, łamać drzewa-pomniki przyrody, jakby były zapałkami, wreszcie: łamać ludzi, ich charaktery niczym wyjetą zza wycieraczki auta ulotkę, lub wystawioną bez potrzeby receptę na viagrę. W kulkę to — i do pieca. Gardzić erzacem, gdy jest się w posiadaniu samorodnego oryginału!
Talent? A co to? Dawna jednostka miary, pieniądza? Czy może chodzi o Billy’ego Talenta, kolesia-co-jest-nazwą-zespołu? Nie słucham cię, Williamie Talencie, jak dla mnie jesteś za gówniarski, choć siedzący ci w gardle wokalista, Ben Kowalewicz, muszę przyznać, ma ładny i melodyjny głos. Wokal-miękką podusię.
Jedyny dar, jaki otrzymałem od losu, to mięsna maszyna do pisania, młodsza siostra słynnej Clark Novy z „Nagiego lunchu” Burroughsa.
Przyznaj, Natalko — dość po macoszemu siło losisko, co nie? To prawie wydziedziczenie z jednoczesnym pozbawieniem prawa do zachowku.
…żesz mać!
Nati… nie znam cię, nie jesteś kimś z przeszłości. Innych czasów, poza krótkotrwałym, wiecznie zdychającym „teraz " — nikt nie jest w stanie poznać.
Obłaskawiam cię, głaskam po pancerzu. Ranię przy tym palce, ale to nic. Opowiadam, że poprzedniej nocy śniła mi się Szymborska, na spotkaniu z fanami wygłosiła z emfazą głupkowate i banalne frazisko: „Prostytutka też ma godność, choć czasem o tym zapomina”.
Gdyby w miejscu „godność” wstawić coś-nie coś o miłości — byłyby to reminiscencje herbertowskiego wiersza „Muszla”.
Wisława o wyjedzonych oczach martwego lisa. Też kobita, ale zgnita.
Moja nagroda Nobla została pochowana wraz z psem o imieniu Nergal (od tamtej pory hoduję wyłącznie kociambry), było to w roku… nieważne.
A może zjadłem złoty medal i wytarłem usta czekiem?
— Wariat byłeś, Florciu — odpowiadam sobie znów przybierając postać Natalii — zbyt nonkonformistyczny, indywidualistyczny, by brać udział w konkursach literackich, wysyłać na nie swoją poezyę. Tak — poezyę pisaną przez y jak yeti. Bo nie ma cię, głupku i nigdy nie zaistniejesz w świadomości więcej, niż dwóch, góra siedmiu osób.
Nie bałeś się porażki, czy nawet ewentualnego wydrwienia, zwyczajnie miałeś głęboko gdzieś wszelaką rywalizację. I uznałeś, kretynie, że dyshonorem będzie zarobienie choćby złocisza na swojej twórczości. Wolałbyś dokładać do interesu, płacić za druk z własnej kieszeni, a potem rozdawać książki za friko. Propublicobonizm. Ty pisarski Daniel Johnston jesteś.
— Kto?
— A taki jeden świr, grafoman muzyczny. Podobno — geniusz.
— ...chyba dla rybików w jego łazience… — dopowiadam ja-reżyser, z offu. I robi się nieśmiesznie, na weselicho, jakie urządziliśmy na cmentarzu, bo gdzieżby inaczej, jedna ze zbzikowanych ciotek, w ramach prezentu ślubnego przynosi, wręcza nam siatkę swoich świeżych… wyskrobin.
Pierdolnięty scenarzysta pisze nam bzdurnolos. Musimy poddać się jego woli, zresztą — co lepszego mamy do roboty, skoro w dużej mierze i tak nie żyjemy?
— Bałem się życia. Byłęm taki nieporadny. Wiesz — mógłbym napisać całą księgę o walce… powiekami. O powieczeniu, jak mawiałem, dość kuriozalnym zaciskaniu ich tak długo, aż zaczynało się wierzyć, że już po wszystkim, świat się skończył, albo przynajmniej zrzucił z grzbietu najmniej udolnego z jeźdźców, dżokeinę w spadającym na oczy cylindrze-sombrero, wypłoszowatego pana artystę przytłoczonego koniecznością istnienia, co nie tylko w Krakowie na Brackiej trudna jest do zniesienia.
