literacki serwis recenzencki e-poezja
(wersja serwisu: 0.10.21 z dnia: 06-05-2016)
(c) 1996-2019 by SOKARIS, http://www.sokaris.pl
Załóż konto
lub
Zaloguj się


Do przeglądania polecamy:


FireFox Web Browser
Wiersz z listy autora o pseudonimie floriankonrad
<< Poprzedni wiersz tego autora Następny wiersz tego autora >>
Pokaż wszystkie wiersze tego autora Dodaj do ulubionych
Bezstratne (OSTATNIA CZĘŚĆ, ZAKOŃCZENIE POWIEŚCI)
XXVIII. ROZDZIAŁ WSTECZNY



— Czego żeś nie pojechał na Lady pank? — pytam kiwające się naprzeciwko mnie, napuchnięte zwłoki. Papieros ledwie tli się w kąciku ust, prawie zgaszony przez cieknącą coraz szerszymi strużkami ślinę.

— Tak się nastawiałeś, nastawiałeś, a teraz co — wóda się okazała ważniejsza? Kupiłeś oświetlenie do bike’a, zamiast zrobić w skuterze — naczepiałeś latarek do roweru… „Co jak co, ale lejdipancurów — nie odpuszczę” — mówiłeś…

Krzycho patrzy z ukosa. Nie wiem, na ile jest jeszcze w stanie rozumieć ludzki język.

— …oś ci powiem. I skuter — gówno, i rower — też gówno. o jak spadać, młody, to z wysokiego, kurwa, konia. Jak rozbijać — to porządną furę…

Kręcę z politowaniem głową. Zapowiada się, słyszana pięćdziesiąt razy, opowieść o rozbiciu po pijaku czarnej alfy 156, prawie tygodniowym pobycie w szpitalu, pięciu tysiącach kary, dwóch miesiącach pierdla w zawieszeniu na dwa lata… Stara śpiewka, zgrana płyta. Charczący głośnik adaptera Bambino.

Matka wraca z kuchni z parującą kawą, siada obok pijusa, jakby chciała po raz n-ty wysłuchiwać wspominków alkoholika-kombatanta, historyjek z dreszczykiem o ciężkich bojach z gorzałą i kratami piwa, walką na śmierć i życie ze złowrogim kacem, zdradzieckimi promilami, co potrafią ni z gruchy, ni z pietruchy powalić z nłowieka, upokorzyć bez dania racji, wepchnąć w błoto, do rowu, czy pod samochód; o przedzieraniu się na tyły wroga, akcjach dywersyjnych, małym i dużym sabotażu, tytanicznym wysiłku, jakim jest wojowanie z zaprzysięgłym wrogiem — tupotem białych, czerwonoślepych mewisk.

— Afera, hep, mercedesyjna, o mało co nie była — zaczyna z innej mańki Krzysiek.

— Pewnie do tej pory jeszcze stoi w Rylkach, na pasie, kuźwa, drogowym, na poboczu… i czeka, jak ta kurwa podstarzała, na klienta. Na wabia wyciąga pysk, wysuwa mordę trzeciej młodości…

— Co ty pieprzysz? — matka traci cierpliwość.

— Chciałem go kupić! — ogłasza jej meno (desperatka pieprzona, by związać się z kimś takim!).

— Jadę po te kurewskie żarówki, w Restliwej nie ma, wiesz — co będę po allegrach szukał… na rower — i do Moto-hurtu, do Rylek. Już nie pamiętam na jakiej ulicy, ale mało ważne, przed bramą, wyjechany z posesji, stoi. Baby benz, W201. Sto dziewięćdziesiątka tak zwana. Z kartką na szybie. Sprzedam, rocznik 1990, zarejestrowany w Polsce, co przecież, kurwa widać, bo zarejestrowany, na białych blachach z peelką, z logiem Unii… to gdzieżby był? Kolor — buraczkowy, wykwity rdzy na drzwiach — o taaaakie! Plamy opadowe, brązowa ospa, karoseria obsypana, obżarta! Na alusach, chyba, albo to tylko takie jebutne kołpaki były… Jak taka masakra, szankry rdzawe widoczne gołym okiem — to wyobraź sobie, jak musi w nim wyglądać podwozie, amortyzatory, podłużnice… — ły właściciel wraku nalewa sobie kolejny kieliszek. Bierze flaszkę, potrząsa.

— Ledwie się na dnie kałacia… — i wlewa resztkę gołdy do kubana, robi kawę prądową, elektryczne Sati melange rouge.

— …a ja, durny myślę — a, kupię! Żeby miał u mnie z pół, czy jeden kilometr zrobić tylko — ku-pu-ję! Po co? A żeby mieć. Tak dla samego mania. Chęć posiada… posiadawcza — Krzychowi znów włącza się we łbie bajarz. Jak pisał Brzechwa: „Mów, Szaławiło, mów, słuchamy twoich słów”.