Gruchnął na glebę, matematyczny analfabeta ledwie umiejący dodać dwadzieścia siedem procent do procent sześciuset trzynastu.
Iks jest większe/ równe zero, masz dwadzieścia jabłek, lekcja rozpoczyna się o godzinie pierwszej minut siedemdziesiąt, oba samochody wyjechały z punktu H2SO4 do Hcl o 12.69; policz, ile gram czystego tlenu potrzeba, by ten cały burdel spalić w chuj.
Twoja-nasza mama uczyła fizyki, chemii i matmy, a ty ledwie odróżniasz tridziewiczan sodu od ułamka niewłaściwego.
Ułóż proporcję, procenty same się skrócą. Te z wódki, we krwi. Będziesz jedną wielką reakcją egzotermiczną.
Jesteś, a raczej byłeś, niezaradną życiowo pierdołą. Świetnie całowałeś. Koty. Nie mając bladego pojęcia o handlu, bojąc, brzydząc się ludzi, postanowiłeś otworzyć sklep.
— Wieeerszeee! — darłeś się wewnątrz pudła po telewizorze, mobilnego kramu. Każda z okolicznych wsi była ci rynkiem, kubeł na śmieci — straganem. Niezdobytą twierdzą — każdy próg.
Nie sprzedał się nawet jeden wers. Potrafiłeś jedynie niszczyć, psujo.
Niedługo odpoczną od ciebie butelki, poobijane, rozbite i opchnięte na złom za ułamek wartości samochody, stracone prawa jazdy, duchy wypisanych długopisów, naboi do zielonego pióra, widziadła zasmalcowanych kajetów.
Patrz: świat się uśmiecha szczerbato, ślina ścieka ze szczytów gór, tych swego rodzaju zębów. Będzie mu dobrze bez ciebie, mały drstruktorze. Fantasto. Założycielu osady brudasów, żąłota, nieokrzesanych humunkulusów. Klecicielu nowej, autonomicznej Nigdzie-Polski — jakby to określił Jarry.

XXIV. ZANIM SIĘ POGORSZY (ROZDZIAŁ O ŻYCIU W WIECZNYM ZAGROŻENIU)

Plany na najbliższą śmierć:
1.) zostać pochowanym na cmentarzu w Arlington
2.) obrosnąć pajęczynami, jak rozczochraniec Robert w teledysku „Lullaby”
3.) zostać wypieprzonym z kwatery w Arlington
4.) stać się anorektycznym ptasznikiem
5.) zatrudnić się jako ochroniarz na amerykańskim Narodowym Cmentarzu
6.) żywić się muchami i dziećmi nielegalnych imigrantów
7.) to nie jest śmieszne
8.) kto tak powiedział?

9.) twoja prześladowczyni
10.) „Być odklejonym od rzeczywistości — i wkleić się w ciebie” — najpiękniejsze wyznanie miłosnych głupot. Krzyczeć, powtarzać, aż zacznie się w to wierzyć
11.) starokawalerzyć. Bo ludzie nie powinni brać ślubów; co innego — maszyny do pisania
12.) ...ale tylko samce!
13.) Łucznik i Continental — dwóch jednopłciowców związanych taśmą na wieczność. Słowa przysięgi wystukiwane powoli, z namaszczeniem

XXV. WRZESZCZ, A BĘDZIE CI DANE. SZEPCZ, A ODBIORĄ

Psychonautyczne filmicho leci dalej, ja — Walerian Borowczyk siedzę na grzbiecie ptaka. Ma kamerę zamiast głowy.
Lecimy w kraje tak odległe, jak sąsiedni pokój, tak niepoznane, jak czarne rowy oceaniczne, podmorskie jaskinie rodzące się na sekundę na dnie filiżanki porannej kawy. Krainy toksyczne, napromieniowane w chwili wybuchu reaktora atomowego domowej roboty (jeden głupi Polak chciał przy pomocy takiego ustrojstwa pędzić bimber, albo skontaktować się z duchami przodków — są różne wersje), gdzie nie sposób jest odróżnić człowieka od jego myśli, co zMYŚLniejsi mieszkańcy potrafią nawet budować z nich domy, całe osiedla, kwartały, miasta; inni — biorą śluby z pojęciami abstrakcyjnymi: można ożenić się z nieumiejętnością pisania, albo gry na pianinie, czy wyjść za mąż za własny honor, poślubić żywioną przez siebie nadzieję na lepsze jutro.
Obywatele stojący niżej w hierarchii zawierają małżeństwa in spe z kimkolwiek, kto się nawinie, trafi choćby za dwadzieścia lat. I od razu będzie poślubiony, bez zbędnych formalności.
Nie biorę udziału w tym cyrku, tańcu, komedii godowej, obwąchiwaniu się pod ogonami, znaczeniu terenu moczem, krwią, śliną. Pozostaję kawalerem. Na wieki wieków — kamień. Moją żoną nie jest śmierć (co za gówniarskie metaforzenie! — wrzeszczę znów spoza kadru), a:
a) bzdura
b) cisza
c) niezaradność
d) żadna z powyższych odpowiedzi
Z układanki jaką jestem da sie złożyć psa, wierność, rozdygotane dłonie pijaka. Schlałem się nadfermentowanym tuszem, mam padaczkę alkoholową, tak silną, że podskakuję do gwiazd, wyrzuca mnie do wyższych warstw społecznych, wbrew woli staję się japiszonem, korpoludkiem uwiązanym krawatem (za jaja!) do biurka, księciem Grenlandii Włodawskiej, politykiem nieistniejącego gatunku, łapówkoodpornym Sekretarzem Stanu Slublin, ministrem wojny, potem — propagandy.
Wrzeszczę z głośników, że koniec wszelkich zagrożeń, front odwrócił się na pięcie i odszedł, umarł Florian Konrad, Generalissimus, pies liżący sobie samemu szminkę. Nie przeprosił nikogo, a jeśli nawet — kłamał jak z nut (toccata z fugą d-moll Bacha).
Drwię — cholera by mnie wzięła — znów drwię!
Uwierz, Natalko — z nawracającymi myślami o autodestrukcji można wygrać jedynie poprzez poddanie partii. Więc w zasadzie — przegrać.
Skazuję się na najgłębsze i nieodwołalne milczenie. Może to i lepiej? Przez lata mówiłem to samo, nie trzeba być Lakonem, by umieć zawrzeć moje elaboraciska, trzystukartkowe dzieła w równoważniku zdania.
Tchórzostwo — powiesz. Ja — lekarstwo na najgorszą z pandemii — ŚPP (Światowy Pomór Poetów).
All it dies anyway, życie nie ma sensu poza jednym: ciągłym tego sensu poszukiwaniem. Wierzę Dawkinsowi: geny są samolubne. Poza funkcją reprodukcyjną — nie ma nas, stajemy się zbędni temu najdurniejszemu ze światów. Natura jest okrutna, Boga nie ma, matka nie żyje, pies — też. W telewizji i necie — ciężkie gówno, kot poszedł na panienki. Klecę klecisko, szmeliwo się radośnie szmeli.
Przed kupnem upragnionego mercedesa uchroniła mnie utrata prawa jazdy. Patrząc z szerszej perspektywy, biorąc pod uwagę moją kosmiczną wręcz niezaradność życiową, dwie lewunie łapięta, atechniczność, wysokie koszty utrzymania alfy 156, którą ujeżdżałem parę lat, aż do momentu pamiętnego wypadku na bani, do tego — żałoście skromny budżet, moje mikroskopijne groszęta — naprawdę nie ma czego żałować.
Choć utrata minimalnej niezależności wpędziła mnie właśnie w to: w kartkę. Sprawiła, że szybciej się w nią przeistoczyłem.
Na jabłko Adama, niczym szpulę, nawijam kolejne kilometry taśmy filmowej, wieszam się na sekwencjach obrazów przyszłego, spierdolonego na własne życzenie losiska, albo minionych chwil, życiwy ściętej podczas ubiegłorocznych sianokosów.
Wypleniam siebie-śmieszny chwast, rozdeptuję mysz o złoconej sierści. Zdechł pies-przewodnik ślepego malarza.