— ...by było niczym w przysłowiu: „Nie miała baba kłopotu — kupiła sobie prosię”. Widzisz, że to, kurwa, strucel, gorzej, niż rzęch, że na złom się bardziej nadaje, niż na sprzedaż, a mimo wszystko chcesz go… Ty — w diabła chyba będę wierzyć! Podszeptywał mi, kusił, namawiał, żebym wypieprzył parę kafli w gówno… Nie mam prawa jazdy, ktoś by, mnie musiał wozić, a kto normalny kupuje samochód, żeby nim jeździł na przykład sąsiad… I jeszcze — proś go, czy by się łaskawie zgodził, PŁAĆ, żeby korzystał z twojego, zamiast ciebie… Mam jeszcze drugą, w reklamówce — uśmiecha się alkonauta.

— Toż to najgorsze frajerstwo, żeby nie powiedzieć — przecwelenie się… Kup długopis, żeb nim kto inny pisał — to już chujnia, a co dopiero sa-mo-chód! …zarejestrowałoby się, oczywiście, na ojca… maksymalne zniżki na OC…

— Skocz, Marek… — matka rozpiera się na fotelu, siorbie 220-voltową kawę. A ja mam jej lecieć po wódkę, tak? Choć to ze dwa kroki — takiego wała…

— I co, czegoś nie kupił?

— Bo trzeba mieć mózg, młody. Zdałem se sprawę, gdzie bym tym mercem pojechał. Do pierdla — w pierwszej kolejności. Alfą się nie wjebałem — to trzeba próbować dalej, do skutku, co? Nieee… zeee… mną te, kurwa, numery. Chciałem dobrze, myślę: ktoś by zawsze w zimie podrzucił, czy po zakupy, czy do lekarza… Ojciec wiadomo — swoje lata ma, sam już nigdzie nie pojedzie… Ale, słuchajcie — jestem zbyt nieodpowiedzialny. Korciłaby bida, żeby brać, zwłaszcza na cyku, bez prawka i po pijaku… To już by byłą recydywa, trybisz? Ciężko bym siedział… Takie gówno, przejażdżka własnym samochodem, kupionym za oszczędności, efektem wyrzeczeń, powolutku, nie przekraczanie dozwolonej prędkości… a potem kiśnij pod celą z chuj wie, kim, z bandziorami, bój się ich, drżyj, he, he, o dupsko, w najlepszym razie — rób za sługusa, by mieć święty spokój, daj sobą pomiatać, bo zachciało ci się wsiąść do swojego auta i podjechać do sklepu po więcej alko… No faktycznie — gangsterka straszna… Ale mało brakowało, jakbym miał czym — zapisałbym numer telefonu z szyby.

— Ile chciał?

— Nie było podanej ceny. Ale za takiego strucla, jeśli nie był typowym burakiem, nie drożył się, to myślę… może… no góra dwa — trzy tysiące. Cwaniaczysko jakiś by mi pieprzył za uszami, że to klasyk, legenda szos, do lekkich poprawek blacharsko-lakierniczych, uczciwas, poczciwina — że widzisz, co jest: truchło, niech ci przejeździ rok — dwa, jak podremontujesz — może i ze trzy, ale co tu ukrywać, kręcić z gówna bicz… Napaliłem się, strasznie… No idź, Marek, posiedzimy, pogadamy. Taka chcica wtedy wzięła, żeby znowu mieć automobil. Własny.

— … a potem — gnić w pudle ze zwyrodnialcami…

— Właśnie, o to to. Względy, kurwia mać, praktyczne przesądziły sprawę. I mój szczeniacki charakter — Krzysiek podnosi się z niemałym trudem.

— Moment, zaraz drugi bocian przyleci.

— Tyle choć dobrze, że masz tego świadomość, czasami coś zaświta pod deklem, opamiętasz się w porę…

— „Raz na milion, raz na milion świetlnych lat”: — nuci Krzycho wychodząc, wykiwując się mocno marynarskim krokiem. Usiłuję go sobie wyobrazić siedzącego w zajeżdżonym mercu. Próbuje odpalić trupa, klnie, wrzeszczy, półjęczy, w końcu zaczyna płakać, dostaje pijackich spazmów. Rzewna piosenka grupy Samiśta chudobę wyrżnęli, a teraz na czarta zwalacie, czy jak tam się ta jednoosobowa supergrupa, cover-band samej siebie, zwie.

— Jednoślad, nawet taki pierdopęd, pięćdziesiątka — to jednak wolność — mówi wracając z następną połówką wody diabelskiej plastikowy Easy Rider.

— Można to porównać do samolotu i motolotni, zgadzasz się, Natalia?

Matka nie odpowiada, patrzy z ukosa.

— Pierwszy — puszka, siadasz i lecisz, jakbyś jechał autobusem, tyle, że nad ziemią. A do drugiego wsiądziesz — i ci, kurwa, od razu wyrastają skrzydła u ramion, he, he. Czujesz pęd, wiatr, obcujesz z przestrzenią, a nie dusisz się w smrodzie filtrowanego przez klimę powietrza, zmieszanego z… hep… żarciem, kurwa, współpasażerów, ich potem, babskimi perfumami. Na lotni i motorze, motorku, jesteś a-nio-łem! — rozlewa do kieliszków przezroczystą i cierpką bocianią ślinę.