Święto dziś, zapal sztuczne ognie, nadmuchaj balony w kształcie głów egzotycznych zwierzaków.
Mam i zawsze już będę mieć nekro-urodziny.
Dziewiętnastego lutego zmarł Jegor Letow. Ja? Kiedyś tam.
Wsio idiot po płanu.

XXVI. NIE WIEDZIEĆ, CZEMU. ZAUFAĆ W CIEMNO

— To, palancie, prawie list pożegnalny, a marnotrawisz miejsce na jakieś głupoty, śmichy-chichy, opowiastki diabli wiedzą o czym, wyliczeniozy, zamiast się żegnać, kajać, albo po gówniarsku kazać czytającym ten tekst w najlepszym razie spierdalać — krzyczy surowa nauczycielka, pani Jadwiga W. Uderza w pulpit kolczastą linijką. Zostawia porysowaną politurę.
Zbywam milczeniem, niech się nauczy bardziej nie żyć, zrobi magistra z ars moriendi, potem — z ars gnilendi, to pogadamy. Niech sprawdzi zaległe wypracowanie, którego nie zadała.
— Chodź, durniu! — jedna z byłych dziewczyn (nie moich, oczywiście! Czyichś, może Shulza, Reymonta, he, he) wyciąga mnie za bety z dusznej klasy, jaką na moment stał się pokój.
Przed domem-szkołą dynda, nie pomyliłem się — DYNDA w powietrzu mężczyzna. Jest nieco poraniony i poobijany, ale zdaje się tym nie przejmować. Błoga mina, półprzytomny wzrok, ekstatyczny taki, orgazmo-spazmatyczny, świadczący, że zwisa mu się lekko i przyjemnie, około półtora metra nad ziemią, na tle dziurawej siatki ogrodzeniowej i pamiętających lata sześćdziesiąte huśtawek.
Szeroko rozchylone ramiona, biodra przepasane… kocem, chyba nawet azbestowym. Trzydziestoparoletni nieznajomy, rozkrzyżowany na zimnym powietrzu, pod prawie burzowym niebem.
— Kto to?
— Nie poznajesz?
— Nie za bardzeńko.
— Bóg, coś go zgubił w dwa tysiące pierwszym roku. Wstydź się, miałeś piętnaście lat! Taki duży chłopiec, kawaler pod wąsem, prawie do żeniaczki — a taki roztrzepany. Zobaczysz — kiedyś głowy zapomnisz. I zapłaczesz, oj, będziesz biadolił, że ostrzegałam…
— Żywy jest? — podchodzę niepewnym krokiem.
— Dotknij, sprawdź — kobieta uśmiecha się nieco szyderczo. Ma przed sobą prawie martwego głupka, który nawet teraz boi się wszystkiego.
Nie ceregieląc się, nie bawiąc w żadne leciutkie poszturchiwanie — biorę zamach i, ile mam siły — walę zaorgazmionego pambucka z pięści w brzuch. Prawy sierpowy. Ręka wchodzi aż po ramię, jak w masło.
— Sztuczny. Galareta cholerna, stułbia modra. Ameba, co chciała zbawiać świat, ale w połowie drogi zapomniała, po co…
— Dokładnie, Flo. Mit ulepiony z plwociny. Wyciągaj, bo się wybrudzisz. Chodź na spacer. Przejdźmy się, póki nie leje. Będziesz Dante, Petrarka, ja — Beatrycze. W ostatnim rozdziale wyprowadzisz mnie z Hadesu. Na piwo. Spoisz jak świnię i sprzedasz do burdelu.
— Dobra! — uśmiecham się wycierając w trawę lepiącą się dłoń.
W pierwszej wsi, którą odwiedzamy, panuje porządek. ór mieszkańcy ustawiają się w dwuszeregu pod domem kultury. Sołtys czyta listy przewin, zbrodni i kar, wyznacza pokuty. Najwięksi zbrodniarze zostają skazani na karę widelca: zamyka się ich w ciemnicy na dobę, daje do ręki wspomniany widelec. Mają wybór: albo przez ten czas, na żywca wyłupią sobie oczy, wybiorą obie gałki oczne I ZJEDZĄ, albo, gdy upłynie doba, zostaną, po uprzednich torturach, spaleni na stosie. Nikt nigdy nie użył widelca.
W drugiej, chylącej się ku upadkowi, kompletnemu wykolejeniu, kobiety chorują na dziewictwo, pozapuszczały pancerne, nieprzebijalne w naturalny sposób błony i za żadne skarby nie chcą się ich pozbyć. Nie pomagają prośby, groźby wyposzczonych samców. Na pannach nad pannami nie robią wrażenia drogie prezenty: brylantopodobne kolie, pierścionki z cyrkoniami, obiecywane morgi, snopy żyta, stada krów, kóz, czy alpak. Nie, bo nie — to jedyny argument, twardy, jak te ich hymeny-ściany sejfów.
Każego roku, na przednówku, rozgoryczeni mężczyźni roztrzaskują o ściany chałup niedostępnych panien gliniane garnki pełne zbieranej cały rok, przypominającej żur, spermy. Gęsta zawiesina cieknie po elewacjach. Piękny, wart kultywowania, ludowy zwyczaj.
Trzecia wieś — to pomyłka, większa Warszawa, czy Szanghaj — zamieszkiwana jest wyłącznie przez postaci literackie z nienapisanych książek. Wyobrażasz to sobie? Całe dzielnice pełne jednej, wielokrotnej osoby: Natalii Konrad, Floriana Jurczuka. Nieco to matrixowskie, co nie? Taki agent Smith, wyjątkowo mało udana replika mnie.
Czwartą wiochę wioch, Żuchalin, należałoby pominąć z litości przemieszanej z nostalgią. Ciągle żywię do tego miejsca dziwne uczucie, jak dzieciuch-konserwatysta do ojca pijaka, któremu, jak sądzi, winien jest bezgrniczny szacunek. Jak ofiara przemocy domowej do swego oprawcy. Jak kilkulatek przypadkowo, pierwszy raz oglądający pornosa.
Ja w trójkącie: Syn-Ojciec-Duch Grzeszny, patrzący z wysokości swojej kretyńskiej śmierci na cały ten łez, rzygów i perfum padół. Jak list pożegnalny do niesprecyzowanego adresata. Jak prawiczek na drugiej randce, wyelegantowany, podmyty w newralgicznych miejscach, ący, że może teraz wreszcie się uda, przekroczy bramy, wilgotne bramki Raju (a tu: gówno, wybranka, patrząc baranowi w oczęta obwieszcza, że z miłości nic nie będzie, przynajmniej nie w najbliższym czasie, bo — jako kobieta nowoczesna i wyzwolona — nie bawi się w jakąś tam skostniałą monogamię, prowadzi dość bujne życie seksualne, co właśnie się zemściło, bo podłapała coś wenerycznego i do czasu wykurowania się — kłódka na cipkę, kluczyk — schować jak najgłębiej).
W piątej wiosze Dehnel z Witkowskim piszą mi powieść, Masłowska jest korektorką i (surową!) recenzentką ich wypocin.
Omijam szóstą wiochę, jest pełna pisarskich melin, nielegalnie sprzedawanych piór, pędzonego nocami tuszu, kałamarzy, w których chlupie inkaust bez akcyzy, metalowych długopisów (podpisz się takim — a oślepniesz!).
Kolejna dziura na mapie — to oaza samokrytyki, gdzie każdy młody szaleniec, rozgorączkowane zwierzę, uznaje swoje winy, staje się pokutnikiem, dobrowolnie zakłada włosiennicę. Ludzie zdzierają tam pumeksami tatuaże, golą całe ciała, wyrywają kolczyki. Depiercing: ze skórą, z mięsem. Często kończy się to urwaniem wargi, albo całego nosa, ale to szczegół. Po co takiemu uroda? Zbrzydł nasz korny cierpiętnik? To i lepiej, będzie swoim widokiem odstraszać kobiety, nie zgrzeszy więcej, no, chyba, że myślą. Na to nie wynaleziono jak dotąd skutecznego lekarstwa.