— No, zdrowie. Tych, co na morzu. Na harleyach, indianach, chopperach, cruiserach. Co ujeżdżają skutery, smimsony, romety. Nasza… — milknie nagle, urywa przemowę Krzychu. Sinieje, zaczyna spazmatycznie kasłać.

Żeszkurwaniewtędziurkę ło, khe, kheee, ftfu! Co ja — po wylewie jestem, gardło mi się zwężyło?? Mam porażone tam mięśnie? No nie idzie razem ze śliną do żołądka, tylko wpierdala się w tchawicę, bladztwo.

— Bocian chce cię zadziobać.

— ...się nie śmiej… Masz, pij. Tylko — bez zapojki. No, pokaż, kurwa, klasę, młody! — nalewa dobre pół filiżanki. Łapy mu drżą jak parkinsonowcowi w ciężkiej delirze. Aha — mam pić, bo kochaś matki tak postanowił, wódkę razem z fusami, po irlandzku…?

— Zwariowałeś? Nie lej mu — stara próbuje wyrwać flachę.

...eee, daj spokójjj, duży jest, niech się uczy życia! Pójdzie na studia zaprawiony — będzie jak znalazł.

— Ma czternaście lat, wariacie.

— …ja w jego wieku już z pięć — sześć razy leżałem w krzakach, he, he.

— I jak skończyłeś? — odsuwam filiżankę pełną błota.

— Chociasz kielonek. Peniasz…?

— Postaw porządnego łyskacza — to może się napiję. Nie berbeluchę z dyskontu.

— …i wyrzygasz szybciej, niż myślisz. Do żołądka nie zdąży dojść, jak ci się cofnie! — szydzi kryzysowy narzeczony matki. W jego łepetynie walą się w gruzy zamki pobudowane na piasku. Ciągle, od lat, pełno w szkle. Polski Kilmister dzielący nałóg z Lemmy’m.

Lepszy Lemmy, niż leming — można by rzec; Krzychu udaje spoko zioma, ale wszyscy wiemy, że maskuje tym swoje ciężkie degenero, nałóg as fuck. Zgrywa kumpla nad kumpli, a starej to chyba pasuje, pomimo ekscesów do tej pory nie kopnęła w dupę i nie pogoniła eksperymentalnego zapiewajły… O — to zajebiście dobre określenie, może będę go tak nazywać?

— Zdrowie! — biorę kieliszek pełen — czystej tym razem — jak sama nazwa wskazuje, czyściochy. Od jednego chyba jeszcze się nikt nie zawinął.



XXIX. OBSZAR WYŁĄCZONY Z UŻYTKOWANIA



Rozbijając na atomy, chlaszcząc, bezmyślnie i brutalnie dokonując rozbioru (mało)logicznego siebie-Florka, mieszając w to jego-naszą zmarłą matkę, wrzucając wspomnienia do rębaczyska, maszynki do mięsa, czy innej krwiożerczej machiny, paradoksalnie usiłowałam się… scalić. W tym drenowaniu-przenicowaniu umysłu mężczyzny, którym się stałam, jednocześnie — swojego ojca, była metoda. Próba głębszego zrozumienia, wszechpoznania.

Zielone pióro to rakieta, raz wystrzelona w kosmos nigdy nie wróci na Ziemię, będzie krążyć dookoła niej, krugom i krugom, aż wytraci całą energię i roztrzaska się, na centymetry przed wejściem w jonosferę zderzy się z dryfującymi wokół Błękitnej Planety, półwidzialnymi obrazami (bariera chroniąca przed atakiem kosmitów).

Człowiek umierający z powodu zadławienia się wspomnieniami, w dodatku — niemal cudzymi, zmaskulinizowana Natalia Jurczuk w agonii, zakrztuszona nie swoim dzieciństwem, nastoletniością, pisząca egzamin przejrzałości, obcą dłonią.

Florciowi nie chciało się żyć, więc wyciągnął mnie za włosy z kałuży tuszu. I połknął. Usiłowałam się bronić, ale — sami przyznacie — co może zrobić mała, dwuwymiarowa kobietka w starciu z tytanem?

Ech… Jedyny plus tej transgenicznej transformacji jest taki, że przy okazji odmłodziłam się o ponad dziesięć lat, nie jestem już po czterdziestce.

Śmierć, bo można to tak nazwać, nie zatrzymuje, a cofa zegary. Klepsydra przewraca się jak — nie przymierzając — napruty Krzysio na plastikowym rumaku.

Wracamy do punktu wyjścia, bajka leci od nowa. U „Maxima” w Gdyni straszą duchy ladypunkowców. Koncert w fikcyjnej miejscowości finalnie się nie odbył (kto normalny chciałby występować w próżni, udusić sie z braku powietrza nie dośpiewawszy nawet jednej piosenki?).

Dziejemy się, Krzysiu, historia jest pisana jeszcze raz, tyle, że o wiele wyraźniej.