Krótko bawimy w tej wiosze wariatów. Zostają po nas zgliszcza, otulone sadzą szkielety mnisząt, starców, którzy zrozumieli, że ło zbyt późno.
Ósma wieś to płyta Joy Division „Closer”. I tyle, nic tu do dodania.
Dziewiąta wioska — komedia. Spotykam w niej… matkę. Dochrapała się fuchy sołtyski.
— Czemu ciągle wyliczasz?
— Taki styl. Inni z tekstu na tekst się zmieniają („Nikt nie powinien pozostawiać po sobie 20 książek, o ile nie umie pisać jak 20 różnych ludzi (…) A jeśli umie pisać jak 20 różnych ludzi, to jest 20 różnymi ludźmi” — Fernando Pessoa „Herostrat”), a ja jestem Liczyhrabią z Ulicy Sezamkowej. Arytmomania prozatorska — a co, nie można?
— Za długo trzymałeś moje rzeczy. Trzeba było wyrzucić. Stare ubrania — to nie żadne pamiątki.
— Dobra, dobra. Przyszła pora, dojrzałem do tego — to się zrobiło ognicho. Toksyczne.
— Widziałam.
— Ciekawe, jak. Ci pierwszej oczy wygniły, jak lisowi.
— Ma się swoje sposoby — uśmiecha się i widzę, że jej usta są pełne ziemi.
— I po co chcesz to zrobić?
— A, tak sobie. Pielęgnuję choroby, pełnoobjawowe zjebofrenie. Pocałuj w dupę papieża — wypalam nagle. Rodzicielka patrzy jak na wariata, któremu po latach względnego zaleczenia odnowiło się, w głowie odrósł guz schizofrenopatyczny.
— Nie mów, że nie spotkałaś tam… — pokazuję palcem na niebo — żadnego… żadnej… Są, przewalają się, całe masy sztucznych Matek Świętych. Zostawiłaś w szufladach całe wiadra papieży: obrazki, książeczki, broszurki, nawet kasetę wideo z nagraniem spotkania z wiernymi w Siedlcach.
— Byłam w 1999, przecież wiesz.
— Został po tobie i babci religijny pierdolnik. Wiesz, ile sacro-gówna musiałem wyrzucić w ogień, żeby żyć w jako-takim komforcie psycholo…
— Jeszcze święte obrazy pozdejmuj, zniszcz. Zostaw puste ściany.
— Ile razy planowałem… Ale durno by to wyglądało. Względy estetyczne przeważyły. I wisi, bozia na bozi, jedna drugiej patrzy w puste oczy. Szuka tam czegoś. Potwierdzenia, zaprzeczenia? Nieee, one wiedzą wszystko, są świadome jałowości…
— Zabrali ci prawo jazdy. A ostrzegałam, że tak się skończy jeżdżenie po pijaku. Niczego nie uszanujesz…
— Ciebie — szanowałem.
Cisza. Wymowna. Widzowie wychodzą z teatru, reżyser zasnął i nie kontroluje tego, co się dzieje na scenie. W Polsce przestano kręcić filmy, wszystkie produkcje wstrzymano do odwołania.
— Zaprzecz. No — powiedz, że nie.
Pęka tablica z nazwą fikcyjnej miejscowości. Nawet duchy emigrują do Żuchalina. Za chlebem. Choć… po co im chleb? Ich żołądki zgniły w poprzednim rozdziale.
— Więc byłem złym synem, tak? Przykłady jakieś. Że piłem troszeczkę — wiem sam. Inne!
Moja mama, zmarła w dniu swoich 61. urodzin, 29 stycznia 2011 roku, rzyga ziemią. Wyrastają z niej kolorowe, wiosenne kwiatki bez nazw. Pędraki, małe chrabąszcze, liszki, kosmate i urocze posuwidełka. Larwy-szeptunki. Dżdżownice-pięknice.
Wreszcie: węże, których tak się za życia bała.
— Ależ tego miałaś… — mrużę oczy.
Babcie i dziadkowie też wyłażą spod ziemi. Aż nie wiem, co powiedzieć. Sztywnieję cały.
— Dawno się nie, ekhm… widzieliśmy… — brzmię dziwnie oficjalnie i sztucznie. W jednej chwili straciłem rezon. Strach we mnie rezonuje, dudni.