— Więc — co, rozstajemy się? — patrzysz wzrokiem zbitego kundla. Zbyt błagalnie jak na ciebie, w ogóle — jak na faceta. Zuleglały, mikrutki dzidziuś boi się, że straci ulubione zabaweczki, porzuci go mamunia i odchodząc zabierze pudełko klocków, dwa kartony pluszaków.

— Coś ty, przestań. Nawet tak nie żartuj… Czemu miałabym cię zostawić? Przez brak… tego? Seksu?

— Dokładnie. Przecież wiesz, jakie to ważne.

— Nie dla każdej…

— Pierdol, pierdol. Dla każdej, bez wyjątku. Nawet dla zakonnic, stuletnich bab. Bez tego się nie istnieje w pełni — masę osób ci tak powie.

— Piotr dzwonił. Nie może się spotkać, Weronika ma zapalenie płuc, jest w szpitalu — sama nie wiem, po co to mówię, co obchodzą Krzyśka problemy mojego drugiego kochanka.

— Szkoda. Rozerwałabyś się…

— Przestań…

— A może zróbmy tak: spróbuję się, znowu, przełamać. Tiaaa, zaraz mi wyjedziesz, że to na nic… — Krzysiek chowa butlę do kieszeni dżinsów.

— …że mogę na rzęsach stawać, a i tak się nie przełamię, Viagra, hiszpańska mucha nic nie pomogą na brak chęci… Czekaj, będzie, kurwa, teatr. Pozgrywamy się, co?

— …!!!

Całuje, oczywiście z języczkiem. Namiętnie, z czułością, jakby się przy tym modlił. Amant z dwoma, jak nie lepiej, promilami w ślinie. Z promieniami zachodzącego słońca w oczach.

Kocham go. I nie mogę naprawić, poskładać. Dziecko, które ciągle jest, wylazło ze środka, przebiło się przez klatkę piersiową jak mały Obcy na filmach z Sigourney Weaver, wyciągnęło rączkę. Pomieszało i ciągle miesza puzzle, nie pozwala ułożyć z nich pejzażyku. Coś w Krzyśku nakazuje mu być stale niedokończonym, w wiecznej budowie. Być obietnicą bez pokrycia, pragnieniem nie mającym szans realizacji.

Wróg wewnętrzny, wściekły rottweiler rozszarpujący osobowość, jakby była obiciem kanapy. Krzysiula z gąbki w szcząkach własnej niemocy.

— Tfaaak bafdzo cię kfocham…

— Fiem… — gadamy mając siebie nawzajem w ustach. Żując języki. Krzyśkowy smakuje jak ścierka nasączona benzyną ekstrakcyjną, mimo to przedłużający się pocałunek jest cudowny. Wykurwiście namiętny.

Schodzi niżej. palcami. Rozpina mi spodnie, zsuwa je.

— Odpfuść… — mówię przekornie, choć wszystko we mnie krzyczy, że tylko byś spróbował choć pomyśleć o oderwaniu się… ode mnie… zabiłabym, wydarła oczy wczoraj zrobionymi hybrydami.

Liż. Wulgarnie, kolokwialnie, językiem, kurwa, potocznym. Schamiej do reszty i strać, co masz do stracenia. Daj mi się przebić. Na wylot. Nie udawaj aseksa… Chcesz? Kupię ci mercedesa z wygniłą podłogą, sorry — na innego mnie nie stać — i będziesz jeździć jak Fred Flinstone — odpychając się stopami od ziemi. Tap, tap, tap, jabadaba duuuuuuu…

Ja nie mam nic, ty nie masz nic, a razem właśnie mamy tyle, żeby se kupić baby benza z dziewięćdziesiątego roku. Wsiadaj, Krzysiu. Zapnij pasy i trzymaj się mocno., Zaraz dojedziemy do ziemi obiecanej. Od Restliwej Góry — aż do samej Włodawy, a co! Dotapiemy, dotoczymy się, choćby za parędziesiąt tygodni, spragnieni, wygłodzeni, śmierdzący potem, w klejących się do ciał ubraniach. Przeszczęśliwi. No, nie daj się prosić… Pozwól zrobić sobie prezent…

Majtki lądują na podłodze. My — również. Obok łóżka, na sinym, jak wszystko w Alzheimerostanie, gumoleum.

Staram się skoncentrować, nie myśleć o czekającym po śmierci mamy remoncie, skąd wezmę na niego pieniądze, może ogłoszę zbiórkę w necie, na platformie crowdfundingowej, napłaczę, wystosuję błagalny apel do ludzi dobrej woli, by zrzucili się nam, biednym, na nowe meble, albo chociaż oddali swoje stare; nawet dwudziestoletnie stoły, szafy W NORMALNYCH KOLORACH są lepsze od tej tutaj sinicy, przyjmę wszystko z pocałowaniem w ronię, Marek też, ucieszy się, kiedy jego dom przestanie przypominać kałamarz pełen denaturatu; na razie — trzeba się przemęczyć, dwa lata, może więcej, póki babcia jeszcze choć trochę kontaktuje — nie ma mowy o jakichkolwiek, choćby najdrobniejszych zmianach, „nie rusz” i „nie rusz, to moje, co się będziesz rządziła? Było siedzieć przy mężu, nie rozwodzić się. Oszczędności życia wydałam na zmianę wystroju, pilnowałam, żeby wszystko było pod kolor, nogi schodziłam za zasłonami, za ceratą, lampą, a ty teraz, niewdzięcznico, chcesz to popsuć? Taka wyrodna jesteś, że nawet nie dasz się nacieszyć efektem…? Jak ci tu tak źle, ciasno, nie odpowiada mieszkać — to zabieraj synka i…". Cholernie źle się słucha takich wyrzutów, choć trzeba wziąć poprawkę, że w dużej mierze to choroba za nią gada…

Rozchylam uda. Szerzej, niż jest to możliwe. Nadeszła jesień. Krzysiek kaleczy palce próbując otworzyć łupinę kasztana. Nie zraża się, mały Herkules, ciągle próbuje szczęścia. Walczy z niemocą.

Chce mi się śmiać, tak do rozpuku, zmiażdżyć mojego staraczka rechotem. Zdeprecjonować, niechby poczuł się… zdradzony? Zeszmacony?

Milczę. Student klitorystyki, bardzo spóźniony na pierwsze zajęcia, wchodzi czerwony ze wstydu. Kornie przeprasza wykładowczynię, jak wczesnopodstawówkowe dziecko obiecuje, że to się już więcej nie powtórzy. Zgarbiony, kuląc się we wnętrzu za dużej bluzy z Supermanem, zajmuje miejsce w przedostatnim rzędzie, z plecaka-kostki wyciąga kajecik. Myśli, ciemniak, że będzie dużo do zapisywania.

Dziewięćdziesięciosześciokartkowy zeszyt czeka na pierwsze literki. Kleksy. Skreślenia (w nerwach nietrudno o pomyłkę, ze stresu łatwo jest coś źle usłyszeć, a i bywa, że rozdygotane dłonie same prowadzą nieszczęśników na manowce, wędrują w miejsca zakazane, robią niewybaczalne orty).

Wyluzuj, zaraz wszystkiego się dowiesz. Do końca dnia twój indeks zapełni się tuszem. Może nawet dostaniesz pochwałę od samego rektora…

Albo ciężki wpierdol od koleżanek z roku, jeśli zawalisz kolokwium.



XXX. NISZCZENIE PAMIĄTEK



Matka nie żyje, więc mogę zrobić z nią, co zechcę. Dowolnie i w najróżniejszych kontekstach, że się tak durnowato wyrażę. Eksploatować. Może nawet — kompletnie zużyć, zamordować definitywnie podczas pośmiertnej wycieczki do ciemnego, zaoceanicznego kraju, gdzie ludziom z braku dostatecznej ilości naturalnego światła kompletnie odbiło.

Panoszę się i dominuję, to nasz, Florciu, a w zasadzie wyłącznie mój tekst. Przejęłam kontrolę nad mózgiem nosiciela-żywiciela, zatopiłam macki w umyśle, który oddał bez walki. Zajęłam pustotan i dokonuję bieżących napraw, czym chronię go przed całkowitą ruinacją, zagrzybieniem. Terminowo opłacam rachunki za media. Społecznościowe. Publikuję posty na florkowym fejsie, udzielam się na portalach dla pisarzy-amatorów, grupach wsparcia („Wygrać z depresją”, „Wygrać z grafomanią”, „Internetowe stowarzyszenie kompulsywnych wierszokletów Jednina”) — gdzie daję dobre rady biednym maniakom klawiatury, nielotom obrosłym w ciężkie, metalowe pióra.

Mamuś można wplątać w akcję najpojebańszego opowiadanka, zwalić na nią winę za zbrodnie głównego bohatera, posłać na do(nie)żywocie do pierdla, albo wymierzyć jej karę widelca (niech dłubie w oczodołach, nic tam nie znajdzie).

Matka — w pełni sterowalna zabawka, całkowicie zależna od mojej woli. Jej rączki, nózie, gardziołko należą do zielonego pióra. Tu wszystko należy.

Wracam do tworzonej historii, to znowu z niej wychodzę, przeciągam się, śpiąca i znużona niewyobrażalnym gorącem (wentylator, nieborak, robi co może, ale efektów — bardziej, niż brak). Próbuję rozruszać spatynowane kości, robię skłony, przysiady (joga dla wyjątkowo opornych: zastygnij w bezruchu, skamieniej, niech stalówka nagina te wszystkie prawajangrivanfrizensanny, wypacać ledwie żywe ze zmęczenia słowa).

— I widzisz? Nie było się czego bać — przytulam się do Krzyśka. Ciężko, astmatycznie oddycha. Charczy. W piersiach ma zardzewiałe organki.

— No… nie. A kto powiedział, że się bałem, choć przez sekundę? Nie bądź jak Smerf. Nadal się nie rozumiemy. Nie chcesz zatrybić, co to jest aseksualizm.

— Kto?

— A, taki jeden burak. Mniej, niż nikt. Mój sąsiad.

— Taką ma ksywkę?