— Streszczaj się, czas ci się kończy — przytomnie zauważa dziadek Władysław.
— Co z tego? Mam się dalej rozliczać? Z pętlą, linką holowniczą? Pierdzielę to. Strzelba wisi. Milczy w ostatnim akcie.
— Dałoby się ciebie leczye nie podjąłeś… — biadoli matka, a raczej to, co po niej zostało po hafcie kaskadowym.
— Wybiałkowałem oborę. Mój ostatni duży projekt, nie licząc niniejszego tekstu. Nie odnawiana wewnątrz, nigdy. Było wapno, pędzel ławkowiec, ocean wolnego czasu, że tak se pocytuję, drabina — to wziąłem się i obieliłem ściany. Parę godzin, jedno popołudnie — a jaki efekt! — śmieję się, że wykonałem kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty.
— I gnój — też wywiozłem. Taczkami. Suchy, stary, przeleżany, nic a nic nie śmierdział. Teraz można by tam dyskotekę urządzić. Normalnie — sala weselna. Balowa. Czyściej, niż niekiedy w moim pokoju.
Mamuś (1950—2011) przestała haftować jak świnia. Patrzę na „dzieło”. Można by rzec, że pod stopami mam cały świat. Nie chcę go.
Najostatniejsza ze wsi to… makatka. Nie muszę chyba wyjaśniać, czemu. Od ponad stu dekad mieszkam w wiosce ulepionej przez siebie z kosmatych lin holowniczych, pajęczych przędz. „Sołectwo wisielców” — dobry tytuł dla parodii filmów grozy.
Chwila prawdy, Nati: choć jesteś mną i we mnie, nie możesz dostać się do wszystkich wspomnień. Zahasłowane pliki są pełne bardzo osobistych wątków. Ocierasz się o całość wiedzy, niczym zboczeniec w tramwaju. Mentalny frotteryzm.
Niemal wszystko, co wrzucam do niniejszego tekstu-weka jest skażone, zdegradowane. Dociera do mnie, że kostucha, zamiast w czarnym płaszczu, chodzi w hawajskich koszulach i rozciągniętych, równie kolorowych majciochach. To miła dziewczyna świeżo po maturze. Ciągle zastanawia się nad wyborem kierunku studiów. Początkowo myślała o medycynie, ale to wydaje się zbyt oczywiste. Może gender studies, jak sądzisz?

XXVII. POSTANOWIENIA POCZĄTKOWE

— Co widać z wysokości pióra?
— Cały pokój skurczony do rozmiaru świata. Mania samobójcza, osobowość unikająca — zredukowane do poziomu starych, rosyjskich piosenek rockowych.
— Miały być postanowienia…
— Przecież są. Zamknij mi oczy. Bardziej. Wszystko postanowione już na starcie… Teraz otwórz, podważ mi powieki na siłę, podlewaruj, a oboje zobaczymy, że nic się jeszcze nie wypełniło…
— Jesteś pijany!
— Nie da się ukryć. A teraz na poważnie. Ponieważ prawie nie żyję — postanawiam:
— nie zostać ojcem
— nie prowadzić samochodu, ani jakiegokolwiek środka transportu, z elektryczną deskorolką włącznie, pod wpływem alkoholu, lub podobnie działającej substancji
— mógłbym zostać matką, podobno post mortem to wykonalne i w pewnych kręgach — bardziej, niż powszechne
— postanawiam dalej się łuszczyć, doskonalić w kłamstwie, mówić do kota, jak najpieszczotliwiej, jednocześnie złorzecząc mu w myślach, bo mnie podrapał, chuj jeden, i mam blizny na przedramionach; ja mu kupuję karmę, mleko, a ten łobuz rzuca się z pazurzyskami na rękę, co go głaska…
— kochać to, co niewarte miłości
— wierzyć, że istnieje droga ewakuacyjna z Żuchalina (może w lewo, za figurą Berii-nepomuka? E, tam tylko kamienie się zawracają…
— wątpić w jakikolwiek Trybunał Ostateczny.