— Nie, kurwa, na chrzcie mu nadali: „Ja ciebie chrzczę, Smerfie, w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen”. Jest niski, nie jakiś karzeł, czy liliput, ale wiesz, jak to jest — ludziom na wsi, zwłaszcza prostakom, dużo nie trzeba, wystarczy byle co, żeby się dopierdolić. Wyobraź sobie jakiegoś kolorowego hipstera, tęczowego, propagatora elgiebetu… Słuchaj: śmieszno is trasz… i obrzydliwie. Ubzdurał sobie, palant, że się… boję. Wa-gi-ny. I powtarzał to każdemu, kto chciał słuchać i kto nie…

Uśmiecham się.

— Doszło do mnie oczywiście przypadkiem. Wszyscy naokoło wiedzieli, tylko ja nie. Żonę ma śmieszną: otyłą, nawet bardzo, z zezem rozbieżnym, jąkającą się, a to jąkanie polega na przeciąganiu głosek i teraz najlepsze: upośledzoną umysłowo. Po szkole specjalnej.

— Nie pieprz.

— Naprawdę! Pieprzył to on — niepełnosprawną intelektualnie, co jest tak obrzydliwe, flaki się przewracają, jak o tym pomyślę. Wyobrażasz sobie taki cyrk? Ja… chyba nawet nie wiem, czy bym mógł. Wyobraźnie za płytka, w pale się po prostu nie mieści. Rozpity od wczesnej młodości, kto by takiego chciał… Niech się cieszy, swojemu Bogu dziękuje, że choć taka się napatoczyła. I niech płacze do swego bożulka, błaga, żeby zabrał czorta. Zgłupiała jeszcze bardziej, po paru latach „szczęścia i radości” z alkoholikiem dostała, albo ujawniła jej się schizofrenia. Trafiła kosa na kamień, oboje raboje, jak to mówią. Tylko dzieci szkoda… Ja pierdolę mieć takich rodziców. Addams family u mnie za płotem. Kłócą się często, w zasadzie tam nie ma tygodnia bez awantury. Szyby lecą: w drzwiach, w oknach… Potem, jak zwykle — przyjeżdża pogotowie i idzie pani Kazia na jakiś czas. Podleczy się, wraca — i od nowa — Tango milonga, wrzaski, wyzwiska. On też nie lepszy, zamiast odejść, biedny, to biedny, ale jakby chciał — coś by ogarnął sobie — siedzi z czubem, nie daje sobą pomiatać, zaognia te ich kłótnie. Matko, jak czasami… Raz do mnie wyskoczyła z mordą. Powód? A takiej potrzebny? Coś tam, że tylko piję, muzyka leci za głośno po nocach — ty — Z WALKMANA, he, he, czemu na słuchawki nie biorę, jak jestem taki MELOMANIAK? Odpyskowałem, żeby siebie, mężulka, dziatwy pilnowała, a nie nasłuchuje, co robi nocami obcy bądź co bądź chłop. A ona mi na to: „A TY SIĘĘĘĘĘĘ PIZDY BOJIIIISZ!!”” — Krzysiek zwija usta w trąbkę, wydyma policzki. Nie, nie wychodzi zabawnie.

— Dokładnie takim tonem, „bojjjjjiiisz”. W pierwszym odruchu — zamurowało mnie, no nie codziennie słyszysz takie cuda-wianki. Nie odniosłem się, nie pociągnąłem tematu. W domu rozkminiam: byłaby zagłupia, żeby sama to wymyślić, musiała usłyszeć ten tekst. Plotkę, jak się później okaże. Styl — no wypisz, wymaluj — smerfowy. Według najbliższego sąsiada ja… co? ę na przykład w telewizji, przypadkowo, TEN fragment kobiecego ciała — jestem przerażony, jakbym diabła…?

— Przestań.

— Ale pomyśl — na to wygląda, czy nie? Czy u cholery istnieje ktokolwiek na świecie, no wskaż mi choć jednego takiego typa, niech to będzie najbardziej zatwardziały gej — który by się BAŁ widoku części ciała, czuł nie tyle niechęć, brak pociągu, ale PRZERAŻENIE? …i zostałem, przez Stacha „Smerfa”, obwołany waginofobem. Dożywotni, niezbywalny tytuł…

— Przesadzasz, Krzyś. Nie taki z ciebie -fob… — biorę w dłoń podflaczałego fiucinę. Staram siął przedstawiać cholernie smutny, wręcz żałosny widok. Obrazek jakby z okładki wydanej w samizdacie płyty „Pełgałem, pełgałem, aż mnie podmuch spłoszył” jednego z tworów zespołopodobnych byłego już prawika.

— …jak on mógł rzucić bez powodu, tylko dlatego, bo się chciało poplotkować, a akurat nie było o czym…

— Crimen laesae maiestatis. Zbrodnia ciężkiej obrazy…

— A żebyś wiedziała! — nadyma się Krzysiek.

— Mogłabyś okazać… aua! — chyba zapiekły go moje pieszczoty, „nosek” okazał się nadrważliwy, ma dosyć tarcia, w ogóle — dotykania na dziś, chce, by go zostawić w spokoju, grzecznie odłożyć na miejsce. Ma po dziurkę wrażeń.

— …opowiem, jak wiozła kota. To dobre będzie. Od szwagierki, siostry Stacha, dostała. Akurat jej się kocica… auć. Na moment przerwij. Proszę. Co ja chcia… A, więc dostała suwenir — małego dachowczyka-samczyka; już odchowanego, nie trzeba by było poić z butelki, sam pił, sam jadł. Kiciuleczka, żeby połapał myzy u kałmuków, boż tam brud, smród, dziada z babą brakuje, a na trutkę — szkoda pieniędzy; który pijak wyda choć złotówkę na Rat killera? Jak za króla Ćwieczka — ani pułapek, ani… Wiezie, wiezie, ciolica, a kotek w ciasno zawiązanej reklamówce — telep, telep, telep — obija się o kierownicę rowerową. Niedaleko, może piętnaście kilometrów… a dowiozła kociego trupka. Wyciąga — a on już martwy. Suka! Beznózgowiec kompletny. Smerf musiał pojechać, wziąć drugiego. Ale i ten długo nie pobył. Podobno przepadł, rozszwendał się gdzieś po wsi, może za kotkami w rui — i zadarły go inne samce… Taaaa… jak znam tych „ludzi” — w cudzysłowie „ludzi” — zamorzyli głodem. Kotu by dali jeść, choć wlali niedojedzonej zupy? Już nie mówię, żeby łyskasy miałą kupować, mongolica… — prawie trzęsie się ze świętego oburzenia, goły jak święty turecki Krzysio.

...na chwilę odkładam pióro, ździebełko toksycznej trawy, zielony kamień (trwają spory — szalchetny, czy nie; jedni zaliczają go do szmaragdów, inni aż zapluwają się z wrzasku, że to pospolity przydrożniak, tani jak bezzębna, siedemdziesięcioletnia dziwka).

Drzwi otwierają się z cichym skrzypieniem, do pokoju majestatycznawo, powoluśku wchodzi kot. Mój-Florka. Cholercia jasna, ciągle nie mam odblokowanych większości plików pamięci…

— No czeeeeśśśśććć. Jak się nazywasz? To znaczy — wabisz? Nikodem, Judasz, Kasjusz? No chyba nie Fabian? Powiedz… — biorę na ręce sierścidło. Ciężki, dobrze utrzymany. Upasiony, kocia wersja Ryszarda Kalisza, albo Wojciecha Manna. Sumovius domesticus, catus — fatus.

Głaskam. Usiłuje mruczeć, łobuzina, grubcio o szelmowskim spojrzeniu, ale wychodzi mu to dość nieporadnie, jakby robił to góra trzeci raz w życiu.

„Ryry-ryhry-ryry-hry” — gra w gardle tekturowa piszczałka, zgniatają się harmonijki z brystolu.

W końcowej formie, za sprawą Florka — kocham koty. Są esencją tworzonego tekstu, wokół nich, niespiesznie kręci się kłębek-świat, obracają włóczkowe globy. Komety z ogonami ze sznurowadeł suną po podłodze, pomiędzy nogami stołów i krzeseł. Już! Biegnij, łapaj-trzymaj, Nienazwanku! Wąż, pęto kiełbasy, soczyste parówki zaraz uciekną ci sprzed łap i nosa! W pazurki je — i do pyska! Rób gryzu-gryzu!

Ostatnia, leżąca milion metrów pod poziomem kałuży, tajna wioska, do której docieram w infra-eskapadach, zapuszczaniu się w głąb siebie-nie siebie, jest pełna kotów właśnie. Przejęły ją we władanie, z kości zagryzionych właścicieli pobudowały wysokie na dwa i pół metra ogrodzenie.

Lokalne władze, zamiast podjąć stanowcze kroki, wolały schować głowę w piasek, wymazać to miejsce z map. Policja nie zdecydowała się na siłowe wejście do kociego Jonestown. Starosta wydał jedynie zarządzenie (półzgodne z obowiązującymi przepisami dotyczącymi hodowli zwierząt, ale każdy w powiecie i tak, dla własnego bezpieczeństwa się dostosował) zakazujące posiadania w gospodarstwie domowym więcej, niż jednego kociambra. Niewiele później w rowach i na dnie rzek zaroiło się od worków i siatek pełnych poduszonych mruczków.

Wpadliśmy, jako gatunek, w panikę, rodzaj ludzki zaczął rozpaczliwe wytrzebianie dawnych pupilów (w sequelach „Planety małp” tak walczono z nadpopulacją szympansów i goryli).

Brzydkie, sparszywiałe miejsce. Czuć je na wiele kilometrów, zawiewa kwaśny wiatr, niesie odór kocich ekskrementów. I ten, dobrze słyszalny z jeszcze większej odległości jęk, bo już nawet nie miaukot. Demoniczne wycie, gardłowy wrzask setek wygłodzonych burasów, rudo-białych, umaszczonych jak Fabian krwiożerców.