„Bęben jest pełen. Następuje odwrócenie klepsydry. I rozpoczynamy losowanie siedmiu liczb” — mówi, głosem Rembiszewskiego, Nauczycielka. Pani W. prześladująca mnie w snach. Wiem — pokpiłem sprawę, z ostatniej kartkówki — pała, sprawdzian z biologii — jedynie dwója na szynach… Ale słabe wyniki w nauce, pisanie wypracowań nie na temat — to jeszcze nie powód, by się znęcać. Mobberka cholerna, mobbistka, którą podnieca wyżywanie się na słabszych, nad którymi ma kontrolę, władzę. Syndrom portiera. Syndrom pomocnika kata, co myśli, że jest panem życia i śmierci.
...mylisz się — jesteś tu od podawania topora, później — wycierania czerwonych kałuż. Ja sam jestem wykonawcą wyroku.
Trauma szkolna? Po tylu latach? Czemu długie dziesiątki godzin śniłem rozkrzyczanych sadystów soczyście, siarczyście opieprzających kilkuletniego mnie, ucznia kiblującego kolejny rok w czwartej, może piątej klasie podstawówki?
Czas rozrachunków:
— seksualność… to przemilczmy, choć nie ma ku temu przesłanek
— filozofia… jest nudna — odpowiadam z rozbrajającą szczerością
— uśmiech… to istny traktat rozbrojeniowy, na mocy którego wieś Żuchalin zobowiązuje się o jedną siedemnastą zredukować arsenał nuklearny, zminiejszyć liczbę głowic do… [nie chcę wiedzieć, ilu]
— wyrzuty sumienia… Przepraszam cię, motorowerze Komar sport, rocznik 1974 za to, że nie umiejąc jeździć doprowadziłem tobą do kolizji z traktorem Ursus C-360 prowadzonym przez Ireneusza O., w wyniku czego poniosłeś śmierć. Męczeńską. Na usprawiedliwienie dodam, że byłem wtedy gimnazjalistą, a deumiejętności kierowania pojazdami wszelakimi, antypredyspozycje wyssałem z mlekiem matki. Przepraszam rozbitą na bani alfę. Romet komar sport (1974—2002), Alfa romeo 156 (1999—2015) — na zawsze w mojej pamięci. Wiedzcie, że z powodu waszej straty po dziś dzień jest mi nieopisanie przykro.
Przepraszać innych rzeczoistot, typu połamane kiedyś tam krzesło obrotowe, rozbita lampa, zjedzona konserwa turystyczna wołowa, rzeczoosób, którymi z rozmysłem i cynicznie się posługiwałem i które zużyłem, zjadłem w całości, częściowo, lub jedynie posmakowałem, trąciłem lekko koniuszkiem języka; osób, którym ze wzajemnością stanąłem w gardle, które odbijały mi się czkawą, powodowały refluks, zgagę, skutkowały nadkwasotą; osób przeze mnie połamanych lub odnowionych, stworzonych na nowo z tuszu, tanim, zielonym piórem; osób, których przez kadrowanie wywaliłem ze wspólnych zdjęć, wykadrowanych dziewczyn, do których wzdychałem będąc trzydziestoparoletnim paacholęciem, dziwek z pornosów, do których wiadomo, co robiłem; wszystkich przyszywanych braci w wierze i niewierze, ludzi-maskotek, pióropuszy, ludzi-cedziłek, desek do prasowania, wreszcie: bezludzi i antyludzi — nie zamierzam.
To tyle auto da fe, filozofiad. Tka się makaciątko, plecie się sznurzak. Zaciskają pętelki.
Opublikowany: 30-09-2019 00:05 przez: floriankonrad
Dodaj komentarz
Właściciele serwisu nie odpowiadają za treść umieszczanych utworów i komentarzy. Wszelkie uwagi prosimy kierować bezpośrednio do ich autorów. Wszystkie utwory i komentarze zamieszczone na stronie podlegają ochronie. Zabrania się ich kopiowania, przetwarzania lub rozpowszechniania bez zgody autorów.
Komentarze (0)
Ten utwór nie posiada jeszcze żadnych komentarzy
(c) 1996-2019 by SOKARIS, http://www.sokaris.pl
Strona wygenerowana w: {_Chrono} s