Mimo to — zwiedzam tę wieś, jestem nekroturystką. Spoko, nic mi nie zrobią. Czują, że w pewnym sensie jestem swoja, przynależę do ich gatunku. Równie efemeryczna i bezrasowa, ja o żelowych, ostrych pazurach, ostrych zębiskach, na przemian słodka i drapieżna. Urocza maszynka do mordowania, rozczulające bydlę, które z wdzięczności, że je karmisz i poisz, zapewniasz dach nad głową, może przegryźć ci gardło i nie drgnie mu przy tym powieka.

Bezsumienka kierująca się instynktem, podszarzała czarna pantera. Kulawa gepardzica.

Florian nie żyje, został rozszarpany przez stada zdradzieckich, dwulicowych…

...bez przesady, każdy kot taki jest — dopowiadam sobie sam(a). Rozdwojenie, rozszczep się pogłębia: orientuję się, że mam trzecią, nabytą osobowość. Zaradziłam się drogą kropelkową od tego zbója, co go mam na kolanach, nie tyle nawet kocią naturą, co wyrósł mi w pojemnej jak autobus-przegubowiec głowie, kolejny Felis sapiens.

Nierozrachunek: czas ucieczek. Bez płacenia, unikanie odpowiedzialności za najbardziej parszywe myśli, fantazje, chowanie się do wersalki, włażenie w mysie dziury, byleby tylko nie zostać ukaranym za grzech drwiny. Z półwłasnej matki, za pozostanie przy życiu wbrew logice, pomimo popełnionego samobójstwa.

Jestem tu, trwam w najlepsze, nowy-nowa. Ciągle boję się ostatniego rozdziału.

Opisałoby się w nim pogrzeb dawnej mamy, Krystyny, jej zasłużone odejście w granatowo-siny, atramentowy niebyt.

I prezent, miłą niespodziankę, jaką zrobiłabym Krzyśkowi. Wymarzona zachcianka (sic!) lat trzydzieści z okładem (jak się okazało w papierach — zardzewiały klasyk został wyprodukowany w roku 1988) o własnych siłach dotarła pod jego dom. Wrak, ale w pełni sprawny, trup na chodzie, nie pochowany, bo i po co, skoro wszystko działa jak świeżo po opuszczeniu hali montażowej (niemiecka precyzja i jakość: nawet zwłoki są w lepszym stanie, niż większość Polaków, zwłąszcza — mieszkańcó wsi).

Kupię mu, za ostatnie grosze, wozidło. Niech kolejny raz wsiądzie na bani, rozpierdoli się na pierwszym lepszym zakręcie. Zabije się następny, ostatni już raz.

I będzie spokój, na grobie wyrośnie mu rząd zielonych róż o stalówkach zamiast płatków.

Zrzucam kota z kolan. Wychodzę na dwór zaczerpnąć świeżego powietrza.

Epilog — to iskry sypiące się z rudo-białego futra, płyty zespołu Samiśta chudobę wyrżnęli, a tera na czarta zwalacie, z nagraną, tłustą ciszą. Milczeniem, które jest bardziej, niż wymowne.

Epolog to desakralizacja tego, co do nie dawna było, a przynajmniej zdawało się być najważniejsze,, szarganie świętości, zmarłych matek, wyrzucanie z grobów i zajmowanie ich miejsc. To mogiły, w kórych otwierane są dyskoteki, nocne kluby, burele i kościoły.

To wyzbywanie się wspomnień, ciągła zmienność, obłędna wręcz chęć ciągłego przeistaczania się, zdzierania sobie linii papilarnych, potrzeba przemodelowania rysów twarzy.

Epilog to odnajdywanie siebie w kameleonizmie, skakanie z rozdziału na rozdział, w końcu: w najgłębszy niebyt.

Fala zmywa zamki zbudowane na piasku, drugi już raz. Niczego mnie to nie uczy, widocznie w mój charakter wpisana jest chęć bezustannego doznawania zawodów, potrzeba porażek.

Kimkolwiek bym się nie stał — zawsze będę mieszkańcem Autonomii (dość pesymistyczna, by nie rzec: ponura perspektywa).

Poranna, wieczorna witaj zmiano. To życie twe. To ślepe przywiązanie do braku jednej formy. I jednoczesny powrót do niej, moszczenie sobie gniazdka w tym, co niezaistniałe. W ostatnim zdaniu wypracowanka, którego nikt nie będzie chciał sprawdzić.

To ocena niedostateczna z języka polskiego.
Opublikowany: 01-10-2019 08:51 przez: floriankonrad
Dodaj komentarz
Właściciele serwisu nie odpowiadają za treść umieszczanych utworów i komentarzy. Wszelkie uwagi prosimy kierować bezpośrednio do ich autorów. Wszystkie utwory i komentarze zamieszczone na stronie podlegają ochronie. Zabrania się ich kopiowania, przetwarzania lub rozpowszechniania bez zgody autorów.
Komentarze (0)
Ten utwór nie posiada jeszcze żadnych komentarzy
(c) 1996-2019 by SOKARIS, http://www.sokaris.pl
Strona wygenerowana w: {_Chrono} s